Potworne Ciężarówki


 Dla kogoś oglądanie rekordowego skoku ekstremalnej terenówki może być czymś niegodnym uwagi.   Dla mnie był to powrót do świata ogromnej mocy, niezwykłej techniki i ludzi z pasją.       


                  Parę dni temu przeglądając sobie pewien kanał motoryzacyjny na YouTube, natrafiłem na krótki, ale interesujący film. Przedstawiał on amerykańskiego kierowcę wyścigowego – Dana Runte, oraz jego próbę pobicia rekordu długości skoku Monster Truckiem. Prócz tego można było dowiedzieć się paru szczegółów technicznych dotyczących owej nieprzeciętnej terenówki, a także poznać postać Boba Chandlera – człowieka, który ponad 30 lat temu zbudował pierwszą  w historii „potworną” ciężarówkę. Dla kogoś być może byłby to kolejny filmik przedstawiający jakiegoś szaleńca robiącego dziwne rzeczy swoim bezsensownym samochodem. Ja byłem zachwycony. Dla mnie był to powrót do czasów dzieciństwa.
            Także i dziś dobrze pamiętam, że będąc jeszcze dzieciakiem, który chodził do podstawówki, byłem fanem tego mało znanego w Polsce sportu, który za oceanem od wielu lat cieszy się niemałą popularnością. Wiele godzin poświęcałem na ściganie się tymi maszynami w grze komputerowej, a kiedy miałem okazję poserfować po Internecie (wtedy jeszcze nie miałem Internetu w domu) ciężko było mnie odciągnąć od stron z informacjami i zdjęciami Monster Trucków. Gdy po szkole miałem wolne popołudnie, organizowałem sobie w komputerowym świecie różne mistrzostwa i zawody.


                                 Opony tego auta raczej nie są za słabo napompowane.


 Nad łóżkiem z kolei miałem poprzyklejanych parę zdjęć przedstawiających szalone maszyny w akcji. Pamiętam też dobrze poprzedni wyczyn Dana Runte, kiedy rozpędzoną terenówką wykonał skok nad ustawionym na ziemi Boeingiem 727. Znałem również nazwy poszczególnych samochodów: Bear Foot, Rampage, Grave Digger, Power Wheels, czy mój ulubiony Bigfoot – niebieski pickup z pomarańczowym,  przypominającym błyskawicę winylem na boku.  To był dla mnie wspaniały świat ogromnej mocy, niezwykłej techniki i ludzi z pasją.
            To właśnie wspomniany przeze mnie Bigfoot jest pierwszym w historii Monster Truckiem. Z tej właśnie racji często jest przy nim stosowane określenie „The Original Monster Truck”. Pierwszy egzemplarz powstał w roku 1974 kiedy to pochodzący z St. Louis inżynier-mechanik Bob Chandler, chcąc zbudować auto mające posłużyć zaspokojeniu jego off-roadowej pasji, wziął rodzinnego pickupa -  Forda  F-250, zamontował mu wyższe zawieszenie oraz koła od jakiejś maszyny rolniczej. Pojazd wraz ze swoimi możliwościami, do których zaliczało się między innymi rozjeżdżanie zwyczajnych samochodów,  wkrótce zyskał taką popularność, że Bob zaczął być zapraszany na rozmaite imprezy i pokazy. Na początku lat 80-tych prócz Bigfoot’a, pojawiały się także inne auta. To przyczyniło się do zorganizowania pierwszych zawodów. Stopniowo zaczęły one zyskiwać popularność, a także przybierać coraz bardziej zorganizowaną formę. Zyskiwał też poziom bezpieczeństwa zawodów. Dzisiaj do jego elementów zaliczają się ognioodporne kombinezony, profesjonalne kaski wyścigowe, a także znany z Formuły 1 system HANS, który utrzymuje głowę i kręgosłup w jednej linii zapobiegając negatywnym skutkom nadmiernych przeciążeń, a także solidne klatki bezpieczeństwa.  Z kolei Bigfoot Team stał się sporą firmą, która budowała coraz nowocześniejsze pojazdy. Dzisiaj flota tego zespołu ma już na koncie kilkadziesiąt modeli tych wyjątkowych maszyn, a prócz różnych wersji tego najsłynniejszego Monster Trucka, z garażów Boba Chandlera  wyjechały też auta o m.in. takich nazwach jak Wildfoot, Snake Bite czy Summit Bigfoot.
            Zawody Monster Trucków przypominają swoją formą wyścigi typu „drag”.  Na krótkiej trasie kierowcy mają jednak do pokonania różne przeszkody takie jak rampy, błoto, czy ustawione w rządku samochody. Wyścigi odbywają się zarówno na otwartym terenie, ale mogą być też organizowane na przygotowanych ku temu  stadionach i w dużych halach, które są codziennym miejscem pracy futbolistów bądź areną występów znanych muzyków. Spotyka się też rywalizację typu „freestyle” w której zbiera się punkty za efektowny przejazd, a także konkursy na najdłuższy skok.


