Mechanika Duszy


         Nie będzie niczym odkrywczym jeśli powiem, że warto regularnie kontrolować stan techniczny swojego samochodu. Ciekawe może być jednak to, że tak jak warto od czasu do czasu zajrzeć pod maskę, dobrze jest też zaglądać wgłąb siebie.



              Pewien człowiek miał samochód. Nie było to jakieś nadzwyczajne auto. Przeciętna maszyna, która nie wyróżniała się niczym szczególnym spośród wielu innych, które każdego dnia przemierzało ulice wioząc swoich właścicieli do miejsc pracy, na zakupy, w celu załatwienia różnych spraw czy też na weekendową przejażdżkę. Właściciel owego auta raczej nie za bardzo przejmował się stanem technicznym swojego samochodu. Nigdy nie sprawdzał poziomu oleju czy płynu hamulcowego. Ciśnieniem w oponach przejmował się tylko wtedy kiedy były one już niemal kompletnym kapciem. Karoserię mył raz na parę miesięcy, albo              i rzadziej, czasem zdarzało się więc, że ktoś napisał na nim słowo „brudas”. Przeglądami u mechanika też zbytnio się nie zajmował, a kiedy się już tam zjawiał, zawsze okazywało się, że trzeba dokonać wielu napraw. Jednak jakiś czas po takiej wizycie wszystko wracało do „normy”. Nie było zatem niczego dziwnego w tym, że jazda tym samochodem nie była zbyt komfortowa, często zdarzały się różne usterki, a ogólna sprawność pozostawiała wiele do życzenia. Niektórzy wyśmiewali się z tego człowieka i zastanawiali jak można tak zaniedbywać samochód, który często jest podstawowym środkiem poruszania się.
            Niedaleko niego mieszkał inny człowiek, który też miał samochód. W przeciwieństwie do swego sąsiada, szanował swoje auto. Nie był wprawdzie jakimś pedantem, którego                     o palpitacje serca przyprawiało drobne zakurzenie czy jakaś niewielka ryska, ale na pewno nie można było mu zarzucić, że nie dba o swój czterokołowy pojazd. Poziom wszystkich płynów i cieczy zawsze był na odpowiednim poziomie. Karoseria lśniła, różne elementy samochodu spisywały się bez większych zarzutów. Ów właściciel regularnie kontrolował stan samochodu i wymieniał zużyte elementy. Dzięki temu jazda była komfortowa i choć czasem nie dało się  uniknąć jakieś usterki, to nigdy nie były one  poważne. Inni ludzie podziwiali tego człowieka, że potrafi on tak dobrze dbać o swój samochód, choć czasami zdarzali się malkontenci, którzy coś tam z zazdrości lub niechęci krytykowali.

    

        Piszę o tym dlatego, że tak jak dba się o dobry stan samochodu, powinno dbać się  o stan swojego życia wewnętrznego i własnej duszy. Warto od czasu do czasu zajrzeć do swojego wnętrza, aby sprawdzić czy wszystkie śrubki są dokręcone, płyny na odpowiednim poziomie, czy czasem coś nie wymaga drobnej naprawy. Dobrze jest też jeśli ktoś regularnie chodzi do spowiedzi. Można to porównać do takiej kontroli w warsztacie, dzięki której różne niewielkie usterki można szybko usunąć i gdzie dobry mechanik zwróci naszą uwagę na rzeczy, których być może w codziennej jeździe nie zauważamy. Jeśli takie przeglądy robimy regularnie to myślę, że można być spokojnym o to, że nasz samochód będzie sprawny i nie zawiedzie nas na przykład na środku autostrady. Podobnie jest z duszą człowieka, który regularnie chadza do spowiedzi. Myślę, że taka osoba może być spokojna o jej stan i o to, że nie powinny się w niej zdarzyć żadne poważne usterki wymagające generalnych napraw.
            Jeżeli kogoś nie interesuje to, żeby sprawdzić stan techniczny auta i to, żeby czasem zajrzeć do mechanika aby zobaczył co dzieje się pod maską, to bardzo prawdopodobne, że taka osoba po jakimś czasie skończy tak jak ta fikcyjna postać o której napisałem na początku. Taka sytuacja ma też swój odpowiednik w życiu duchowym. Jeśli ktoś nie dba o stan swojego życia wewnętrznego, a do spowiedzi chodzi z częstotliwością opadów śniegu na Florydzie, albo wcale, to wkrótce jego duszę zacznie przykrywać coraz większa warstwa kurzu, różne elementy w będą w niej szwankować, a coraz większy bałagan i poczucie pustki we wnętrzu będą miały wpływ na to co dzieje się na zewnątrz - na pracę, relację z innymi, na patrzenie na siebie, innych i na świat. Bardzo prawdopodobne, że za jakiś czas będzie wymagany totalny remont, którego przecież łatwo można było uniknąć.
            Dwie osoby i dwa różne „style” zajmowania się swoimi autami…myślę, że lepiej brać przykład z tego drugiego człowieka. Nie tylko jeśli chodzi o pielęgnacje auta, ale także jeśli mowa o życiu duchowym.

