Odejść od codzienności

Każdy człowiek potrzebuje czasu w którym odstawia na bok pracę i obowiązki, a zajmuje się tylko i wyłącznie wypoczynkiem i tak zwanym ładowaniem akumulatorów. Czasem potrzebny jest jeden dzień w tygodniu, innym razem dwutygodniowy urlop.



            Od bardzo dawna  powszechnie znany jest jeden fakt. Wiedzą o tym ludzie z różnych krajów, w różnym wieku czy o różnych zarobkach. Wiedzą o tym dzisiejsze społeczeństwa, wiedziały o tym również narody, które kilka tysięcy lat temu żyły w rejonie, który dziś określany jest Bliskim Wschodem. Tym faktem jest to, że człowiek dla własnego dobra, zdrowia i higieny psychicznej potrzebuje dnia wolnego.
Czytając początek Pisma Świętego mamy taki fragment, gdzie po sześciu dniach pracy, Bóg ustanawia siódmy dzień wolnym. Nie dzieje się tak bez powodu, bo Pan Bóg nie miał co robić i tak po prostu sobie wymyślił. Można być chrześcijaninem, wyznawcą innej religii albo niewierzącym, ale jest w tym zawarta mądrość mówiąca o tym, że każdy potrzebuje takiego czasu, w którym zostawia to czym na co dzień się zajmuje, odchodzi od tego. Czas w którym powinno się odłożyć  na bok pracę i obowiązki, nawet jeśli ta praca wiąże się z naszym hobby i jest przyjemnością. W naszej kulturze takim dniem jest najczęściej  niedziela, w kulturze arabskiej będzie to piątek, a w żydowskiej sobota. Równie dobrze może być to jednak czas urlopu, wolne od studiów i szkoły i tym podobne okoliczności. Niezależnie czy będzie to jeden lub dwa dni, czy dwa tygodnie urlopu spędzonego na wczasach warto ten okres wykorzystać tak jak należy. Inaczej mówiąc, trzeba go celebrować. Co mam na myśli?
Przykładów może być mnóstwo. Zacznijmy od zwykłego spaceru. Niejedna osoba w ciągu tygodnia miałaby ochotę wybrać się do ładnego parku lub do lasu za miastem zwyczajnie po to aby spędzić trochę czasu w zielonym otoczeniu. Tymczasem  osiem godzin trzeba spędzić w pracy, potem przyjść do domu i przygotować obiad. Może zatem znajdzie się wolne popołudnie? Haha, człowieku!! A czy rachunki zapłacą się same, a potrzebne zakupy przyjdą  na własnych nogach? Właśnie dlatego warto w tygodniu znaleźć taki dzień w którym te sprawy zejdą na dalszy plan.

           Każdy potrzebuje co jakiś czas odejść od swoich codziennych zajęć.


Ktoś inny może od dłuższego czasu próbuje znaleźć czas na całodniową wyprawę rowerową. Rower stoi gotowy, plan trasy jest już opracowany, brakuje tylko jednego – czasu. Potrzeba spłacenia kredytu powoduje bowiem, że nawet popołudniami trzeba siedzieć w klimatyzowanym biurze, przez co ciężko znaleźć choćby dwie godziny na przejażdżkę Może czas na to, aby znaleźć dzień i w końcu dokonać tego na co ciągle nie ma czasu?       
Prawdopodobnie nieraz myślicie o kimś ze znajomych kogo bardzo lubicie, a nie widzieliście tej osoby już od dłuższego czasu? Trzeba byłoby gdzieś wyjść razem, spotkać się i porozmawiać, ale ciągle nie ma na to czasu. Rozumiem, że czasami faktycznie tak jest i znalezienie momentu na spotkanie, który odpowiadałby wszystkim osobom przypomina  szukanie w dowolnym urzędzie niewielkiego pokoiku do którego trzeba dostarczyć jakiś napisany skomplikowanym językiem świstek. Nie zmienia to jednak tego, że dzień wolny można potraktować jako świetną okazję na znalezienie wieczoru na rozmowę z tymi, o których często nierzadko myślimy, a mało ich widzimy.
Podobnie może być z rodziną. Czasami bywa tak, że w tygodniu nie da rady spędzać ze sobą tyle czasu ile by się chciało. To praca, to szkoła i studia,  to jakieś sprawy do załatwienia. Dobry to zatem pomysł, aby w wolny dzień  poświęcić parę godzin, żeby posiedzieć z rodziną, wspólnie się czymś zająć, choćby zwyczajną grą w planszówke.
Sposobów na celebrowanie wolnych dni jest wiele. To może być także czytanie książki, żeglowanie, gra w piłkę z kolegami, jazda na nartach, robienie artystycznych zdjęć. Byleby odłożyć na bok sprawy całego tygodnia.
            Co takim celebrowaniem na pewno nie jest? Z pewnością spędzanie całego wolnego czasu przed telewizorem czy komputerem. Co to za marnotrawstwo kiedy cały dzień spędza się przed telewizorem oglądając teleturnieje, albo przed komputerem grając po kilka godzin w gry bądź przeglądając strony internetowe!! Oczywiście to nic złego jeśli ktoś chce obejrzeć interesujący film lub program, albo poczytać o ciekawej tematyce. Sam wieczorami lubię włączyć internet żeby obejrzeć jakiś program motoryzacyjny albo popatrzeć na śmieszne filmiki w których ktoś idąc potyka się i wpada do basenu. Ostatnio na przykład oglądałem jak kelnerce w restauracji wysunęła się z ręki taca z jedzeniem i bukiet różnokolorowych warzyw pofrunął na siedzących nieopodal gości. Wracając do tematu, ważne jest po prostu to, aby umieć zachować  umiar. 

