Nie mamy się czego wstydzić


Wydawać by się mogło, że im większa impreza tym lepsza organizacja. Nie zawsze jednak jest to prawdą.


            Na samym początku przybliżę trochę faktów, bo wiem, że nie wszyscy interesują się lekkoatletyką i bieganiem. Sześcioma największymi komercyjnymi imprezami biegowymi w których mogą startować zarówno zawodowcy jak i amatorzy są maratony w: Nowym Jorku, Chicago,  Londynie, Tokio, Berlinie oraz Paryżu. Liczba zgłoszonych uczestników zawodów wynosiła kolejno: 46759, 35670, 34656, 33328, 32997 i 31133 osób. Nie wiem na ile dzisiaj są te dane aktualne, gdyż pochodzą z roku 2011. Nie sądzę jednak aby zanadto się zmieniły.  Myślicie pewnie, że tego typu wydarzenia pod każdym względem stoją na znacznie wyższym poziomie niż nasze polskie maratony i półmaratony w Warszawie, Poznaniu czy Grodzisku Wielkopolskim, a do tego nasze krajowe zawody w bezpośrednim porównaniu zapewne wypadają blado. Cóż…niekoniecznie.
            Czytałem pewien artykuł na stronie maratonypolskie.pl i dowiedziałem się tam paru ciekawych rzeczy. Nie będę za dużo pisał na temat opłaty startowej. Wiadomo przecież, że przy imprezach wielkoformatowych opłata musi być większa, aby organizator mógł pokryć wszystkie koszty. Przykładowo gdybym chciał zapisać się na maraton do Nowego Jorku potrzebowałbym ośmiuset złotych. Myśląc o maratonie w Londynie musiałbym wydać ponad trzysta złotych, a start w berlińskich zawodach kosztuje 260 złotych. Z kolei poznański maraton ma opłatę startową wysokości, o ile się nie mylę, osiemdziesięciu złotych. Warto jednak zastanowić się co otrzymujemy w pakiecie startowym. W Poznaniu jest to numer startowy z agrafkami, gąbka, worek do którego można schować swoje rzeczy oddając je do depozytu przed startem, napoje i jedzenie na trasie i mecie i pamiątkowy T-shirt, a czasem także inny upominek. Dodatkowo organizator zapewnia miejsca noclegowe sportowcom, którzy przybyli z daleka. W Nowym Jorku, Londynie i Berlinie w składzie pakietu zapewniony jest numer startowy i agrafki, gąbka, jakieś ulotki, napoje na trasie i mecie, a w Londynie jeszcze worek na rzeczy.  Koszulka pamiątkowa oczywiście jest. Trzeba tylko zapłacić za nią równowartość 100 złotych. Na mecie  nie znajdzie się też  posiłku, a o nocleg trzeba zatroszczyć się samemu. Zatem droga i duża impreza nie zawsze musi być pod każdym względem lepsza od tych małoskalowych. 

