Alessandro Zanardi


Z reguły za najlepszych sportowców uważa się tych, którzy niemal zawsze zdobywają medale.  Są jednak tacy, którzy mimo mniejszej liczby zwycięstw, zasługują na nie mniejszy podziw.


Alessandro Zanardi – komuś kto nie interesuje się sportem samochodowym to imię i nazwisko pewnie niewiele albo nic nie mówi. Jest to jednak postać, która w ciągu życia zdążyła na swoim koncie zgromadzić sporą liczbę zwycięstw. Ten urodzony w 1966 roku w Bolonii kierowca, w ciągu swojej kariery brał udział w takich seriach wyścigowych jak Formuła 3000, Formuła 1, wyścigi WTCC, jednak największe sukcesy zdobył jeżdżąc w amerykańskich mistrzostwach CART, gdzie wygrał kilkadziesiąt wyścigów, a w latach 1997 oraz 1998 zdobył mistrzostwo.  Alex ma na koncie także inne, bardzo cenne zwycięstwo, którego nie zdobył jednak na torze wyścigowym.
            W roku 2001 po krótkiej przerwie powrócił do ścigania w serii IndyCar. Piętnastego września tego roku miał miejsce wyścig na niemieckim torze Lausitzring. W pewnym momencie włoski kierowca utracił panowanie nad swoim samochodem, a po chwili z bardzo dużą prędkością uderzył w niego inny zawodnik.  Nie trzeba być znawcą wyścigów aby przewidzieć, że nie była to tuzinkowa kraksa. Przód auta Alessandra przestał istnieć, a kierowca w konsekwencji stracił obie nogi. Zanim trafił do szpitala był reanimowany siedem razy. Zdążył także otrzymać ostatnie namaszczenie.


               Lata 1997 - 1998.  Alex zdobywa tytuły mistrza amerykańskiej serii CART

            Choć ciężko w to uwierzyć i wydaje się to niemal tak prawdopodobne jak podróż kosmiczna do innej galaktyki, Zanardi w roku 2003 powrócił za kierownicę. Nie było to coś w stylu przejechania ze spokojną prędkością jakiejś niewielkiej odległości. Specjalnie dla niego przygotowano auto w którym przyspieszenie i hamowanie sterowane było przy pomocy ręcznych kontrolerów. Tym autem przejechał on 13 okrążeń na torze w Lausitz, które to dzieliły go od mety podczas feralnych zawodów. Przy tej okazji rozwinął prędkość z jaką z reguły nie poruszają się osoby pozbawione nóg, a było to 310 km/h.
            Kilka następnych lat upłynęło pod znakiem startów w wyścigowej serii WTCC. Można by zadawać sobie pytanie czy po takich perypetiach, które niemal skończyły się na tamtym świecie, można wrócić do ścigania na światowym poziomie. Może taki powrót ma za zadanie jedynie podbudować psychicznie poszkodowanego? A może jest to jakaś forma litości i głaskanie biednego po główce? Otóż nic bardziej mylnego. W ciągu paru sezonów Alex, jeżdżąc dla zespołu BMW, nie tylko regularnie zdobywał punkty, ale udało mu się odnieść parę zwycięstw.  Wszystko to pokazuje do jakich niezwykłych wyczynów jest w stanie doprowadzić człowieka ambicja i determinacja.
            W sporcie wyznacznikiem sukcesu jest z reguły ilość zwycięstw i zdobytych przez danego zawodnika tytułów  mistrzowskich. Dzieje się tak gdy mowa jest o wyścigach samochodowych, lekkiej atletyce, piłce nożnej, narciarstwie czy badmintonie. Jest to w sumie logiczne i rozsądne rozumowanie. Za mistrzów i najlepszych w swoich dziedzinach uznamy Michaela Schumachera, który siedem razy zdobywał mistrzostwo Formuły 1, Sebastiana Loeba, który aż dziewięć razy zdążył udowodnić, że jest najlepszym na świecie rajdowcem, drużynę Real Madryt, która aż 30 razy w historii sięgnęła po tytuł piłkarskiego mistrza Hiszpanii, albo Michaela Johnsona, kilkukrotnego złotego medalistę mistrzostw świata oraz igrzysk olimpijskich w biegach na 200 oraz 400 metrów.  Mógłbym jeszcze podać przykład kolarza Lance Armstronga, ale chyba zgodzicie się, że w związku z aferami dopingowymi chyba nie byłby to zbyt dobry pomysł. W każdym razie takich sportowców jest wielu.
            Oczywiście podpisuje się pod opiniami, że sportowcy z wieloma sukcesami osiągnęli coś niebywałego i zasłużyli na to aby ich nazwiska zapisać w sportowych kronikach. Uważam jednak, że wielkość zwycięstwa nie zawsze wyznaczana jest przez ilość medali, prestiż nagród czy popularność. Wielkimi zwycięzcami można nazwać nie tylko tych, którzy z każdych zawodów przywożą medale. Na podziw i uznanie zasługują wszyscy ci, którzy może nie zajmują pierwszych miejsc w tabelach ze statystykami, a ich zdjęcia rzadko lub wcale nie goszczą  na pierwszych stronach gazet, ale których ambicja i poświęcenie są nie mniejsze, a czasem nawet większe niż tych ze światowej czołówki. By osiągnąć założony cel nieraz muszą zmierzyć się z własnymi niedomaganiami, kalectwem lub, nim stanęli na sportowej arenie, musieli pokonać wpierw własną chorobę. Chociażby paraolimpijczycy. Często przygotowują się oni do zawodów tak intensywnie jak ich pełnosprawni koledzy. Ich nazwiska nie są powszechnie znane, ale to, że nie mają ręki lub nogi, lub sposób ich postrzegania świata jest nieco ograniczony, nie umniejsza rangi tego co robią. Mają oni prawo być nazywani sportowcami i zwycięzcami w takim samym stopniu jak osoby, które codziennie widzimy w Przeglądzie Sportowym. To co robią absolutnie nie jest czymś o mniejszym znaczeniu.