Korzystania z wolnego czasu można uczyć się od dzieci

            Niedobre jest także marnowanie czasu wolnego na prace i obowiązki, które ze spokojem i bez szkody dla nikogo można by wykonać w jakiś inny dzień Tak samo marnowaniem wolnego jest spędzanie czasu w supermarketach i centrach handlowych. Rozumiem, że trzeba tam od czasu do czasu zajrzeć żeby zrobić zakupy. Za głupotę uważam jednak chodzenie przez co najmniej pół dnia, szczególnie jeśli jest to NIEDZIELA, po galerii handlowej, bezcelowe snucie się po holach i korytarzach  z całą rodziną i wodzenie błędnym wzrokiem po sklepowych wystawach Jest to nie tylko działanie przeciw samemu sobie, ale i przeciw innym.  Kasjerka sklepowa może chciałaby spędzić czas z mężem i dziećmi, przejść się z nimi na plac zabaw żeby popatrzeć na Jasia bawiącego się w piaskownicy i bujającego się na huśtawkach, ale nie może, bo ileś osób doszło do wniosku, że właśnie niedziela jest najlepszym dniem na zrobienie zakupów. Sklepowi ekspedienci nie mogą należycie wykorzystać tego świątecznego dnia, bo akurat dziś jakiś gość musi kupić nowy telewizor plazmowy, żeby zapewnić sobie jak najlepszy odbiór nowej, cyfrowej jakości telewizji. Pewien pan, który na co dzień opowiada klientom o produktach wystawionych na półkach chciałby zabrać wieczorem żonę do teatru, ale gdzie tam… Spędzanie czasu i kupowanie w galeriach w niedziele to nie tylko marnowanie własnego czasu, ale i w pewien sposób krzywdzenie pracowników, którzy też chcieliby mieć wolne.
            Ostatnio w niedziele wybrałem się na spacer po Cytadeli, będącej jednym z największych parków w mieście, a w czasach II Wojny Światowej niemieckim fortem. Spacerowało tam nie za wielu ludzi, za to wszędzie było wiele śniegu. Cisza, spokój, przyjemny mrozik i skrzypiący pod nogami śnieg. Był to dzień, w którym odbywała się słynna Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, ale, ku mojej uciesze, nie spotkałem żadnej zbierającej pieniądze grupy nastolatków, która próbowałaby urządzić na mnie obławę. W pewnym momencie zobaczyłem kilkanaścioro dzieci i ich rodziców. Dzieci zjeżdżały z górki, a i dorośli nie odmawiali sobie tej frajdy. I wiecie co? Doszedłem do wniosku, że właśnie te dzieci umieją dobrze korzystać ze świątecznego dnia.. Są zadowolone, spędzają czas na wolnym powietrzu wraz z kolegami, rodzicami i po prostu cieszą się chwilą. O to właśnie chodzi w celebrowaniu wolnego czasu !

                                                                                                                             14.1.2012

Byli sobie powstańcy



 W grudniu 1918 roku po długim okresie zaborów na ulice Poznania wyszli powstańcy. Co roku wspominamy te wydarzenia. Dobrze byłoby gdyby nie kończyło się tylko na wspominaniu.

            Wszystko zaczęło się od przyjazdu do Poznania słynnego zarówno w kraju jak i na świecie pianisty – Ignacego Jana Paderewskiego.  26 grudnia 2012 przebywał on w hotelu Bazar skąd tego samego dnia wieczorem wygłosił przemówienie, które poruszyło tłumnie przybyłych Poznaniaków mających po dziurki w nosie niemieckiej okupacji i wszelkich prób germanizacji. Błyskotliwa przemowa wywołała wielką patriotyczną manifestację. Niemcy stwierdzili, że nie mogą  na tę sytuację nie reagować. Już następnego dnia zorganizowali wojskową defiladę. Parę godzin później rozpoczęły się pierwsze walki pomiędzy powstańcami a zaborcami, które z centrum szybko rozprzestrzeniły się na cały Poznań oraz na rejon dzisiejszej Wielkopolski.  W walkach, które ostatecznie zakończyły się sukcesem dla strony polskiej, zginęło wielu walczących. Nie będę jednak tutaj przeprowadzał analizy historycznej na miarę Bogusława Wołoszańskiego. Chcę się chwilę zastanowić nad tym czy w mieście w którym wybuchło powstanie, ludzie potrafią docenić i wykorzystać poświęcenie walczących.
            Podczas ostatnich obchodów kolejnej rocznicy tych wydarzeń miałem trochę czasu, aby przejść się ulicami stolicy Wielkopolski. W czasie tego spaceru mogłem zobaczyć zabytkowy czołg przy którym można sobie było zrobić zdjęcie, widziałem też wielu entuzjastów historii, którzy poprzebierani byli w stroje polskich żołnierzy z 1918 roku. Z kolei w miejscu w którym zginął pierwszy z powstańców położono kwiaty w celu upamiętnienia jego postaci. Miała też miejsce inscenizacja walk dobrych Polaków ze złymi Prusakami, a przed południem odbywały się uroczystości przypominające te chlubne wydarzenia. Cieszy zatem, że wielu ludzi pamięta o bohaterstwie tych osób, które walczyły o wolność i dobrobyt.