Polska gola, lej browara!!


Choć piłką nożna się nie interesuję to jestem w stanie zrozumieć, że ktoś przyjeżdża by kibicować swojej reprezentacji. Zastanawia mnie jednak dlaczego spora część tych ludzi zachowuje się jak anarchistyczna hołota.           


Zacznę od tego, że w czasie odbywania się rozmaitych piłkarskich mistrzostw takie osoby jak ja, czyli niespecjalnie interesujące się futbolem, mogą czasem poczuć się jak społeczny margines. Wiele codziennych rozmów dotyczy piłki nożnej, typowane są wyniki meczów i oceniana forma poszczególnych drużyn i zawodników – my jednak tego entuzjazmu nie podzielamy. Gdybym na przykład zamyślił się idąc ulicą i niechcący wpadł na jakiegoś znanego piłkarza, to bardzo możliwe, że nawet bym o tym nie wiedział. Jeśli zaś chodzi o mecz otwarcia mistrzostw Europy, to obejrzałem jakieś 20 pierwszych minut, a potem wróciłem do swoich spraw. Życzę swojej drużynie narodowej, aby im poszło jak najlepiej, ale poza tym sam przebieg mistrzostw i różne kwestie związane z piłką nożną raczej nie przykuwają mojej uwagi, choć dla przyjemności popatrzenia i podziwiania sportowego talentu zawodników pewnie obejrzę sobie jakiś dobry mecz.