           Najbardziej popularne zawody niekoniecznie są pod każdym względem najlepsze

            W ostatnią niedzielę brałem udział w Biegu Niepodległości. Bieg rozgrywany na ulicach znajdującego się tuż za południową granicą Poznania Luboniu, miał długość 10 kilometrów. Luboń, choć oficjalnie nie leży w administracyjnych granicach Poznania, nieoficjalnie może być już uznawany za jego dzielnicę. Prężnie działa tam wiele firm jak i „Stowarzyszenie Luboński Klub Biegacza”, które zorganizowało owe zawody. Start miał się rozpocząć o godzinie 10 więc dość wcześnie rano wyjechałem z domu. Z racji małego ruchu na ulicach całkiem szybko dotarłem do Lubonia. Wbrew pozorom jest to całkiem spora miejscowość. Dlatego, choć poprzedniego wieczora sprawdzałem trasę, zgubiłem się. Szkoda, że zabrakło dokładniejszych oznaczeń jak dotrzeć na miejsce. Przynajmniej takowych nie widziałem. Krążyłem więc samochodem w poszukiwaniu celu jak podróżnik, który zgubił się w lesie.
W końcu, gdy mimowolnie zwiedziłem już niemal całą miejscowość, dotarłem na miejsce. Byłem bardzo mile zaskoczony gdy zobaczyłem gdzie znajduje się biuro zawodów.  Mieściło się ono w dużej i nowoczesnej hali sportowej należącej do gimnazjum. Hala była tak obszerna, że można by zorganizować tam koncert dla całkiem sporej liczby osób, w dodatku posiadała zadbane trybuny. Odebrałem pakiet startowy od wolontariuszek i po przebraniu, udałem się do depozytu. Następnie nadszedł już czas, by wyruszyć na punkt startowy gdzie prócz mnie było także ponad 600 innych zawodników. Wiele osób postanowiło biec z biało – czerwonymi flagami Polski. Na starcie miał być też odśpiewany hymn narodowy, niestety spikerowi nie udało się porwać tłumów do wydobycia z siebie słów Mazurka Dąbrowskiego. Miejsce startu było w pobliżu płotu ogradzającego parking więc znalazłem jeszcze chwilę by spojrzeć czy z moim samochodem wszystko w porządku. Upewniwszy się, że tak, mogłem spokojnie ruszyć. Od samego startu biegłem spokojnym, ale stałym tempem. Dzięki takiej strategii szybko zacząłem wyprzedzać kolejnych zawodników, którzy jeszcze chwilę temu znajdowali się przede mną. Jednak gdzieś koło siódmego czy ósmego kilometra mój organizm zaczął sygnalizować drobne problemy techniczne, a mówiąc prościej podczas kilkusetmetrowej partii trasy biegnącej pod górkę złapałem kolkę. Musiałem zatem nieco zwolnić, przez co wyprzedziło mnie parę osób. Chwilę później gdy trasa się wypłaszczyła, powróciłem do normalnej szybkości. Dzięki temu przez ostatnie półtora kilometra udało mi się awansować o kilka pozycji. Co ciekawe, mimo tego że musiałem w pewnym momencie zwolnić, drugie pięć kilometrów pokonałem szybciej niż pierwsze. Dodatkowo pobiłem własny rekord w biegu na 10 kilometrów, który wynosi teraz 55 minut.
                    Zawody mniejszej rangi też mogą być świetną zabawą.

Na mecie dostaliśmy solidnie wykonany medal w kształcie terytorium Polski. Można też było napić się i zjeść smaczną kiełbaskę z bułką. Zbierane były również pieniądze na leczenie chorego na raka 22 latka. Gdy już nieco odpocząłem i przebrałem się, rozpoczęła się ceremonia wręczania nagród. Nagrody przyznawano zarówno w kategorii ogólnej jak i w poszczególnych podziałach wiekowych.  Wraz z moim kolegą jak i paroma innymi osobami żartowaliśmy sobie z jednego gościa, który wygrał w jednej z kategorii, że gdyby nie jego bujna czupryna, która tworzyła opór aerodynamiczny, z pewnością miałby jeszcze lepszy wynik. Na końcu miało jeszcze miejsce losowanie bonów do sklepu sportowego. Wśród dziesięciu wylosowanych szczęściarzy byłem też ja. Tym optymistycznym akcentem zakończyły się niedzielne zawody. Był to nieduży, ale porządnie zorganizowany bieg,  na którym po prostu świetnie się bawiłem.
Wszystko to jest dowodem na to, że zawody mniejszej rangi też mogą stać na wysokim poziomie, a wielkość imprezy nie zawsze idzie w parze z jakością organizacji. Nowy Jork, Paryż, Londyn czy Berlin są i mają prawo być dumne ze swoich maratonów, które stale należą do największych na świecie. Dobrze jest jednak wiedzieć, że i  u nas w Polsce  są organizowane takie zawody, których mimo ich mniejszej popularności, nie musimy się wstydzić.



                                                                                                                 13.11.2012

By być jak najlepszym człowiekiem


W chrześcijaństwie dzień Wszystkich Świętych to święto tych, którzy znajdują się już w niebie. Przy tej okazji warto chwilę pomyśleć co tak właściwie znaczy słowo świętość.