                      Powstańcy walczyli nie tylko dla siebie, ale i dla przyszłych pokoleń

            Myślę, że wyłączając pewne środowiska, które wszędzie dopatrują się rozmaitych spisków, raczej nikt nie ma wątpliwości, że żyjemy w wolnym kraju. Co z dobrobytem? Skupmy się na Poznaniu. W ostatnich latach zmodernizowano lotnisko, wybudowano wielki stadion mogący pomieścić 40 000 osób, poczyniono sporo inwestycji budowlanych, a niedawno miasto było jednym z gospodarzy piłkarskich mistrzostw Europy. Poznań promuje się także jako miejscowość, która wspiera sport i aktywność fizyczną. Wygląda więc na to, że jest to takie miejsce, które prężnie się rozwija i świetnie prosperuje, coraz bliżej mu do zachodnioeuropejskich standardów, ma świetnie rozwiniętą komunikację i mieszkają tu sami energiczni, przedsiębiorczy, kreatywni ludzie. Chcesz być kimś, mieć odpowiednią pozycję społeczną? Koniecznie tu zamieszkaj!! Poznań to świetnie miejsce!! Problem w tym, że dzisiaj mało kogo stać na kupienie sobie mieszkania za jakieś 300 000 albo i 400 000 złotych.
Wielu młodych ludzi szuka w mieście mieszkań. Szkoda, że mało kto myśli o tym jak skutecznie pomóc takim osobom. Zamiast tego jest coraz więcej lokali komunalnych, które albo stoją puste, albo mieszkają tam ludzie dla których takie pojęcia jak porządek, rzetelna praca, uczciwość czy kultura osobista nie istnieją.  Jeśli szukanie mieszkania dopiero przed Wami, a myślicie o tym aby mieszkać w Poznaniu, to mam nadzieję że ta sytuacja zdąży się jeszcze poprawić.
            Co z tego, że zmodernizowano lotnisko i buduje się nowy dworzec kolejowy i autobusowy kiedy  stan miejskich dróg owszem, najgorszy nie jest, ale i tak nietrudno znaleźć takie, po których ktoś, kto dba o zawieszenie jeździ slalomem, zaś popołudniami od poniedziałku do piątku łatwo wpaść w pochłaniający paliwo i nerwy korek? Można zatem zrezygnować z samochodu. Tylko że ceny biletów komunikacji miejskiej rosną.
Gdy ktoś postanowi pozwiedzać miasto to z pewnością spostrzeże, że obecnie jest tu sporo placów budowy i nowych inwestycji. To oczywiście bardzo dobrze. Czy jednak trzeba być geniuszem budowlano – urbanistycznym aby zorientować się, że lepiej byłoby remonty i budowy rozłożyć w czasie aby nie wprowadzać niepotrzebnego chaosu? Albo, żeby stwierdzić, że bydynek powinien komponować się z otoczeniem? Być może, ale w takim razie takich geniuszy tutaj brakuje.
Zbudowano wielką sportową świątynie jaką jest Stadion Miejski. Zdaje się jednak, że co niektórzy zapomnieli o innych niż futbol dyscyplinach sportowych. Klub sportowy Olimpia wspierający między innymi lekką atletykę zmaga się z brakiem funduszy. Poznańscy żużlowcy już od wielu lat jeżdżą i trenują na starym i zaniedbanym stadionie. Na torze wyścigowym znajdującym się na obrzeżach miasta z powodzeniem można by organizować zawody nawet międzynarodowej rangi. Jednak nikt zbytnio nie kwapi się, aby przeznaczyć fundusze na odpowiednią modernizację, choćby zwyczajną budowę trybun.
Pewien wysoki jegomość, który do tego jest prezydentem miasta, wraz ze swoimi kolegami z Urzędu Miasta ciągle chwali się jakim to znakomitym przedsięwzięciem była organizacja Euro. Osobiście nie wiem czy aż tak bardzo jest się czym chwalić. Kibice mieli rozrywkę, ale oznaczało to też pojawienie się międzynarodowej zgrai ochlapusów dzięki którym służby sprzątające miały co robić. Śmieci wprawdzie posprzątano, ale  długu o wartości kilkudziesięciu milionów złotych jaki powstał po mistrzostwach już nie da się tak łatwo pozbyć. Być może tutaj należy szukać przyczyny szybko rosnących podatków komunalnych.