                                                 Bigfoot - The Original Monster Truck

            Pojemność silników wynosi ponad 9000 cm3.  Ich moc waha się od ponad 1000 koni mechanicznych do nawet 2000 KM. Dzięki tak dużej sile  przy odpowiednio mocnym wciśnięciu „gazu”  samochód staje dęba. Gdyby maszyny mówiły tak jak w bajce „Auta” i któregoś dnia Bugatti Veyron spotkałby Monster Trucka i zapytał go o moc, to mimo swoich 1001 KM pod maską pewnie odjechałby nieco zawstydzony. Te ekstremalne maszyny wysokie na cztery metry i o kołach wielkości dorosłego człowieka mogą rozpędzić się do 140 km/h. Wydawać się może niewiele, ale przy wadze 7 ton wynik ten jest całkiem niezły. Zastanawiać się możecie ile kosztuje wybudowanie takiego potwora. Koszt waha się od 150 do 250 tysięcy dolarów. Teraz wystarczy to pomnożyć przez trzy by otrzymać cenę w polskich złotówkach. Oczywiście do tego dochodzą jeszcze koszty utrzymania, które również do niskich nie należą.
            Prawdopodobnie po tym tekście nie staniecie się nagle fanami Monster Trucków. Miło było jednak przybliżyć Wam świat tych ekstremalnych samochodów. A co z Danem i jego próbą pobicia rekordu?  Szesnastego września tego roku, w słoneczną niedzielę skoczył w Indianapolis na odległość ponad 70 metrów. Poprzedni wynik osiągnięty nad Boeingiem 727 został pobity, a nowy wpisany do Księgi Rekordów Guinessa. 

                                                                                                                      29.09.2012

Jeśli chcesz poznać postać Boba Chandlera, Dana Runte i obejrzeć rekordowy skok kliknij tutaj:

Autoświr

Wciąż słyszymy o tym, że bardzo dużo osób nie radzi sobie ze stresem. Jeśli kiedyś dołączę do grona takich osób to wiem co będzie tego przyczyną.



W dzisiejszych czasach coraz więcej ludzi korzysta z pomocy psychologów.  Do specjalistów udają się nawet sportowcy, co niejednokrotnie przynosi dobre rezultaty, ale sprawa ta nie ogranicza się tylko do świata sportu. Coraz większe tempo życia negatywnie wpływa na zdrowie fizyczne i psychiczne. Nieustanna presja ze strony pracodawców lub najbliższych, niepewne sytuacje finansowe i duże kredyty, niezadowolenie z własnego życia – wszystko to sprawia, że coraz więcej osób ląduje na kozetce. Wiele wskazuje na to, że ten stan będzie się coraz bardziej pogłębiał. Ostatnio stwierdziłem, że jeśli ja też znajdę się kiedyś u psychoterapeuty, to wiem już jaka będzie tego przyczyna.