                Początek listopada to trochę specyficzny okres czasu. Dni stają się coraz krótsze, dość szybko robi się ciemno, a nocami termometry zaczynają wskazywać minusowe temperatury. Dużą grupę społeczeństwa w te chłodne dni ogarnia lekkie lenistwo i zdecydowanie przestawia się na domowy tryb spędzania wolnego czasu. Przyznam, że i mnie, zwolennikowi regularnego uprawiania sportu, coraz trudniej wyruszać na biegowe treningi.  Początek listopada to także czas kiedy wiele osób odwiedza cmentarze, pielęgnuje groby, kupuje kwiaty aby przyozdobić nimi miejsca gdzie leżą ciała ich bliskich zmarłych, a wykres sprzedaży w siedzibie firmy produkującej znicze wyraźnie skacze w górę.
            Pierwszy bowiem dzień owego jesiennego miesiąca spod znaku opadających liści to dzień Wszystkich Świętych. W świecie kultury chrześcijańskiej już od bardzo długiego czasu (tradycja święta  istnieje od przynajmniej IV wieku naszej ery)  przyjęło się, że jest to data kiedy to wspomina się i modli za tych, którzy przenieśli się na Tamten Świat. W mediach mówi się o zmarłych, a także o corocznej policyjnej akcji, która na celu ma zapewnienie bezpieczeństwa na drogach. Wielu z nas wybierze się przecież na cmentarze  oraz odwiedzić rodzinę, by spędzić czas w miłym gronie. W niebo zaś pofruną miliony modlitw, dzięki którym niektórzy znajdą się tam gdzie istnieją takie rzeczy  których „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało…(1 Kor 2, 9”. To oczywiście bardzo dobrze. Dzień Wszystkich Świętych jest jednak też takim dniem w którym warto zwrócić uwagę na życiowe postawy takich osób,  od których w różnych codziennych  sytuacjach można czerpać przykład i pomyśleć o tym, że do bycia kimś takim wezwany jest każdy z nas.  Mowa oczywiście o ludziach, których nazywamy świętymi. Jest ich bardzo dużo. Największą ich ilość wyświęcił polski papież Jan Paweł II. Pewnie jest jednak tak, że istnieje  niemało takich, których nigdy oficjalnie nie wyniesiono na ołtarze, a którzy śmiało swoim życiem na to zasłużyli.

             Jeśli lubisz jazdę niezgodną z przepisami to na początku listopada lepiej uważaj.


            Ta refleksja skłoniła mnie, aby zastanowić się jaki jest dziś obraz kogoś, kogo można określić mianem „świętego”.  Może się mylę, ale wydaje mi się, że w czasach w których coraz większą popularność zdobywają style życia nie zawsze zgodne z zasadami chrześcijaństwa, obraz takiej osoby często nie jawi się optymistycznie. Sztywniak, nudziarz, dewot, szara mysz, nietolerancyjny – w odczuciu niektórych wyrazy te są synonimem kogoś, kto stara się brać sobie do serca nauczanie Jezusa. Człowiek pobożny to ktoś taki kto usłyszawszy w rozmowie jakiś brzydki wyraz staje się blady na twarzy a jego mina przybiera taki grymas jakby dowiedział się o tym, że kolega, który stoi obok okazał się bojownikiem Al Kaidy. Gdyby kogoś takiego chcieć wyciągnąć na dwór, na piwo lub wycieczkę nie związaną ze zwiedzaniem świątobliwych miejsc to próby takie zakończą się fiaskiem. Wolny czas lepiej przecież wykorzystać na modlitwę tudzież czytanie pobożnej lektury. Persona takiego pokroju gdy idzie ulicą i zauważy atrakcyjną osobę płci przeciwnej, zaraz pośpiesznie spuści skromnie wzrok obawiając się, że spojrzenie na elegancką dziewczynę lub wysokiego przystojniaka mogłoby być czymś niestosownym. A gdy jednak jakimś cudem uda się pójść z kimś takim na piwo, to spożywanie trunku będzie miało charakter raczej powściągliwy, a rozmowa będzie  krążyła gdzieś pomiędzy historią papiestwa, a działalnością misyjną w ubogich krajach. Wiem, że sporo tutaj przerysowałem. Myślę jednak, że udało mi się przybliżyć  pewien stereotypowy sposób patrzenia na chrześcijan. Stereotypy z kolei jak wiadomo, rzadko leżą blisko prawdy. Przykład? Żaden problem. Piotr Jerzy Frassati to sympatyczny gość, który mieszkał na początku XX wieku we Włoszech. Zmarł w wieku dwudziestu paru lat, a w roku 1990 został beatyfikowany przez Jana Pawła II. Był dobrym kolegą lubianym przez swoich rówieśników z którymi chętnie spędzał czas.  Poza tym był  amatorem dobrego wina, sportu i górskich wypraw. Zdecydowanie kogoś takiego nie nazwie się nudziarzem.
            Kim zatem jest człowiek święty? Według mnie jest to ktoś kto jest otwarty na świat i na drugiego człowieka, rozwija swoje talenty i osobowość, chce cieszyć się życiem i dobrze z niego korzystać. W ważnych sprawach takich jak kwestie wiary, uczciwości i przyzwoitości międzyludzkiej nie idzie na kompromisy, dlatego czasami bywa uznawany za nietolerancyjnego.  Jednak przede wszystkim jest dla niego ważnym to, aby w swojej codzienności, w różnych życiowych sytuacjach swoją postawą naśladować i wskazywać na  Pana Jezusa.
Ktoś pomyśleć może , że bycie kimś takim jest nie dla niego, jest czymś nierealnym i nieosiągalnym. To nie jest prawda. Każdy jest zaproszony by do tego dążyć, choć oczywiście wymaga to pewnej pracy nad sobą. Nie jest  też  tak, że święci nigdy nie popełniali złych uczynków i błędnych decyzji. Jesteśmy ludźmi i żyjąc tu na Ziemi, choćbyśmy nie wiem jak się starali, nigdy nie osiągniemy pełnej doskonałości. Ważne jest to, by starać się być jak najlepszym.