            Mimo, że futbolowych pasji nie podzielam, to jestem w stanie zrozumieć to, że ktoś przyjeżdża z daleka po to aby dopingować swoją drużynę. Szanuję to, że dla kogoś innego piłka nożna jest czymś istotnym. Wielu kibiców, którzy przyjechali do Polski to w moim odczuciu sympatyczne osoby, które są kolorowym, aczkolwiek chwilowym urozmaiceniem w krajobrazie miast. Zastanawia mnie jednak, dlaczego tak spora część tej grupy ludzi, która uwielbia przez półtorej godziny patrzeć na 22 osoby biegające za czarno – białą piłka, przypomina raczej anarchistyczną hołotę?  To, że ktoś jedzie samochodem co chwila trąbiąc ku czci i chwale swojej ulubionej drużyny jest jeszcze delikatną formą naruszania spokoju publicznego. Pewnej, właściwie to już nocy, bo było już po godzinie 23, wracałem do domu z dzielnicy znajdującej się na obrzeżach miasta. Było tam cicho i spokojnie, od czasu do czasu wyłaniając się z mroku przemykali jacyś pojedynczy ludzie, a z oddali dochodził szum nocnego ruchu na autostradzie po której pewnie leniwie sunęły ciężarówki. Gdy po kilkudziesięciu minutach byłem w centrum, krajobraz był zupełnie inny. Ci, którzy oglądali trzecią część Władcy Pierścieni na pewno pamiętają bitwę o miasto Minas Tirith gdy pod bramami owego miasta znalazło się wiele tysięcy złych Orków. Tak…właśnie w ten sposób wyglądało centrum Poznania. W „rolę” orków wcielili się nadzierający się co chwila kibice próbujący również od czasu do czasu witać i ściskać przechodniów myśląc, że są zabawni, i którym siłę  do wielogodzinnych, wątpliwej jakości pokazów wokalnych dawał, równie wątpliwej jakości alkohol sprzedawany w śródmiejskich pubach po dwukrotnie wyższych cenach. Warto w tym miejscu dodać, że cena prawdopodobnie była wprost proporcjonalnie duża do ilości wody dodanej do piwa. Szeregi orków, które najechały na miasto zasilali także chodzący dość niepewnym krokiem imprezowicze, którzy następnego dnia rano pewnie obudzili się mając wrażenie, że ciśnienie we wnętrzu ich głów co najmniej stukrotnie przekroczyło dopuszczalne normy. Nie brakowało także obszczymurków, których główna aktywność przypada na sobotnio-niedzielną noc. Na ulicach było tyle śmieci, że gdyby członkom ekip sprzątających płacić złotówkę za każdy papierek, to dziś byliby milionerami mieszkającymi w domu z basenem. Kibicowanie to rzecz, która wielu osobom daje wiele frajdy. Jednak bełkotliwe okrzyki i przyśpiewki pod oknami mieszkańców centrum oraz spora ilość alkoholu wlana do organizmu naprawdę nie jest gwarancją sukcesu w mistrzostwach. Można być takim kibicem, który nie zapomina o osobistej kulturze i właściwym zachowaniu, można być też takim dla którego mecz to pretekst dla pijackiego wieczoru i powrotu do zamierzchłych czasów Hunów, i Barbarzyńców. Na szczęście są  tacy, którzy mijani na ulicy wzbudzają sympatię i przyjechali tu, aby wspierać swoją reprezentację w taki sposób, który nie przynosi wstydu państwu z którego przyjechali. Kibice, którzy wiedzą co to jest sportowe zachowanie.
            Jest jeszcze jedna rzecz, która mi się nie podoba i o której chciałbym napisać. Wszystkie media – internet, telewizja, radio, gazety – ciągle bombardują nas wezwaniem by stać się częścią narodowej wspólnoty kibicującej polskim futbolistom.  Musimy kibicować, musimy śledzić przebieg mistrzostw, w każdym polskim domu każdy ogląda mecz polskiej reprezentacji, nawet siedzący w terrarium kameleon ogląda piłkarskie zmagania, a jego ubarwienie na pewno zmienia się w biało-czerwone barwy polskiej reprezentacji i tak dalej… . Wszystko na Euro jest znakomicie przygotowane i wszyscy się cieszą. Jeśli jednak nie kibicuję i nie daje się ponieść ogólnonarodowej euforii to co? Jestem outsiderem i samotnym buntownikiem! Albo nie jestem patriotą. Czemu to wszystko ma służyć? Może to chwyt, który ma zachęcić do kupowania różnych produktów związanych z piłką nożną i mistrzostwami, a może to propaganda, która ma zamknąć usta ludziom, którzy ośmieliliby się na głos krytyki? Nie wiem. Ja jednak w tym ogólnonarodowym piłkarskim poruszeniu się nie odnajduję.

                        Zbliżają się kolejne mecze, które odbędą się wieczorową porą. Wielu z moich znajomych znów zasiądzie przed telewizorami, by słuchając komentarzu Dariusza Szpakowskiego oglądać zmagania na zielonej murawie. Wiem jednak, że w najbliższy weekend wystartuje wyścig Le Mans. Jeśli dowiem się, gdzie będzie można obejrzeć transmisję na żywo to…myślę, że domyślacie się co będę robił.