                W dzisiejszych czasach coraz więcej ludzi nie radzi sobie z nadmierną presją


            Pierwsze objawy pojawiły się prawie rok temu. Któregoś razu jadąc samochodem, zauważyłem, że po dłuższej jeździe coś zaczyna delikatnie piszczeć przy, jak mi się zdawało, lewym przednim kole. Podejrzewam, że znaczna większość ludzi może by i ten fakt zauważyła, ale raczej nie za bardzo by się nim zmartwili. W końcu samochód jest maszyną, w której znajduje się niezliczona liczba rozmaitych elementów i coś po prostu ma prawo czasem zapiszczeć. Ja jednak najwyraźniej nie należę do większości,  a już na pewno nie pod tym względem. Niemal całą dalszą drogę do domu zastanawiałem się z lekkim niepokojem co też może się dziać. Może to objaw jakiejś usterki, która zagraża bezpieczeństwu na drodze? Może jest to coś, czego naprawa będzie mnie dużo kosztować? Przestałem się nad tym zastanawiać dopiero pewien czas później, kiedy po rozmowie z osobami, które na temat mechaniki samochodowej wiedzą trochę więcej niż ja, ustaliłem, że ciche piski są po prostu spowodowane brakiem jakiegoś smaru w zawieszeniu. Ogólnie mówiąc piszczało z tego samego powodu co nienasmarowane drzwi w Waszym domu. Dlatego przy okazji najbliższej wizyty u mechanika powiedziałem, żeby zerknął na zawieszenie. Dzisiaj wprawdzie też słychać jakieś odgłosy z zawieszenia, ale znacznie rzadziej, a ja już się tym nie przejmuję.
            Niejednokrotnie zdarzało mi się też zastanawiać czy aby nie mam za mało powietrza w oponach. Zdaje się, że popadłem w coś co można nazwać autosugestią. Działa tutaj podobna zasada jak u hipochondryka, który boi się, że zachoruje na jakąś chorobę. Całymi dniami myśli o tym tak intensywnie, że w końcu zaczyna mu się zdawać, że zaczął odczuwać objawy  owej dolegliwości. Ja chyba też myślałem o ciśnieniu w oponach na tyle intensywnie, że zaczęło mi się wydawać, że jest ono za małe. Mimo, że nie odczuwałem żeby samochód zaczął gorzej się prowadzić, a wszyscy inni mówili, że powietrza w oponach wcale nie brakuje.
            Suma wszystkich strachów miała jednak miejsce przed przeglądem, który trzeba było wykonać aby mieć ważny dowód rejestracyjny. Kilka dni wcześniej zaczęły się pojawiać w głowie myśli siejące niepewność. Czy aby na pewno wszystko z moim autem jest w porządku? (Mimo zapewnień mechanika, że samochód spokojnie powinien przejść przegląd.) A co, jeśli hamulce nie są w pełni sprawne (choć zmieniałem je ledwie dwa miesiące wcześniej) albo będą jakieś luzy w układzie kierowniczym? Absolutnie nie miałem ochoty poświęcać czasu, a tym bardziej pieniędzy na nieplanowane naprawy. Moje obawy jednak zupełnie się nie sprawdziły i okazały się, jak w poprzednich przypadkach, kompletnie bezpodstawne. Z samochodem wszystko było w najlepszym porządku. Jakby tego było mało, to człowiek, który robił przegląd okazał się fanem sportu samochodowego i byłym rajdowcem – amatorem. Efektem tego była sympatyczna rozmowa na temat rajdów i samochodów, która w sumie trwała dłużej niż sam przegląd.

                                    Nawet w najlepszym aucie może zdarzyć się awaria
           

 Całkiem niedawno miałem okazje wybrać się na prawie puste lotnisko. Były tam trzy pasy. Jeden zajęty przez jakąś firmę, która organizuje loty turystyczne. Drugi, z całkiem niezłą nawierzchnią, choć nieużywany był niestety z obu stron zagrodzony. Na trzeci można było swobodnie wjechać, jednak należało uważać na drobne kamyki, które przy ślizgach i większych prędkościach mogłyby szybko zużyć opony, a także na dziury, na które najechanie mogłoby się skończyć solidnym wstrząsem. Wszędzie było widać ślady mówiące o tym, że spalono tu wiele gumy i często celowo wprowadzano auta w poślizg. Można powiedzieć zatem, że spędziłem popołudnie pod znakiem dynamicznych przyspieszeń i ostrych hamowań, slalomów pomiędzy oponami,  nagłych skrętów, wysokich obrotów i szybkiego zużycia paliwa. Po powrocie z zabawy zajrzałem pod maskę, aby sprawdzić poziom płynów. Wszystko było w porządku. Po pewnym czasie dla pewności chciałem to sprawdzić jeszcze raz, więc pociągnąłem za wajchę do otwierania maski. Pociągnięcie okazało się bezskuteczne. Popsuło się coś w mechanizmie otwierania maski, a ja miałem kolejną materię do analiz i spekulacji.
            Jak więc widać, kiedyś może nadejść taki dzień w którym będę musiał wybrać się do psychoterapeuty. Wyobrażam sobie nawet jak mogło by to wyglądać:

- Dzień dobry panie Mateuszu. Jaki problem pana do mnie sprowadza? O czym chciałby pan porozmawiać?
- Dzień dobry panie doktorze. Otóż czuję się wewnętrznie rozbity. Wszystko zaczęło się od momentu, w którym zepsuł mi się samochód.



                                                                                                                      24.09.2012

Krótkie, krótsze, najkrótsze



            Lato to zdecydowanie czas swobodniejszego ubioru. Jednak istnieje tu pewna granica dobrego gustu.                            


Jest już końcówka sierpnia. Choć do końca lata został jeszcze niecały miesiąc to coraz więcej osób zaczyna mówić, że to już końcówka. Ja z kolei jestem przekonany, że zanim oficjalnie nadejdzie jesień to minie jeszcze sporo pogodnych dni, które wręcz prowokują do tego aby w weekend wyjechać gdzieś poza miasto. Mimo, że nie zawsze było normalnie. Zdarzyło się bowiem sporo dni podczas których wychodząc z klimatyzowanego pomieszczenia na dwór, miało się wrażenie, że właśnie wsadziło się łeb do piekarnika, a także takich w których można było na własne oczy zobaczyć i na własnej skórze doświadczyć zjawisk pogodowych nie różniących się od tych, które można obejrzeć w telewizji na jakimś popularnonaukowym kanale, oglądając film dokumentalny o tak zwanych łowcach tornad. Te tropikalne dni sprawiły, że wiele dziewczyn zaczęły nosić jeszcze krótszą wersję krótkich spodni, czyli o ile się nie mylę – szorty.
            Myli się jednak ktoś, kto teraz sobie pomyślał, że w tym felietonie zachwalał będę wygląd ładnych dziewczyn ze szczególnym uwzględnieniem ich dolnych kończyn. Chodzi mi o coś zupełnie innego. Otóż możecie się ze mną zgadzać, albo i nie do czego macie prawo (w końcu jestem chłopakiem, więc co ja tam wiem…), ale ta letnie moda jaką można w ostatnim czasie zaobserwować, nie wydaje mi się czymś stosownym. Oczywiście w takich krótkich spodenkach może być wygodnie i przyjemnie w ciepły dzień. Sam doceniam zaletę krótkich spodenek kiedy trenuję bieganie podczas sezonu wiosenno – letniego, chociaż to nieco inna sytuacja. Nie popadam też w skrajność i nie czuje się oburzony i zgorszony kiedy ktoś zakłada spodenki lub sukienkę , która kończy się powyżej kolan. Jednak w ubiorze istnieje pewna granica przyzwoitości. Spodenki, których symboliczne nogawki mają długość mniejszą niż te przy moich bokserkach mogą nadawać się na rower, zwłaszcza jeśli jakaś dziewczyna, której zależy na wyglądzie chciałaby przy okazji opalić sobie nogi, są dobre do pracy na działce czy w ogródku albo do chodzenia po domu, zwłaszcza gdy temperatura na termometrze w salonie pokazuje 25, albo i więcej stopni Celsjusza na plusie. Nie nadają się jednak do tego, aby wyjść w nich na miasto, do restauracji czy innego publicznego miejsca.