             Trzeba odrzucić lęk i odważnie ruszyć ku byciu porządnym chrześcijaninem

            Świętość – słowo, które wydawać się może niemodne i mało atrakcyjne, trącić myszką i za którym stoi jakaś forma romantycznego marzycielstwa. Ten stereotyp należy odrzucić. Dzisiaj trzeba przełamać lęk, niepewność i odważnie podjąć staranie, by być jak najlepszym człowiekiem. Kiedy będziemy wspominali tych, którzy czekają na nas po drugiej stronie, warto chwilę pomyśleć czy wolelibyśmy aby nasze życie było wygodne i nie wyróżniać się spośród innych czy może raczej by kiedyś ktoś i nas wspomniał jako osobę, która może być inspiracją dla innych.


                                                                                 
                                                                                                                      29.10.2012

Więcej niż bąbelków w jacuzzi



     Bardzo łatwo jest zauważyć to, co zasługuje na krytykę. Nieraz jednak trudniej jest dostrzec pozytywne aspekty życia, choć jest ich przecież niemało.       


 Z pewnością każdy z nas mógłby podać przykład takich osób, które codziennie oglądają wieczorne wiadomości z uwagą słuchając każdego słowa, które wylatuje z głośniczka wbudowanego w telewizor, a ruchy ich gałek ocznych z napięciem śledzą każdy obraz  pojawiający się na szklanym, chociaż już coraz częściej plazmowym, ekranie. Wielu ludzi regularnie czyta, w pracy i przy kawie, newsy z porannej prasy przewracając szary, brudzący ręce papier, a prócz tego stara się być na bieżąco z informacjami ukazującymi się na portalach internetowych. Dzięki temu doskonale wiedzą oni gdzie na świecie toczy się jakaś wojna, kto z kim się kłóci, co dzieje się w międzynarodowej polityce, czego dotyczą najnowsze matactwa i skandale wysoko postawionych ludzi albo gdzie ostatnio wydarzył się  straszny kataklizm. Zastanawiam się co to daje człowiekowi? Może  poczucie pewności, że wiemy co się wokół nas dzieje, albo na co możemy być przygotowanymi? W mojej opinii większość informacji prezentowanych przez media jest uproszczona, traktująca temat powierzchownie, przyciągają sensacją i… są po prostu do niczego niepotrzebne. Poza tym w silny sposób mogą wpływać na ludzkie postawy, przekonania i sposób patrzenia na rzeczywistość. Może się zdarzyć tak, że ktoś będący na bieżąco z różnymi info serwisami, stopniowo nabiera przekonania, że świat jest zły, pełen kłamstwa, matactw, a Polska to kraj absurdów i ciemnoty.