                           
                                                                                                                      15.06.2012







24 godzinny bieg plantami

24 godzinny Bieg Plantami
 "Ekipa na Rawicz 2012" - autor pierwszy z prawej

W dniach 19-20 maja 2012 miałem okazję uczestniczyć w 24 godzinnym wyścigu. Nie, nie był to słynny wyścig Le Mans, a całodobowa sztafeta biegowa w Rawiczu. Emocje były jednak nie mniejsze.
Jak to wszystko się zaczęło?
Cała historia miała swój początek krótko po Sylwestrze. Rozmawiałem wtedy poprzez internetowy komunikator z Krzysztofem. Dzieliliśmy się wrażeniami z ostatniego biegu w jakim braliśmy udział. W pewnym momencie Krzysztof zaproponował mi dołączenie do tworzonej przez niego drużyny, która miała wystartować w 24 godzinnej sztafecie biegowej w Rawiczu. Propozycja niezwykle ciekawa, jednak ponieważ jestem osobom, która nie podejmuje decyzji pochopnie, odpowiedziałem, że muszę się zastanowić. Trzy i pół miesiąca później, 19 maja 2012 roku wraz z pozostałymi ośmioma członkami mojej drużyny, zgłaszałem swoje przybycie w strefie dla zawodników skąd o godzinie 17 pierwszy z nas miał ruszyć do walki.
Trasę zawodów stanowiła 2800 metrowa pętla biegnąca przez rawickie planty otaczające tę ponad 21 tysięczną miejscowość. Niemal na całej długości po obu stronach wyznaczonego toru rosły drzewa, co pomagało zawodnikom ukryć się przed wyciskającym siódme poty, palącym słońcem. Zmiany następowały w specjalnie wyznaczonej strefie dla zawodników poprzez przekazanie plastronu kolejnemu biegaczowi. Każda z ekip miała swój boks, gdzie czekaliśmy na swoją kolejkę, odpoczywaliśmy po intensywnym biegu, bądź zwyczajnie rozmawialiśmy i wymienialiśmy się uwagami. Zwyciężyć miała ta drużyna, której członkowie w ciągu okrągłej doby przebiegną łącznie największą liczbę kilometrów. Nasz team o nazwie "Ekipa na Rawicz 2012" tworzyły Aga, która pobiła rekord okrążenia wśród kobiet z czasem 10 minut i 12 sekund, Malwina, Leszek, Michał, Tymoteusz,  Krzysztof, Bartosz, Błażej oraz ja. Chociaż wcześniej nie wszyscy się znaliśmy, to bardzo szybko znaleźliśmy wspólny język co pomogło nam zgrać się jako zespół. Wśród nas byli zarówno wysportowani zawodnicy, którzy mieli już za sobą wiele półmaratonów, maratonów i innych startów, jak i mniej doświadczone osoby, którym jednak nie brakowało ambicji i woli walki.
Przebieg zawodów - czyli walka z własną słabością i 30-stopniowym upałem