        Poznań - oby za wspomnieniem powstańczych walk szły tutaj także konkretne czyny

Problem dbania ( a raczej jego braku) o Poznań nie dotyczy jednak tylko pracowników Urzędu Miasta. Wielu mieszkańców nie potrafi uszanować wspólnego dobra.  Pomalowano jakąś kamienicę? Świetnie, będzie gdzie złożyć swój podpis! Właściciele psów to z kolei ludzie ekologiczni, bo użyźniają parkowe trawniki naturalnym nawozem. Mało? Wystarczy przejść się paroma ulicami żeby przekonać się, że wielu Poznaniaków nie uważało na lekcjach w szkole kiedy mówiono o dbaniu o czystość okolicy w której się mieszka. Jeszcze inni z kolei ciągle mówią co należałoby zrobić i co im się nie podoba, ale sami nie kiwną palcem jeśli chodzi o jakąkolwiek pracę na rzecz wspólnego dobra.
            Jak to wszystko podsumować? Według mnie Wielkopolanie pamiętają o bohaterach sprzed niemal stu lat, którzy chcieli zapewnić swojemu krajowi wolność i dobrobyt. Tylko że oprócz pamięci powinno mieć miejsce coś jeszcze. Uszanowanie tych wartości o których myśleli walczący żołnierze. Czy tak się dzieje? Patrząc na dzisiejszy Poznań i różne zjawiska jakie mają miejsce dochodzę do wniosku, że nie jest z tym najlepiej. Raczej nie o to im chodziło gdy 27 grudnia 1918 roku z karabinami wyszli na ulice miasta.
           

Tak postępują mistrzowie

 Każdy ma swoje cele i ambicje. To dobrze. Co jednak w sytuacji, w której wydaje się, że marzenia zaczynają uciekać?




Często  w rozmowach o sporcie samochodowym  spotykam się z  pewnym zarzutem wobec wyścigów Formuły 1. Chodzi o to, że ludzie niejednokrotnie mówią, że wyścigi są nudne, nic się nie dzieje, nikt się nie wyprzedza i wszyscy jak w procesji jeżdżą przez półtorej godziny po kilkukilometrowym kółku, od czasu do czasu zjeżdżając na wymianę opon. Zgadzam się, że tak bywa.  Jednak na pewno nie można  powiedzieć tego o ostatnim wyścigu sezonu 2012, który miał miejsce pod koniec listopada w Brazylii.
            Do ostatnich zawodów bardzo emocjonującego sezonu, nie była rozstrzygnięta kwestia kto zdobędzie tytuł Mistrza Świata. Walka miała rozegrać się pomiędzy Hiszpanem Fernando Alonso, a Niemcem Sebastianem Vettelem. W lepszej sytuacji był Vettel. Miał trzynaście punktów przewagi nad rywalem. Mimo to wyścig zaczął się dla niego niezbyt optymistycznie. Na starcie wyprzedziło go kilku kierowców, a po chwili został lekko potrącony przez jakiś inny samochód. Wskutek tego Sebastiana obróciło tyłem do kierunku jazdy, wyprzedzili go wszyscy kierowcy i znalazł się na ostatnim miejscu. Do tego wyścigówka była lekko uszkodzona. Wszak można było jechać dalej, ale czy usterki nie są  na tyle duże, że w pewnym momencie auto stwierdzi, że dalej nie pojedzie? 