                                                     Różne przykłady letnich ubrań




            Wydaje mi się, że wiele dziewczyn myśli dzisiaj, że aby wyglądać atrakcyjnie, dobrze się prezentować, być akceptowane w towarzystwie rówieśników czy uważane za takie, które są na bieżąco z modą, stylami i wiedzą co aktualnie jest najchętniej kupowanym produktem w sklepach spod znaczka Versace (przy okazji zachęcam do zapoznania się ze specjalną edycją Lamborghini Murcielago Versace - zaprezentowanej po raz pierwszy w 2006 roku), Gucci, Lacoste czy H&M albo zwyczajnie być zauważane przez osoby płci przeciwnej – trzeba wybrać taki rodzaj ubrań – bluzek, sukni, spódnic, spodni, koszulek – które pokazują znaczną część ciała. Takie zachowanie kojarzy mi się z rybami, które pływają minimum 1000 metrów poniżej powierzchni oceanu. Ryby te krążą leniwie po mrocznych i chłodnych wodach głębin świecąc przed sobą ładnym światełkiem, które przyciąga mniejsze ryby,  nie wiedzące o pewnym istotnym fakcie, że za tym atrakcyjnym i przyciągającym ich uwagę światełkiem kryje się wredna paszcza. Podobnie jest u niektórych dziewczyn, które chcąc zwrócić na siebie uwagę i przyciągnąć do siebie ludzi, odsłaniają fragmenty ciała, które mają działać niczym wabik ryby głębinowej.
Do tego zdarzają się stroje dość obcisłe. Gdyby mnie kazano chodzić w obcisłym stroju to nie czułbym się zbyt komfortowo. Do skóry nie docierałaby odpowiednia ilość powietrza przez co chyba nie czułbym się zbyt świeżo. Prócz tego chodziłbym pewnie jak 3PO z Gwiezdnych Wojen. Niektóre przedstawicielki płci przeciwnej jakoś sobie z tym jednak radzą. Pomijając to, że noszenie obcisłych ubrań jest zwyczajnie niewygodne, to jest do tego niedobre dla zdrowia. Zwłaszcza dla tych części ciała, które znajdują się poniżej pasa, a także dla nóg na których mogą pojawić się żylaki. 

                      Sukienka - nie wiem czy modna bo się na tym nie znam





To wszystko świadczy o jednym. Coraz większej ilości ludzi zwyczajnie zaczyna brakować dobrego smaku jeśli chodzi o ubiór i wygląd zewnętrzny. Nie jestem kimś, kto we wszystkim co niedobre dopatruje się teorii spiskowych i prowadzi krucjatę w celu znalezienia winnych. Uważam jednak, że do tej sytuacji doprowadził w dużej mierze świat mediów i mody. Spójrzcie na różne reklamy. Nietrudno znaleźć takie, których głównymi bohaterkami są kobiety, których ubrania sugerują, że krawcowi które je szył, zwyczajnie zabrakło materiału. To samo wrażenie można odnieść oglądając występy i okładki płyt niektórych piosenkarek, patrząc na wygląd bohaterek różnych filmów i seriali czy przyglądając się czasem kreacją znanych osobistości. To wprowadza młode osoby w błąd, że aby być atrakcyjnymi i modnymi (zaznaczam, że chęci bycia atrakcyjnym i modnym nie uważam za coś złego – ważne aby w tym wszystkim mieć po prostu swój rozum) trzeba się do takich osób upodobnić. Tylko jest jeszcze coś. Kiedy jakaś dziewczyna jest ubrana, może niekoniecznie jak na gali rozdania Oskarów, ale elegancko, sprawi miłe wrażenie tak, że gdy ktoś będzie przechodził obok to pomyśli sobie ”O, ale ładna dziewczyna, pewnie miło byłoby porozmawiać z taką przy zestawie dobrych drinków”. Tymczasem gdy przejdzie inna, będąc ubrana w sposób minimalistyczny (A może jest to jakiś kolejny objaw ogólnoświatowego kryzysu?) to po prostu mam wrażenie, że ktoś taki ma zaniżone poczucie własnej godności i szacunku do samej siebie.
            Jestem chłopakiem i o modzie oraz trendach mam raczej niewielkie pojęcie. Poza tym niespecjalnie zaprzątam sobie głowę takimi sprawami. Wiem jednak jedno. Dziewczyny, żeby ładnie wyglądać naprawdę nie musicie zakładać ekstremalnie krótkich spodenek.