Przez pierwsze 10 godzin zawodów wszystkim biegało się bardzo dobrze i często padały zarówno osobiste jak i ogólne rekordy trasy. Wśród uczestników panowały entuzjastyczne nastroje, nie brakowało śmiechu i prowadzonych w pozytywnym nastroju rozmów. Przez cały czas przelewały się też hektolitry Powerrade'ów i wód mineralnych. Niektórzy zawodnicy korzystali z masażu lub regenerowali siły leżąc na zabranych ze sobą karimatach i leżankach. Co niektórzy znaleźli też chwilę czasu, aby popatrzeć na finałowy mecz Ligi Mistrzów w telewizji włączonej w pobliskim pubie. Pod wieczór w dniu startu wykręcałem też swoje najlepsze kółka. Jedna z moich kolejek przypadała akurat podczas zachodu słońca, które ostatnimi promieniami dnia oświetlało rawickie budynki, w tym słynne więzienie usytuowane nieopodal trasy na którą co jakiś czas spoglądali dyżurujący na wieżyczkach "klawisze".
Pierwsze momenty słabości dały znać o sobie (przynajmniej w moim przypadku) około 5 rano, kiedy część zawodników po jakichś trzech godzinach snu, przy delikatnym świetle wschodzącego słońca, ruszało na swoją kolejną zmianę. Kiedy robiłem swoje okrążenia, osiąganie przyzwoitych czasów wymagało ode mnie już więcej wysiłku, a gdy tylko zmęczony po biegu siadałem na krześle, czułem się naprawdę słabo. Na dworze było zimno, a ja byłem po zaledwie trzech godzinach snu przerwanych w dodatku czyjąś nieudolną grą na pianinie znajdującym się w miejscu noclegowym. Jednak mimo iż panował wtedy poranny chłód, to już za parę godzin miał nadejść 30 stopniowy upał, który wystawił na próbę nawet największych twardzieli. Także i mnie przypadło parę okrążeń w słońcu, które tego dnia nie miało litości dla biegaczy. Wyruszenie na trasę w takich warunkach to nie tylko walka o jak najszybsze okrążenie, ale także pojedynek z samym sobą, by mimo trudów nie ulegać zniechęceniu. Dwie godziny przed końcem przyszedł czas na moje ostatnie okrążenie. Pod koniec zmęczenie wyraźnie dawało o sobie znać, jednak świadomość, że jest to moje pożegnalne kółko oraz poczucie jedności z drużyną sprawiły, że udało mi się jeszcze wykręcić całkiem niezły czas.
24 godzinny Bieg Plantami
Finał - co właściwie to wszystko nam daje?
Ostatecznie nasza drużyna zajęła 13 miejsce na 18 startujących zespołów. Łącznie przebiegliśmy ponad 316 kilometrów. Zwycięski team "Van Pur" miał ich na koncie 403. Ja na konto wypracowałem 28 kilometrów. Najszybsze okrążenie pokonałem w czasie 13 minut i 11 sekund co daje prędkość około 13km/h. Ktoś może zastanawiać się po co się tak męczyć i uważać, że to bezsensowne. Takie wyczyny dają nam jednak satysfakcję i pokazują, że w każdym z nas istnieje potencjał i energia, dzięki której możemy wiele osiągnąć jeśli tylko będziemy tego chcieli i nie wystraszymy się wysiłku. Czegoś takiego nie przeżyje ten, kto weekend spędza przed ekranem komputera lub na fotelu przed telewizorem. Cieszę się, że należę do środowiska biegaczy. Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele sportowych wyczynów.