                   W tym momencie Vettel pomyślał, że to koniec marzeń o mistrzostwie


Wielu ludzi śledzących wyścigowe zmagania pomyślało sobie zapewne, że to koniec marzeń o trzecim z rzędu tytule dla tego młodego Niemca. W jednym z wywiadów sam Vettel powiedział, że w tym momencie myślał, że mistrzostwo przepadło. Choć sytuacja była dla niego dołująca, ruszył dalej. Po niedługim czasie zaczął wyprzedzać pierwszych kierowców. Pogoń nie odbyła się jednak bez komplikacji. Na szesnastym okrążeniu zaczęło padać, a podczas jednej z wymian opon pojawiły się problemy przez które Vettel stracił kilka cennych sekund. W tym czasie Alonso cały czas jechał w czołówce. Mimo to Niemiec nadal pruł w górę. Z pewnością musiał wtedy trzymać nerwy na wodzy. Emocje kotłujące się w głowie poganiały do jak najszybszej jazdy, ale rozsądek podpowiadał aby zbytnio nie szarżować – nawierzchnia cały czas była mokra i każdy poślizg mógłby sprawić, że myśl o zdobyciu tytułu rozbiłaby się o którąś z band bezpieczeństwa rozstawionych wokół toru. Paru kierowców tego dnia bowiem nie zobaczyło przed sobą biało – czarnej szachownicy. W końcu po wielu chwilach, nerwów, emocji, niepewności i wiary w sukces, Sebastian Vettel dotarł do mety na szóstej pozycji. Czy to wystarczy na zdobycie najwyższego tytułu?  Tak.  Sebastian wygrał mistrzostwo z trzypunktową przewagą nad Fernando, który wyścig ukończył na miejscu drugim, za pierwszym na podium Jensonem Buttonem. Dla mnie był to chyba najlepszy wyścig Formuły 1 jaki widziałem.
            Czy można sytuację jaka miała miejsce podczas tych zawodów odnieść do życia? Komuś może się to wydać naciągane, inny pomyśli, że co ma wyścig samochodowy wspólnego z różnymi sytuacjami, które nas spotykają. Ja jednak widzę powiązanie. Otóż każdy człowiek ma jakieś plany czy marzenia związane z życiem osobistym, z rozwojem pasji i zainteresowań, osiągnięciem sukcesu w jakiejś dziedzinie czy też w swoim zawodzie. Każdy ma jakieś swoje „mistrzostwo”. Dodam tutaj, że  nie słyszałem, żeby kiedykolwiek droga do sukcesu i marzeń była drogą, którą zawsze idzie się lekko i łatwo. Myślę, że to dobrze. Gdyby wartościowe rzeczy były łatwo osiągalne byłyby one niejako plastikowe i kiczowate. W tym miejscu wtrącę pytanie retoryczne. Co robimy gdy natrafiamy na problemy lub w chwilach kiedy wydaje się nam, że to do czego dążymy i na czym nam zależy jest niemal niemożliwe do osiągnięcia i nam ucieka tak jak Alonso uciekał przed Vettelem? Może się wtedy pojawić myśl, żeby zrezygnować, że po co się trudzić skoro i tak się nie uda, że to jakieś bujanie w obłokach. Zdarza się, że odchodzimy od tych rzeczy gdyż wolimy wybrać po prostu łatwiejsze rozwiązanie (dając dojść do głosu ludzkiej tendencji do unikania wysiłku, a szukania wygody) tracąc chęć do podjęcia trudu i wiarę w siebie, bojąc się zaryzykować lub też zwyczajnie ulegając lenistwu. Wtedy powiększa się na świecie grono osób, które pewnego dnia stwierdziły, że owszem, plany i marzenia są fajne, ale czas wynieść je gdzieś na strych umysłu, zacząć myśleć trzeźwo, pomyśleć o poszukaniu dobrze płatnej i zapewniającej pozycję pracy, dać sobie spokój z marzycielstwem. Albo co uważają, że nie warto inwestować czasu i energii w relacje z innymi lub sprawy, których doprowadzenie do końca wymaga cierpliwości, trudu i ryzyka.

                                            W Brazylii ten młody człowiek pokazał, 
                        że nawet gdy coś wydaje się niemożliwe, nie wolno się poddać

            W takiej samej sytuacji znalazł się Sebastian Vettel podczas GP Brazylii. Spadł na ostatnie miejsce, a samochód był lekko uszkodzony. Nie była to sytuacja łatwa, a Vettel mógłby poddać się stwierdzając, że wszystko stracone i pojedzie tylko po to, aby dojechać do mety. Po co ruszać w szaleńczą pogoń skoro i tak prawdopodobnie nic z tego nie wyjdzie? Mimo to zaczął pędzić do przodu, nie poddał się i osiągnął cel jakim było dla niego trzecie pod rząd Mistrzostwo Świata. Jego myśl o tym, że wszystko stracone nie sprawdziła się, choć wszystkie okoliczności przemawiały za jej słusznością.  Takiej postawy i ambicji każdemu z Was życzę.
            Oczywiście można lubić Sebastiana Vettela, można też za nim nie przepadać. Znajdą się też tacy, którzy twierdzą, że jego zwycięstwa to zasługa pracy zespołu i dobrego samochodu. I powiem Wam, że mają oni rację., ale z drugiej strony na nic zdałby się najlepszy sprzęt gdyby nie talent, ambicja młodego człowieka i wola walki.



                                                                                                                                 10.12.2012

Nie każdy jest Zidanem


Oglądając fragment ostatniego meczu polskiej rezprezentacji widziałem jak jeden z naszych strzelił samobója. W liceum sytuacja taka nie była mi obca.     


           Ostatnim przeciwnikiem polskiej reprezentacji piłkarskiej była drużyna Urugwaju. Mecz miał miejsce jakoś w połowie listopada. W dniu w którym spotkanie miało być transmitowane w telewizji, mój tata zapytał mnie czy będę je oglądał. Tata śledzi niemal każdy mecz jaki jest pokazywany w telewizji, niezależnie od tego czy są to Mistrzostwa Świata, Liga Mistrzów czy Liga Polska. Jeśli zaś chodzi o mnie to zdecydowanie nie odziedziczyłem po nim zainteresowania futbolem. Mimo to stwierdziłem, że z ciekawości obejrzę kawałek. Jak powiedziałem, tak zrobiłem i wieczorem znalazłem parę chwil, żeby popatrzeć na zmagania biało – czerwonych. Już po paru minutach oglądania byłem świadkiem tego jak jeden z naszych strzelił gola. Szkoda tylko, że był to gol samobójczy. W wielu domach jak i na trybunach pewnie nie brakowało głosów w stylu „Co on robi!! Jak on gra!!”
Ja z tej sytuacji się śmiałem. Coś takiego może się zdarzyć najlepszym. W momencie tym myślami powróciłem też  ku licealnym  lekcjom wychowania fizycznego gdzie i dla mnie gole samobójcze nie były czymś obcym. 