                                                                                                                              28.8.2012

Kabareciarz czy błazen?


Od dawna lubię oglądać kabarety. Przestałem jednak patrzeć na satyryczne programy  w telewizji, od kiedy stały się prymitywną błazenadą.


Wielu ludzi dobrze zna z telewizji takie program jak Kabaretowy Klub Dwójki i nieraz słyszało o  kabaretach  Limo, Neonówka, Kabaret Moralnego Niepokoju, Smile. Także wielu spośród Was na pewno słyszało o takich osobach jak Robert Górski, Marcin Wójcik, lub o wyimaginowanych postaciach kabaretowych z nie grzeszącą inteligencją blondynką o imieniu Mariolką na czele. Dziś wymienione przeze mnie osoby i formacje kabaretowe należą do najbardziej znanych w Polsce. Czy zasłużenie? Ich żarty i skecze rozśmieszają wyraźną cześć społeczeństwa. Przyznam, że sam lubię sztukę kabaretową. Nieraz zdarzało mi się siedzieć wieczorem przez parę godzin przed telewizorem lub komputerem, by pośmiać się ze skeczy przygotowanych przez utalentowanych artystów. Jednak od jakiegoś czasu przestałem oglądać rozmaite telewizyjne maratony kabaretowe czy inne programy, które w swoim założeniu mają być śmieszne.
            Wszystko dlatego, że poziom polskiego kabaretu bardzo się obniżył. Gdyby porównać tę sytuację do świata motoryzacji, to przypominałoby to chwilę, w której Ferrari skończyłoby produkować supersportowe samochody spod znaku wierzgającego konika i przerzuciło się na produkcję aut klasy Opla Astry. Fanem kabaretów jestem od chyba nieco ponad dziesięciu lat. Pamiętam zatem czasy gdy na scenie można było zobaczyć legendarny kabaret Potem, czasy swojej świetności miały kabarety Ani Mru Mru czy Kabaret Moralnego Niepokoju, a wieczory satyryczne prowadzili Artur Andrus lub Piotr Bałtroczyk. Dlatego kiedy widzę dzisiejsze kabarety to powstaje we mnie mała nostalgia. Często wtedy przychodzi mi do głowy myśl, że dobre kabarety zamiast na scenie będzie można znaleźć tylko w książkach od historii.
                                                      Legendarny kabaret "Potem"


            Zastanawia mnie dlaczego uznanie zdobywają kabarety niskiego poziomu. Skąd biorą się na przykład takie entuzjastyczne reakcje na żarty wulgarne, prymitywne, obrażające innych czy traktujących seksualność w sposób, którego prędzej można by spodziewać się u żołnierza wychodzącego z wojska niż u kogoś kto uważa się za estradowca? Jeśli już przy wojsku jesteśmy, to pewnie zauważyliście, że w kabaretach coraz więcej jest  słownictwa, z którym często można spotkać się właśnie w koszarach. Coraz częściej od osób, które zarabiają po kilka lub kilkanaście tysięcy złotych za rozbawianie ludzi można usłyszeć pewne słowo zaczynające się na literę „K” i które we Włoszech jest normalnym słowem oznaczającym „zakręt”.  Nie chodzi mi o to, że czymś strasznym jest użycie wulgarnego wyrażenia w kabaretowym skeczu. Użyte na przykład tylko w jednym momencie w ciągu na przykład półtora godzinnego programu, potrafi czasem oddać emocje granej postaci, jej bezradność wobec sytuacji z którą nie może sobie poradzić i może też pomaga wczuć się widzowi w postać, której losy obserwuje na scenie bądź ekranie. Na coś takiego jestem  w stanie się zgodzić. Coraz częściej jednak takich wyrazów używa się bez namysłu dlatego, żeby było śmiesznie i podczas występu były jak największe „jaja”, a niektórzy z kabareciarzy zdają się myśleć, że im więcej takich słów, tym publiczność będzie bardziej rozbawiona.
            Albo co „artyści” chcą osiągnąć przez szeroko pojętą prymitywność? Rzeczywiście, przez głupie obrażanie innych,  stosowanie tępawych i niezbyt wyszukanych żartów albo beznadziejne i żenujące nawiązania do erotyki (W nawiasie chciałbym dodać i niektórych zaskoczyć, że erotyka to w pierwotnym znaczeniu szerokie pojęcie oznaczające relację pomiędzy kobietą, a mężczyzną w sferze biologicznej, psychologicznej, społecznej i kulturowej, a nie coś co utożsamiane jest dziś wyłącznie z seksem i mogące budzić negatywne skojarzenia) może być skutecznym sposobem na zdobywanie popularności. Czy jednak takich ludzi można jeszcze nazwać artystami, czy raczej błaznami, którym zamiast oklasków bardziej należy się rzucony w ich stronę z widowni pomidor?