Serwisy informacyjne nieraz zdają się sugerować, że na świecie jest więcej złego niż dobrego

            Dzieje się tak dlatego, że bardzo często to co złe mocno przykuwa uwagę i  bardziej rzuca się w oczy. Posłużę się tutaj przykładem Kościoła katolickiego. Kiedy pojawi się doniesienie o tym, że jakiś ksiądz rzucił sutannę, inni duchowni zbytnią uwagę przykładają do pomnażania bogactw materialnych zapominając o tych niematerialnych, na jaw wyjdzie jakiś pedofilski skandal lub inna afera pokazująca, że nie wszyscy kapłani żyją według nauczania Założyciela ich Kościoła – zaraz wiedzą o tym wszyscy naokoło. Tymczasem znacznie mniej ludzi słyszało o pewnym polskim dominikaninie, który wiele lat temu wyruszył do Kamerunu by dzięki swojej pracy biedni ludzi mogli zdobyć wykształcenie, o  zakonnicy,  która w innym afrykańskim kraju pomaga chorym i biednym albo o księdzu, który jeżdżąc po krajowych drogach stara się nakłonić prostytutki do powrotu ku porządnemu życiu.  Dodam, że nie są to postacie wymyślone przeze mnie na potrzeby tego tekstu, ale realne osoby.
            Niejednokrotnie dostrzeżenie wokół nas tego co pozytywne wymaga wytężenia uwagi. Dobre rzeczy, które nas spotykają i których wbrew pozorom jest mnóstwo, nie zawsze muszą być wielkie i zapierające dech w piersiach. Tymczasem warto starać się dostrzegać rozmaite pozytywy w życiu i dbać o coś co można nazwać „wrażliwością na dobro”. Nie jest to jakieś patrzenie przez różowe okulary albo słynny amerykański pozytywizm kiedy ktoś komu właśnie spłonął cały dom na pytanie „jak leci” odpowie: „I’m fine, thank you men!” Chodzi o to żeby zobaczyć, że świat naprawdę może być dobry,  a mądrze  wykorzystane życie, nawet mimo tego, że zdarzają się w nim negatywne rzeczy, stać się fantastyczną przygodą.
            Kiedy ktoś nie dostrzega tego co znajduje się po „słonecznej stronie życia”, może stopniowo tracić wrażliwość na to co dobre i wartościowe. Taka persona raczej nie jest zbyt zadowolona z życia nieustannie mając poczucie bylejakości i tego, że czegoś w nim brakuje. Może też stać się, mówiąc w prosty sposób, ponurakiem i zrzędkiem. Wtedy w głowie zaczyna powstawać wizja świata jako miejsca ponurego w którym jest tyle zła i nieprawości ile w Gotham City przed pojawieniem się Batmana, albo nawet jeszcze więcej. Czy ktoś chciałby być takim?

Warto wokół siebie dostrzegać dobre rzeczy - chociażby kolorowe barwy jesieni

            Możecie się zgadzać z tym co napisałem. Możecie też mieć inne zdanie. Jeśli jednak się zgadzacie to proponuję aby dziś, zamiast oglądać serwis informacyjny w którym jakiś prezenter lub prezenterka znów będą opowiadać o sejmowych kłótniach i dramatach dziejących się gdzieś na świecie, albo zamiast czytać w internecie o aferach finansowych lub nieprofesjonaliźmie  działaczy PZPN, lepiej będzie wyjść na spacer by popatrzeć na jesienne barwy albo pójść na basen by rozruszać nieco mięśnie i posiedzieć w  jacuzzi ciesząc się ciepłą wodą i masującymi bąbelkami. Naprawdę warto dostrzegać to co dobre.  Wierzcie lub nie, ale tego jest naprawdę wiele. Może nawet więcej niż bąbelków w owym jacuzzi.

                                                                                                                                22.10.2012

Chcesz dowiedzieć się więcej o dominikaninie pracującym w Kamerunie i jego działalności?  Kliknij tutaj : http://www.misja-kamerun.pl/

Potworne Ciężarówki


 Dla kogoś oglądanie rekordowego skoku ekstremalnej terenówki może być czymś niegodnym uwagi.   Dla mnie był to powrót do świata ogromnej mocy, niezwykłej techniki i ludzi z pasją.       