                                           Nawet zawodowcy miewają gorsze dni

Często graliśmy właśnie w piłkę nożną. Mecze odbywały się na przyszkolnym boisku, które nazywaliśmy „Wembley”. Zazwyczaj przychodziło nas kilkunastu więc dzieliliśmy się na dwie sześcio – siedmio osobowe drużyny. Sposób w jaki się dzieliliśmy był prosty. Z szeregu wychodziły dwie osoby, które na zmianę wybierały po jednej osobie do swoich ekip. Jeśli chodzi o mnie to nigdy nie wyróżniałem się wybitnym talentem do  sportów zespołowych. Z tego właśnie powodu zazwyczaj byłem wybierany gdzieś pod koniec. Raz czy dwa razy byłem jednak wybierany na samym początku. Było to wtedy kiedy zasady uległy małej modyfikacji i wybierało się graczy dla drużyny przeciwnej.  Jak zatem pewnie się domyślacie, na lekcjach wf-u  gdy graliśmy w piłkę, zazwyczaj nie błyszczałem. Zresztą nie jest łatwo grać osobie o wzroście niecałych 170 centymetrów wzrostu przeciw chłopakom mierzącym po 180 i więcej centymetrów i ważącym ze 20 kilogramów więcej niż ja.
            Nie wiem jak było o Was w szkole, ale u mnie często słabych graczy ustawiało się na bramce. Dlatego na początku swojej piłkarskiej kariery w liceum wraz z paroma innymi kolegami niejedną lekcję spędzałem w polu bramkowym swojej drużyny.  Po pewnym czasie awansowałem wprawdzie na inną pozycję, ale raczej nie stało się to na skutek gwałtownego wzrostu moich umiejętności. Po prostu, któregoś  razu stwierdziłem, że już nie mam ochoty być na bramce i zwyczajnie nie zgodziłem się na to aby być na tej pozycji, a i inni chyba stwierdzili, że raczej kiepski ze mnie bramkarz. Cóż, to pewnie instynkt samozachowawczy podpowiadał mi, że lepiej jest żeby padła bramka niż miałbym zostać znokautowanym przez piłkę lecącą w moim kierunku z prędkością asteroidy. Dlatego raczej nie wykazywałem się zbytnim poświęceniem.
            W polu radziłem sobie lepiej. Zdarzały się wprawdzie takie mecze gdzie moje zaangażowanie ograniczało się do spokojnego maszerowania to w jedną, to w drugą stronę i jak najszybszego podawania piłki do kogoś innego, gdy sporadycznie miało miejsce, że ktoś kopnął mi piłkę. Z czasem jednak stwierdziłem, że też chciałbym brać udział w grze chcąc czerpać frajdę ze wspólnej zabawy mimo swoich niezbyt dużych umiejętności. Zacząłem więc coraz częściej wykazywać aktywność podczas meczów, a od czasu do czasu zdarzały mi się całkiem udane akcje. Jakby tego było mało, to niekiedy udawało mi się kopnąć w bramkę. Może i rzadko trafiałem gola, ale tym bardziej dawało mi to większa satysfakcję.  Wkrótce koledzy zaczęli zauważać, że ja też jestem na boisku i dokonali przełomowego odkrycia, że do mnie też można podać piłkę nie martwiąc się o to, że zaraz ktoś z drużyny przeciwnej mi ją odbierze i strzeli gola.  Choć z boiskowego odludka coraz bardziej stawałem się osobą aktywnie biorącą udział w grze to i tak zdarzały mi się mimowolne podania do przeciwnika albo kopnięcia po których piłka nie leciała w tym kierunku w jakim bym sobie tego życzył.
            Było to oczywiście solą w oku dla pewnej grupy wysportowanych chłopaków. Część z nich mniej lub bardziej profesjonalnie trenowała piłkę nożną.  Pamiętam ich jako osoby, które zachowywały się tak jakby nie potrafiły zaakceptować i zrozumieć tego, że ktoś może być mniej wysportowany, a wyznacznikiem wartości było dla nich to jak ktoś radzi sobie podczas gry w piłkę. Dlatego gdy mnie lub komuś z moich mniej utalentowanych sportowo kolegów nie wyszła jakaś akcja lub podanie, z ich strony padały słowa krytyki nieraz ze szczyptą słów, które nie nadają się do cytowania w tym felietonie. Zachowanie takie określiłbym jako głupie i śmieszne jednocześnie. To zabawne, że kilku typków traktowało koleżeńską grę w piłkę tak poważnie jakby byli gwiazdami światowego futbolu, a od tego czy ich drużyna wygra czy nie zależały losy Wszechświata. Nie lubił mnie zwłaszcza jeden z nich. Nieraz z jego strony padały pod moim adresem słowa, których zdecydowanie nie można uznać za przejaw koleżeństwa. Do dziś jednak nie wiem dlaczego ten koleś był do mnie tak negatywnie nastawiony. Wprawdzie ja też nie darzyłem go sympatią, ale nigdy z tego powodu mu nie dokuczałem. Faktem jest jednak, że chyba tylko dzięki temu, że zdecydowanie nie jestem porywczą osobą i trudno wyprowadzić mnie z równowagi , nigdy nie przerodziło się to w ostrą, konfliktową sytuację.