                      Lew, który właśnie obejrzał skecze współczesnych polskich kabaretów.


            Żal chyba zwłaszcza takich kabareciarzy, którzy parę lat temu byli uznanymi w całym kraju osobowościami scenicznymi, niszczą dziś swój wizerunek poprzez zniżanie się ku dość grubiańskiemu humorowi. Dla mnie ktoś, kto występuje w kabarecie powinien być kimś  prezentującym skecze na przyzwoitym poziomie dając tym dużo powodu do śmiechu,   a czasem, choć nie jest to konieczne, poprzez zabawę dać widowni trochę do myślenia. Kimś, dla kogo warto wydać kilkadziesiąt złotych , by w piątkowy wieczór po intensywnym tygodniu rozerwać się i zrelaksować. Dlaczego brakuje takich artystów? Może trzeba by ich wpisać do jakiegoś kulturowego odpowiednika Czerwonej Księgi ginących gatunków?



                                                                                                                      14.8.2012

Bądź odważnym człowiekiem, nie bój się ryzyka!!


       Czasami zdarza się tak, że boimy się podejmować ryzyka. Tymczasem często aby osiągnąć coś wyjątkowego i wartościowego to ryzyko trzeba podjąć.

       Pewnie niewielu z Was wie kto to jest Felix Baumgartner. Jest to jednak postać nieprzeciętna i nietuzinkowa. Urodzony w roku 1969 w Austrii jakiś czas służył w armii swojego kraju gdzie był spadochroniarzem i trzeba przyznać, że w swoim fachu stał się światowej klasy ekspertem. Jego doświadczenie pozwoliło mu bowiem dokonać takich wyczynów jak spadochronowy skok z wysokich na ponad 450 metrów Petronas Towers     w Kuala Lumpur, skok ze słynnego wieżowca Taipei 101 czy przeszybowanie na specjalnie skonstruowanych skrzydłach poprzez rozpościerający się miedzy Francją, a Anglią Kanał La Manche. Ostatnio Baumgartner jest zaangażowany w projekt Red Bull Stratos. Celem tego projektu jest skok z wysokości 120 000 stóp czyli niemal 37 kilometrów. W czasie tego skoku skoczek osiągnie prędkość przekraczającą barierę dźwięku i znajdzie się w rejonie atmosfery o tak niskim ciśnieniu, że potrzebny mu będzie specjalny skafander przypominający te używane przez kosmonautów udających się w podróż na Księżyc. Kilka miesięcy temu Baumgartner oddał testowy skok z wysokości na jakiej większości, a może i nikogo z nas prawdopodobnie nigdy nie będzie, a mianowicie z prawie 22 kilometrów. Skok zakończył się sukcesem.