                  Parę dni temu przeglądając sobie pewien kanał motoryzacyjny na YouTube, natrafiłem na krótki, ale interesujący film. Przedstawiał on amerykańskiego kierowcę wyścigowego – Dana Runte, oraz jego próbę pobicia rekordu długości skoku Monster Truckiem. Prócz tego można było dowiedzieć się paru szczegółów technicznych dotyczących owej nieprzeciętnej terenówki, a także poznać postać Boba Chandlera – człowieka, który ponad 30 lat temu zbudował pierwszą  w historii „potworną” ciężarówkę. Dla kogoś być może byłby to kolejny filmik przedstawiający jakiegoś szaleńca robiącego dziwne rzeczy swoim bezsensownym samochodem. Ja byłem zachwycony. Dla mnie był to powrót do czasów dzieciństwa.
            Także i dziś dobrze pamiętam, że będąc jeszcze dzieciakiem, który chodził do podstawówki, byłem fanem tego mało znanego w Polsce sportu, który za oceanem od wielu lat cieszy się niemałą popularnością. Wiele godzin poświęcałem na ściganie się tymi maszynami w grze komputerowej, a kiedy miałem okazję poserfować po Internecie (wtedy jeszcze nie miałem Internetu w domu) ciężko było mnie odciągnąć od stron z informacjami i zdjęciami Monster Trucków. Gdy po szkole miałem wolne popołudnie, organizowałem sobie w komputerowym świecie różne mistrzostwa i zawody.


                                 Opony tego auta raczej nie są za słabo napompowane.


 Nad łóżkiem z kolei miałem poprzyklejanych parę zdjęć przedstawiających szalone maszyny w akcji. Pamiętam też dobrze poprzedni wyczyn Dana Runte, kiedy rozpędzoną terenówką wykonał skok nad ustawionym na ziemi Boeingiem 727. Znałem również nazwy poszczególnych samochodów: Bear Foot, Rampage, Grave Digger, Power Wheels, czy mój ulubiony Bigfoot – niebieski pickup z pomarańczowym,  przypominającym błyskawicę winylem na boku.  To był dla mnie wspaniały świat ogromnej mocy, niezwykłej techniki i ludzi z pasją.
            To właśnie wspomniany przeze mnie Bigfoot jest pierwszym w historii Monster Truckiem. Z tej właśnie racji często jest przy nim stosowane określenie „The Original Monster Truck”. Pierwszy egzemplarz powstał w roku 1974 kiedy to pochodzący z St. Louis inżynier-mechanik Bob Chandler, chcąc zbudować auto mające posłużyć zaspokojeniu jego off-roadowej pasji, wziął rodzinnego pickupa -  Forda  F-250, zamontował mu wyższe zawieszenie oraz koła od jakiejś maszyny rolniczej. Pojazd wraz ze swoimi możliwościami, do których zaliczało się między innymi rozjeżdżanie zwyczajnych samochodów,  wkrótce zyskał taką popularność, że Bob zaczął być zapraszany na rozmaite imprezy i pokazy. Na początku lat 80-tych prócz Bigfoot’a, pojawiały się także inne auta. To przyczyniło się do zorganizowania pierwszych zawodów. Stopniowo zaczęły one zyskiwać popularność, a także przybierać coraz bardziej zorganizowaną formę. Zyskiwał też poziom bezpieczeństwa zawodów. Dzisiaj do jego elementów zaliczają się ognioodporne kombinezony, profesjonalne kaski wyścigowe, a także znany z Formuły 1 system HANS, który utrzymuje głowę i kręgosłup w jednej linii zapobiegając negatywnym skutkom nadmiernych przeciążeń, a także solidne klatki bezpieczeństwa.  Z kolei Bigfoot Team stał się sporą firmą, która budowała coraz nowocześniejsze pojazdy. Dzisiaj flota tego zespołu ma już na koncie kilkadziesiąt modeli tych wyjątkowych maszyn, a prócz różnych wersji tego najsłynniejszego Monster Trucka, z garażów Boba Chandlera  wyjechały też auta o m.in. takich nazwach jak Wildfoot, Snake Bite czy Summit Bigfoot.
            Zawody Monster Trucków przypominają swoją formą wyścigi typu „drag”.  Na krótkiej trasie kierowcy mają jednak do pokonania różne przeszkody takie jak rampy, błoto, czy ustawione w rządku samochody. Wyścigi odbywają się zarówno na otwartym terenie, ale mogą być też organizowane na przygotowanych ku temu  stadionach i w dużych halach, które są codziennym miejscem pracy futbolistów bądź areną występów znanych muzyków. Spotyka się też rywalizację typu „freestyle” w której zbiera się punkty za efektowny przejazd, a także konkursy na najdłuższy skok.