            Gra z kolegami powinna być dobra zabawą, ale nie wszyscy o tym pamiętają

            To wszystko jednak nie znaczy, że nie lubiłem  wychowania fizycznego. Nieprzyjemne incydenty owszem, zdarzały się, ale było też sporo sympatycznych i zabawnych momentów dzięki którym miło wspominałem te sportowe lekcje. Mieliśmy też świetnego nauczyciela, mam z nim zresztą kontakt do dzisiaj, który namówił mnie do spróbowania sił w bieganiu, dzięki czemu  mając nieco ponad 20 lat mam za sobą wiele fantastycznych zawodów, w tym maratony i półmaratony. Po prostu szkoda tylko, że na wf-ie było paru szkolnych cwaniaków, którzy dogadywali słabszym tylko dlatego, że ci nie grali co najmniej tak dobrze jak Zinedine Zidane.
            Kiedy ktoś z Was zatem będzie grał w piłkę nożną lub jakąkolwiek inną grę zespołową,  to nie gnębcie słabszych zawodników. Pamiętajcie, że oni też chcieliby pewnie miło spędzić czas grając z kolegami mimo swoich słabszych umiejętności. Oglądając zaś mecz profesjonalistów nie wieszajcie psów na piłkarzu, któremu gra idzie niezbyt dobrze. W końcu każdy ma prawo do popełniania  błędów i do tego, żeby po prostu mieć gorszy dzień. Chyba nie jest to takie trudne do zrozumienia?

                                                                                                                          26.11.2012

Nie mamy się czego wstydzić


Wydawać by się mogło, że im większa impreza tym lepsza organizacja. Nie zawsze jednak jest to prawdą.


            Na samym początku przybliżę trochę faktów, bo wiem, że nie wszyscy interesują się lekkoatletyką i bieganiem. Sześcioma największymi komercyjnymi imprezami biegowymi w których mogą startować zarówno zawodowcy jak i amatorzy są maratony w: Nowym Jorku, Chicago,  Londynie, Tokio, Berlinie oraz Paryżu. Liczba zgłoszonych uczestników zawodów wynosiła kolejno: 46759, 35670, 34656, 33328, 32997 i 31133 osób. Nie wiem na ile dzisiaj są te dane aktualne, gdyż pochodzą z roku 2011. Nie sądzę jednak aby zanadto się zmieniły.  Myślicie pewnie, że tego typu wydarzenia pod każdym względem stoją na znacznie wyższym poziomie niż nasze polskie maratony i półmaratony w Warszawie, Poznaniu czy Grodzisku Wielkopolskim, a do tego nasze krajowe zawody w bezpośrednim porównaniu zapewne wypadają blado. Cóż…niekoniecznie.
            Czytałem pewien artykuł na stronie maratonypolskie.pl i dowiedziałem się tam paru ciekawych rzeczy. Nie będę za dużo pisał na temat opłaty startowej. Wiadomo przecież, że przy imprezach wielkoformatowych opłata musi być większa, aby organizator mógł pokryć wszystkie koszty. Przykładowo gdybym chciał zapisać się na maraton do Nowego Jorku potrzebowałbym ośmiuset złotych. Myśląc o maratonie w Londynie musiałbym wydać ponad trzysta złotych, a start w berlińskich zawodach kosztuje 260 złotych. Z kolei poznański maraton ma opłatę startową wysokości, o ile się nie mylę, osiemdziesięciu złotych. Warto jednak zastanowić się co otrzymujemy w pakiecie startowym. W Poznaniu jest to numer startowy z agrafkami, gąbka, worek do którego można schować swoje rzeczy oddając je do depozytu przed startem, napoje i jedzenie na trasie i mecie i pamiątkowy T-shirt, a czasem także inny upominek. Dodatkowo organizator zapewnia miejsca noclegowe sportowcom, którzy przybyli z daleka. W Nowym Jorku, Londynie i Berlinie w składzie pakietu zapewniony jest numer startowy i agrafki, gąbka, jakieś ulotki, napoje na trasie i mecie, a w Londynie jeszcze worek na rzeczy.  Koszulka pamiątkowa oczywiście jest. Trzeba tylko zapłacić za nią równowartość 100 złotych. Na mecie  nie znajdzie się też  posiłku, a o nocleg trzeba zatroszczyć się samemu. Zatem droga i duża impreza nie zawsze musi być pod każdym względem lepsza od tych małoskalowych. 