Rajd Sesja

Spotkałem się z opinią, że  specyficzna i unikalną atmosferę Rajdu Dakar poczuje się  jadąc  w tyle stawki. Podobnie jest w czasie sesji kiedy należy się do grona studentów, którym nauka idzie "nieco gorzej".

 
Jest taki czas w studenckim życiu, w którym ci młodzi ludzie zaczynają zastanawiać się skąd zdobyć dobre notatki, jakie przeczytać książki lub w jaki sposób najlepiej przyswoić sobie wiedzę z mijającego semestru. Wielu z nich jest wtedy jakby lekko podenerwowanych               i z opadniętą ze zdumienia szczęką spoglądają na tych, którzy w tym samym czasie i tych samych okolicznościach zachowują stoicki spokój. Choć to zdenerwowanie do niczego nie prowadzi to jednak czasem nie można się od niego uwolnić tak jak wracający ze spaceru kundelek nie może uwolnić się od przyczepionych do jego ogona rzepów. Tak, ten czas to po prostu sesja. Warto jeszcze dodać, że w tym czasie co parę dni pod drzwiami największych sal na uczelni gromadzi się grono osób wśród których ubioru dominują czerń i biel i które wymieniają się wyuczoną dzień wcześniej wiedzą. I choć dla pewnej części ten czas mija dość szybko, a czasem jest nawet formalnością, dla niektórych, na przykład dla mnie, sesja jest jak wyprawa Odyseusza do domu po Wojnie Trojańskiej, albo jak próba przejścia wielbłąda przez ucho igielne. Jest po prostu walką o przetrwanie.
            Właśnie ta myśl, że sesja jest dla mnie walką o przetrwanie nakierowała mnie na to, że pod pewnymi względami jest ona podobna do Rajdu Dakar. W tym najtrudniejszym rajdzie, który ostatnimi latami rozgrywany był w Ameryce Południowej mamy do czynienia z dwoma typami zawodników. Pierwsi to ci, którzy jadą na czele stawki, walcząc o każdą minutę. Zaliczymy do nich takie osoby jak Carlos Sainz, Krzysztof Hołowczyc czy Marc Coma. Dla takich asów jak oni celem jest nie tylko ukończenie poszczególnych etapów, ale także osiągnięcie jak najlepszego wyniku. Do drugiego grona zawodników zaliczymy tych, którzy jadą na dalszych miejscach w stawce albo nawet na samym jej końcu. Dla nich wynik jest sprawą naprawdę drugorzędną. Dobry czas na mecie albo to, żeby powyprzedzać innych zawodników  nie ma specjalnego znaczenia. Ważne jest po prostu to, aby krok po kroku, w trudzie i determinacji kończyć każdy etap, aby wreszcie, gdy jest się już niemal u kresu sił, stanąć na linii mety.
            Podobnie rzecz ma się podczas studenckiej sesji. Jest grono takich osób, które poszczególne etapy i zaliczenia przechodzą z łatwością zgarniając przy tym całkiem niezłe oceny. Nie mają oni żadnych poprawek, a jeśli już się jakaś zdarzy to uznać ja można za wypadek przy pracy. Jest taką pojedynczą awarią, która po prostu się zdarzyła i którą szybko można naprawić. I tak jak w sporcie czasami można się zastanawiać czy sukces przyszedł dzięki uczciwemu treningowi czy dzięki pewnym wspomagaczom tak i tutaj kwestią pozostawioną bez odpowiedzi jest to jaka część tych osób osiąga swoje wyniki tylko dzięki własnej pracy…
Są też studenci, którym idzie "nieco gorzej" niż czołówce czy nawet przeciętniakom.
Ja w każdym razie od grona studentów, którzy gładko radzą sobie z sesją zwyczajnie odstaję. Znacznie odstaję. Po prostu wącham dymek tych, którzy jadą znacznie szybciej. Należę właśnie do tej drugiej grupy. W zasadzie to niemal o żadnym zaliczeniu czy egzaminie, z którymi musiałem się zmierzyć, nie mogłem spokojnie powiedzieć, że poszło mi dobrze. Ktoś kto nie był w położeniu takich studentów jak ja może o nas powiedzieć nieuki i maruderzy. Ale czasem bardzo łatwo jest krytykować i oceniać jeśli się nie wie jak to jest być studentem, któremu nauka przychodzi               z wielkim trudem, który z mozołem, aczkolwiek niestrudzenie stawia czoło sesyjnym przeciwnością losu ledwo przemierzając etap za etapem i który nigdy nie wie czy kolejna wydma, którą trzeba będzie pokonać podczas „Rajdu Sesja” nie będzie tą wydmą w której się utknie na dobre.