                                                 Bigfoot - The Original Monster Truck

            Pojemność silników wynosi ponad 9000 cm3.  Ich moc waha się od ponad 1000 koni mechanicznych do nawet 2000 KM. Dzięki tak dużej sile  przy odpowiednio mocnym wciśnięciu „gazu”  samochód staje dęba. Gdyby maszyny mówiły tak jak w bajce „Auta” i któregoś dnia Bugatti Veyron spotkałby Monster Trucka i zapytał go o moc, to mimo swoich 1001 KM pod maską pewnie odjechałby nieco zawstydzony. Te ekstremalne maszyny wysokie na cztery metry i o kołach wielkości dorosłego człowieka mogą rozpędzić się do 140 km/h. Wydawać się może niewiele, ale przy wadze 7 ton wynik ten jest całkiem niezły. Zastanawiać się możecie ile kosztuje wybudowanie takiego potwora. Koszt waha się od 150 do 250 tysięcy dolarów. Teraz wystarczy to pomnożyć przez trzy by otrzymać cenę w polskich złotówkach. Oczywiście do tego dochodzą jeszcze koszty utrzymania, które również do niskich nie należą.
            Prawdopodobnie po tym tekście nie staniecie się nagle fanami Monster Trucków. Miło było jednak przybliżyć Wam świat tych ekstremalnych samochodów. A co z Danem i jego próbą pobicia rekordu?  Szesnastego września tego roku, w słoneczną niedzielę skoczył w Indianapolis na odległość ponad 70 metrów. Poprzedni wynik osiągnięty nad Boeingiem 727 został pobity, a nowy wpisany do Księgi Rekordów Guinessa. 

                                                                                                                      29.09.2012

Jeśli chcesz poznać postać Boba Chandlera, Dana Runte i obejrzeć rekordowy skok kliknij tutaj:

Autoświr

Wciąż słyszymy o tym, że bardzo dużo osób nie radzi sobie ze stresem. Jeśli kiedyś dołączę do grona takich osób to wiem co będzie tego przyczyną.



W dzisiejszych czasach coraz więcej ludzi korzysta z pomocy psychologów.  Do specjalistów udają się nawet sportowcy, co niejednokrotnie przynosi dobre rezultaty, ale sprawa ta nie ogranicza się tylko do świata sportu. Coraz większe tempo życia negatywnie wpływa na zdrowie fizyczne i psychiczne. Nieustanna presja ze strony pracodawców lub najbliższych, niepewne sytuacje finansowe i duże kredyty, niezadowolenie z własnego życia – wszystko to sprawia, że coraz więcej osób ląduje na kozetce. Wiele wskazuje na to, że ten stan będzie się coraz bardziej pogłębiał. Ostatnio stwierdziłem, że jeśli ja też znajdę się kiedyś u psychoterapeuty, to wiem już jaka będzie tego przyczyna.