           Najbardziej popularne zawody niekoniecznie są pod każdym względem najlepsze

            W ostatnią niedzielę brałem udział w Biegu Niepodległości. Bieg rozgrywany na ulicach znajdującego się tuż za południową granicą Poznania Luboniu, miał długość 10 kilometrów. Luboń, choć oficjalnie nie leży w administracyjnych granicach Poznania, nieoficjalnie może być już uznawany za jego dzielnicę. Prężnie działa tam wiele firm jak i „Stowarzyszenie Luboński Klub Biegacza”, które zorganizowało owe zawody. Start miał się rozpocząć o godzinie 10 więc dość wcześnie rano wyjechałem z domu. Z racji małego ruchu na ulicach całkiem szybko dotarłem do Lubonia. Wbrew pozorom jest to całkiem spora miejscowość. Dlatego, choć poprzedniego wieczora sprawdzałem trasę, zgubiłem się. Szkoda, że zabrakło dokładniejszych oznaczeń jak dotrzeć na miejsce. Przynajmniej takowych nie widziałem. Krążyłem więc samochodem w poszukiwaniu celu jak podróżnik, który zgubił się w lesie.
W końcu, gdy mimowolnie zwiedziłem już niemal całą miejscowość, dotarłem na miejsce. Byłem bardzo mile zaskoczony gdy zobaczyłem gdzie znajduje się biuro zawodów.  Mieściło się ono w dużej i nowoczesnej hali sportowej należącej do gimnazjum. Hala była tak obszerna, że można by zorganizować tam koncert dla całkiem sporej liczby osób, w dodatku posiadała zadbane trybuny. Odebrałem pakiet startowy od wolontariuszek i po przebraniu, udałem się do depozytu. Następnie nadszedł już czas, by wyruszyć na punkt startowy gdzie prócz mnie było także ponad 600 innych zawodników. Wiele osób postanowiło biec z biało – czerwonymi flagami Polski. Na starcie miał być też odśpiewany hymn narodowy, niestety spikerowi nie udało się porwać tłumów do wydobycia z siebie słów Mazurka Dąbrowskiego. Miejsce startu było w pobliżu płotu ogradzającego parking więc znalazłem jeszcze chwilę by spojrzeć czy z moim samochodem wszystko w porządku. Upewniwszy się, że tak, mogłem spokojnie ruszyć. Od samego startu biegłem spokojnym, ale stałym tempem. Dzięki takiej strategii szybko zacząłem wyprzedzać kolejnych zawodników, którzy jeszcze chwilę temu znajdowali się przede mną. Jednak gdzieś koło siódmego czy ósmego kilometra mój organizm zaczął sygnalizować drobne problemy techniczne, a mówiąc prościej podczas kilkusetmetrowej partii trasy biegnącej pod górkę złapałem kolkę. Musiałem zatem nieco zwolnić, przez co wyprzedziło mnie parę osób. Chwilę później gdy trasa się wypłaszczyła, powróciłem do normalnej szybkości. Dzięki temu przez ostatnie półtora kilometra udało mi się awansować o kilka pozycji. Co ciekawe, mimo tego że musiałem w pewnym momencie zwolnić, drugie pięć kilometrów pokonałem szybciej niż pierwsze. Dodatkowo pobiłem własny rekord w biegu na 10 kilometrów, który wynosi teraz 55 minut.
                    Zawody mniejszej rangi też mogą być świetną zabawą.

Na mecie dostaliśmy solidnie wykonany medal w kształcie terytorium Polski. Można też było napić się i zjeść smaczną kiełbaskę z bułką. Zbierane były również pieniądze na leczenie chorego na raka 22 latka. Gdy już nieco odpocząłem i przebrałem się, rozpoczęła się ceremonia wręczania nagród. Nagrody przyznawano zarówno w kategorii ogólnej jak i w poszczególnych podziałach wiekowych.  Wraz z moim kolegą jak i paroma innymi osobami żartowaliśmy sobie z jednego gościa, który wygrał w jednej z kategorii, że gdyby nie jego bujna czupryna, która tworzyła opór aerodynamiczny, z pewnością miałby jeszcze lepszy wynik. Na końcu miało jeszcze miejsce losowanie bonów do sklepu sportowego. Wśród dziesięciu wylosowanych szczęściarzy byłem też ja. Tym optymistycznym akcentem zakończyły się niedzielne zawody. Był to nieduży, ale porządnie zorganizowany bieg,  na którym po prostu świetnie się bawiłem.
Wszystko to jest dowodem na to, że zawody mniejszej rangi też mogą stać na wysokim poziomie, a wielkość imprezy nie zawsze idzie w parze z jakością organizacji. Nowy Jork, Paryż, Londyn czy Berlin są i mają prawo być dumne ze swoich maratonów, które stale należą do największych na świecie. Dobrze jest jednak wiedzieć, że i  u nas w Polsce  są organizowane takie zawody, których mimo ich mniejszej popularności, nie musimy się wstydzić.



                                                                                                                 13.11.2012