            Dalej, obserwując ciężkie rajdy terenowe można zauważyć jak pomiędzy zawodnikami wytwarza się pewna jedność i solidarność. Generalnie zawodnicy chętnie sobie pomagają,               w razie potrzeby próbują wyciągać się z opresji, są wobec siebie życzliwi i wzajemnie się dopingują. Z czego wynika ta wspaniała solidarność? Wszyscy oni zmagają się z tymi samymi problemami, tymi samymi słabościami i w różnych sytuacjach w ich sercach pojawiają się te same uczucia. Przechodzenie przez te same doświadczenia powoduje poczucie jedności. To wspaniała umiejętność dzięki której wzajemnie sobie pomagając ludzie są w stanie pokonać wiele przeszkód, które w pojedynkę mogłyby być niemal nie do pokonania.
Moim zdaniem z takim samym zjawiskiem można spotkać się podczas studenckiej sesji, zwłaszcza wśród tych żaków, których próby zdobycia choćby trójki przypominają wyprawę Froda do Mordoru. Wspólne przechodzenie przez te same trudy powoduje powstanie pewnej przyjacielskiej solidarności i umocnienie więzi. Bardzo podobna więź wytwarza się pomiędzy żołnierzami walczącymi podczas wojny w tym samym oddziale czy pomiędzy osobami, które los zjednoczył w obliczu jakiejś przeciwności i trudu.
Ponadto nieodłącznym elementem Dakaru są awarie i rozmaite problemy techniczne. To bez wątpienia jest faktem. Faktem jest też jednak to, że kiedy masz kłopoty, kiedy nie możesz sobie poradzić o własnych siłach i to co dzieje się naokoło Cię przerasta – to obok Ciebie zjawią się inni kierowcy, którzy z chęcią pospieszą z pomocą odrywając na chwilę uwagę od tego, że sami walczą o to aby dotrzeć do celu.
Podobnie kiedy piszesz egzamin i napotkasz na pytanie, które jest jak wydma w której można ugrząźć, to znajdą się osoby, które na chwilę oderwą uwagę od pisania własnej pracy                       i podszepną Ci właściwą odpowiedź wyciągając Cię z  tej właśnie wydmy w której bez pomocy innych                    z pewnością utknęłoby się na dobre. Są takie osoby, które widzą, że gdy masz problemy, to nie przejadą obojętnie zostawiają Cię samego w tumanach piasku i kurzu ale zatrzymają się na chwilę by jeśli tylko to możliwe, udzielić pomocy i wsparcia. To dobrze, ale trzeba pamiętać też o tym aby samemu takim być.
            Rajd Dakar i studencka sesja… są to wydarzenia jakby z dwóch różnych światów, odległe od siebie jak dwie galaktyki w przestrzeni wszechświata. Mimo to mają ze sobą wspólne cechy. Pokonywanie krok po kroku poszczególnych etapów, zmaganie się                           z   licznymi, nieraz nawarstwiającymi się trudnościami, swoista jedność z tymi, którzy dzielą nasz los, wycieranie zmęczonej twarzy, podkrążone od zmęczenia oczy, walka o przetrwanie –   a wszystko to, żeby stanąć na linii mety i aby móc spojrzeć w lustro i powiedzieć do siebie, że jesteśmy ludźmi dzielnymi, którzy odważnie patrzą trudowi w oczy. Spotkałem się z opinią, że specyficzną i unikalną atmosferę Dakaru poczuje się jadąc w tyle stawki gdzie spotkać się można   z osobami, które mimo, że nie należą do najlepszych kierowców,  mimo że ich samochody szwankują, to nie brak im determinacji   i woli walki. I coś tym chyba jest. Może czasem dobrze w czasie sesji studenckiej znaleźć się wśród „ostatnich głąbów” (ja wśród nich znajduję się niemal zawsze) aby poznać co to znaczy niepodawanie się, co to znaczy nadzieja i docenić wartość koleżeńskich relacji. W momencie pisania tego felietonu ja jestem już na mecie. Moja droga przez bezdroża i pustynie sesji jest już historią, która zakończyła się sukcesem, ale niektórzy jeszcze błądzą pośród wydm                i kanionów różnych przedmiotów wchodzących w skład geograficznych studiów. Mam nadzieję, że i oni dotrą do mety. Ja nie należę do studenckiej elity – to fakt. Ale z pewnością należę do ludzi, którzy walczyli do samego końca.

                                                                                                                          
                                                                                                                     6.3.2012