                W dzisiejszych czasach coraz więcej ludzi nie radzi sobie z nadmierną presją


            Pierwsze objawy pojawiły się prawie rok temu. Któregoś razu jadąc samochodem, zauważyłem, że po dłuższej jeździe coś zaczyna delikatnie piszczeć przy, jak mi się zdawało, lewym przednim kole. Podejrzewam, że znaczna większość ludzi może by i ten fakt zauważyła, ale raczej nie za bardzo by się nim zmartwili. W końcu samochód jest maszyną, w której znajduje się niezliczona liczba rozmaitych elementów i coś po prostu ma prawo czasem zapiszczeć. Ja jednak najwyraźniej nie należę do większości,  a już na pewno nie pod tym względem. Niemal całą dalszą drogę do domu zastanawiałem się z lekkim niepokojem co też może się dziać. Może to objaw jakiejś usterki, która zagraża bezpieczeństwu na drodze? Może jest to coś, czego naprawa będzie mnie dużo kosztować? Przestałem się nad tym zastanawiać dopiero pewien czas później, kiedy po rozmowie z osobami, które na temat mechaniki samochodowej wiedzą trochę więcej niż ja, ustaliłem, że ciche piski są po prostu spowodowane brakiem jakiegoś smaru w zawieszeniu. Ogólnie mówiąc piszczało z tego samego powodu co nienasmarowane drzwi w Waszym domu. Dlatego przy okazji najbliższej wizyty u mechanika powiedziałem, żeby zerknął na zawieszenie. Dzisiaj wprawdzie też słychać jakieś odgłosy z zawieszenia, ale znacznie rzadziej, a ja już się tym nie przejmuję.
            Niejednokrotnie zdarzało mi się też zastanawiać czy aby nie mam za mało powietrza w oponach. Zdaje się, że popadłem w coś co można nazwać autosugestią. Działa tutaj podobna zasada jak u hipochondryka, który boi się, że zachoruje na jakąś chorobę. Całymi dniami myśli o tym tak intensywnie, że w końcu zaczyna mu się zdawać, że zaczął odczuwać objawy  owej dolegliwości. Ja chyba też myślałem o ciśnieniu w oponach na tyle intensywnie, że zaczęło mi się wydawać, że jest ono za małe. Mimo, że nie odczuwałem żeby samochód zaczął gorzej się prowadzić, a wszyscy inni mówili, że powietrza w oponach wcale nie brakuje.
            Suma wszystkich strachów miała jednak miejsce przed przeglądem, który trzeba było wykonać aby mieć ważny dowód rejestracyjny. Kilka dni wcześniej zaczęły się pojawiać w głowie myśli siejące niepewność. Czy aby na pewno wszystko z moim autem jest w porządku? (Mimo zapewnień mechanika, że samochód spokojnie powinien przejść przegląd.) A co, jeśli hamulce nie są w pełni sprawne (choć zmieniałem je ledwie dwa miesiące wcześniej) albo będą jakieś luzy w układzie kierowniczym? Absolutnie nie miałem ochoty poświęcać czasu, a tym bardziej pieniędzy na nieplanowane naprawy. Moje obawy jednak zupełnie się nie sprawdziły i okazały się, jak w poprzednich przypadkach, kompletnie bezpodstawne. Z samochodem wszystko było w najlepszym porządku. Jakby tego było mało, to człowiek, który robił przegląd okazał się fanem sportu samochodowego i byłym rajdowcem – amatorem. Efektem tego była sympatyczna rozmowa na temat rajdów i samochodów, która w sumie trwała dłużej niż sam przegląd.

                                    Nawet w najlepszym aucie może zdarzyć się awaria
           

 Całkiem niedawno miałem okazje wybrać się na prawie puste lotnisko. Były tam trzy pasy. Jeden zajęty przez jakąś firmę, która organizuje loty turystyczne. Drugi, z całkiem niezłą nawierzchnią, choć nieużywany był niestety z obu stron zagrodzony. Na trzeci można było swobodnie wjechać, jednak należało uważać na drobne kamyki, które przy ślizgach i większych prędkościach mogłyby szybko zużyć opony, a także na dziury, na które najechanie mogłoby się skończyć solidnym wstrząsem. Wszędzie było widać ślady mówiące o tym, że spalono tu wiele gumy i często celowo wprowadzano auta w poślizg. Można powiedzieć zatem, że spędziłem popołudnie pod znakiem dynamicznych przyspieszeń i ostrych hamowań, slalomów pomiędzy oponami,  nagłych skrętów, wysokich obrotów i szybkiego zużycia paliwa. Po powrocie z zabawy zajrzałem pod maskę, aby sprawdzić poziom płynów. Wszystko było w porządku. Po pewnym czasie dla pewności chciałem to sprawdzić jeszcze raz, więc pociągnąłem za wajchę do otwierania maski. Pociągnięcie okazało się bezskuteczne. Popsuło się coś w mechanizmie otwierania maski, a ja miałem kolejną materię do analiz i spekulacji.
            Jak więc widać, kiedyś może nadejść taki dzień w którym będę musiał wybrać się do psychoterapeuty. Wyobrażam sobie nawet jak mogło by to wyglądać:

- Dzień dobry panie Mateuszu. Jaki problem pana do mnie sprowadza? O czym chciałby pan porozmawiać?
- Dzień dobry panie doktorze. Otóż czuję się wewnętrznie rozbity. Wszystko zaczęło się od momentu, w którym zepsuł mi się samochód.



                                                                                                                      24.09.2012