            Wielu ludzi może sobie pomyśleć, że takie działania to bardzo duże ryzyko, że to głupota i bezsensowne, niepotrzebne narażanie swojego zdrowia lub życia. W pewnej mierze te osoby mają rację. Jednak ja chciałbym na to dzisiaj spojrzeć z innej strony. Cofnijmy się   w czasie. Pewnie ludzie, którzy żyli w tych samych czasach co Herodot zastanawiali się po co chce on zobaczyć odległe lądy i kraje. Przecież nie wiadomo było co może go tam spotkać  i na jakie niebezpieczeństwa się naraża. Może spotkać różne niebezpieczne społeczności i groźne zwierzęta. Herodot jednak, do którego często odnosił się Ryszard Kapuściński, podjął ryzyko, zgromadził obszerną wiedzę na temat innych kultur i krajów przyczyniając się do poszerzenia wiedzy współczesnych mu ludzi. Pomyślmy też przez chwilę o Amundsenie, który między innymi jako pierwszy dotarł na biegun południowy. Za jego czasów też   z pewnością były takie osoby, które mówiły, że to niepotrzebne ryzyko, że przecież z tego nic tak naprawdę nie wynika. Ten Norweg stał się jednak osobą szanowaną w świecie naukowym i do dziś jest uważany za jednego z największych podróżników. Z kolei ponad 100 lat temu gdy Walter Chrysler czy Nicola Romeo budowali samochody, też pewnie nie brakowało takich, którzy mówili, że te nowe pojazdy są niebezpieczne więc lepiej się tym nie zajmować. Dzisiaj jednak wiele osób na całym świecie docenia dobrodziejstwa korzystania   z samochodów.
Także i dziś, gdy ktoś dokonuje jakichś wyczynów wymagających pewnej dawki ryzyka, zawsze znajdzie się ktoś kto będzie mówił, że po co tak się narażać. Zaznaczę jednak, że na myśli mam takie wyczyny, które są czymś wartościowym, które stają się inspiracją dla wielu ludzi lub przysługują się dla rozwoju nauki i techniki, a nie takie gdy ktoś na przykład jedzie samochodem przez miejskie ulice z prędkością 200 kilometrów na godzinę. Tymczasem watro pomyśleć o tym, że często pewne ryzyko jest czymś czego nie da się wykluczyć chcąc odbyć niezwykłą wyprawę podróżniczą, dokonać jakichś odkryć czy osiągnąć sukcesy sportowe. Gdyby nie ta pewna ilość ryzyka, to dziś wiedza o świecie byłaby pewnie znacznie uboższa, nie istniałoby wiele wynalazków, choćby takich jak samoloty, samochody  czy statki, być może nie odkryto by różnych roślin, które mogą mieć lecznicze działanie także wobec chorób które występują współcześnie. Nie znalibyśmy też takich osób jak dwukrotny mistrz Formuły 1 – Mika Hakkinen,  mało kto słyszałby o Adamie Małyszu, czy utalentowanej kolarce Mai Włoszczowskiej, która niestety tuz przed olimpiadą doznała kontuzji. Myśle, że bez wielu tych wynalazków, odkryć czy inspirujących osób rzeczywistość byłaby o coś uboższa – a nie byłoby tego gdyby nie ryzyko.


Można to wszystko przełożyć na życie każdego z Nas. Często jest bowiem tak, że aby osiągnąć w życiu coś wartościowego to trzeba w jakimś stopniu zaryzykować. Nie można ulegać obawie przed porażką czy jakakolwiek potencjalną stratą, ośmieszeniem, niewypałem. To oczywiście nie jest niczym złym jeśli ktoś ma strachliwą osobowość, ale jeśli ktoś odczuwa strach przed podjęciem życiowych wyzwań i dążeniem do rozmaitych osiągnięć porównywalny do przerażenia Kudłatego i Scoobiego, którzy właśnie zobaczyli ducha albo potwora, to ważne jest to aby nie ulegać lękom i z wysoko podniesionym czołem dążyć do celu.
Jak zatem widzicie, można być osobą, która unika ryzyka i nie podejmuje wyzwań które daje los. Tylko z taką postawą można sobie zamknąć drogę do osiągnięcia wielu wspaniałych rzeczy, których wartości często nie przelicza się na pieniądze. Zatem chcąc być osobą, która mierzy wysoko, która chce być ambitna i nie wystarcza jej przeciętniactwo musi od czasu do czasu podejmować w pewnym stopniu ryzykowne decyzje. A ten kto w ogóle nie chce ryzykować niech lepiej w ogóle nie wychodzi z domu. Chociaż i tam ryzykuje chociażby poślizgnięcie się na mokrej podłodze…


                                                                                                     24.07.2012

Jeśli chcesz wiedzieć więcej o Feliksie Baumgartnerze i programie Red Bull Stratos odwiedź stronę:  http://www.redbullstratos.com