                         Londyn 2012.  Zanardi zdobywa dwa złote medale w kolarstwie

Albo postać Jana Meli. Chłopak w wieku kilkunastu lat stracił rękę i nogę. Jak się okazało, posiadanie tylko 50% kończyn nie jest przeszkodą w tym, aby zdobyć obydwa bieguny. Tego dokonania raczej nie zaliczy się do kategorii sportu, a  podróży i wyczynów. Dotarcie na bieguny jednak z pewnością można uznać zwycięstwem. Inne to co prawda zwycięstwo niż złoty medal w maratonie albo puchar świata w piłce nożnej. Czy jednak mniejszej rangi? Na pewno nie, a moim zdaniem nawet większe.
            Alex Zanardi po powrocie do sportu samochodowego nie zdobył już mistrzowskiego tytułu, a zwycięstwa nie były  tak liczne jak w latach 90-tych. Biorąc jednak pod uwagę jego stan w jakim był po słynnej kraksie, brak obydwu nóg, i jego heroiczny powrót  znad własnego grobu, uważam, że mimo „tylko” dwóch tytułów mistrzowskich w karierze kierowcy wyścigowego (nie licząc złotego medalu paraolimpijskiego z Londynu) jest to jeden z najlepszych kierowców w historii sportu samochodowego. Alessandro Zanardi. Bohater? Niewątpliwie. Człowiek sukcesu? Bezapelacyjnie! Inspiracja dla innych ludzi? Jak najbardziej!! Nie tylko dla tych, którzy nie mają obydwu nóg.


                                                          
                                                                                                                      9.05.2013

Auta, piesi i rowerzyści


Jeden z niedawnych pomysłów na bezpieczny ruch miejski jest ograniczanie prędkości  i tworzenie dróg rowerowych. Mój pomysł jest znacznie prostszy i tańszy.


         Poznań – stolica Wielkopolski i jedno z największych miast w Polsce.  Nietrudno zauważyć, że chce ono być postrzegane jako nowoczesne, europejskie miasto. Aby ten cel osiągnąć, rozpoczęto tutaj  rozmaite inwestycje.  Przykładowo: zaczęto budowę nowego dworca kolejowego, wyremontowano i wybudowano nowe drogi, zbudowano duży stadion, centra handlowe i cały czas przeprowadza się coś, co specjaliści w białych koszulach i garniturach  określają jako rewitalizacja centrum miasta. To oczywiście dobrze, że miasto chce stawać się coraz bardziej funkcjonalne, przyjazne dla mieszkańców i zadbane.  Inną sprawą jest jednak to, że prace te mogłyby być lepiej zaplanowane i rozłożone w czasie. Sytuacja wygląda bowiem tak , jakby jakiś dziewiętnastolatek przypomniał sobie, że już za kilka dni podejdzie do matury i warto by zacząć się w końcu uczyć. Z kolei pieniądze przeznaczone na budowę centrów handlowych, w których nieprzeliczone ilości dziewczyn spędzają całe soboty w poszukiwaniu nowej kreacji, z pewnością dałoby radę lepiej zainwestować.
            Jedna z ostatnich form jaką władze Poznania wymyśliły, aby zaimponować mieszkańcom oraz przybyszom z innych miejsc, jest stworzenie sieci ścieżek rowerowych oraz wprowadzenie ograniczenia prędkości w centrum do 30 kilometrów na godzinę. Oznacza to, że gdybym się postarał, na krótkim odcinku biegłbym mniej więcej z taką samą prędkością co przejeżdżające obok auta. Nawiasem mówiąc, w dni robocze i tak nieraz ciężko jechać samochodem z prędkością większą niż powyższa. 
Pomysłodawcy, rowerzyści oraz różni wyznawcy alternatywnych stylów życia, a także osoby uważające wszelkie pojazdy, mające dwa lub cztery koła oraz silnik, za przyczynę degradacji środowiska, podniesienia poziomu morza, wojny w Iraku, małej liczebności płetwala błękitnego oraz wszelkiego innego zła na świecie – są oczywiście bardzo zadowoleni, nie przestając wychwalać jakim to dobrodziejstwem dla miasta i dla ludzkości jest miejska sieć dróg rowerowych. Zapewne, jeśli tylko w przyszłości  uda się zrealizować plan kolonizacji Księżyca lub Marsa, to z pewnością znajdą się argumenty uzasadniające wytyczenie ścieżek rowerowych również tam.
                                   Jazda rowerem w słoneczny dzień to prawdziwa frajda

            Pomyśleć możecie, że moje ironizowanie sugeruje brak sympatii dla tych, którzy lubią przemieszczać się rowerami. Tymczasem wcale tak nie jest. Sam lubię w wolny dzień, gdy za oknem świeci słońce, wziąć swój rower i wybrać się na kilkudziesięcio kilometrową przejażdżkę. Jazda na bicyklu to świetna sprawa więc nie mam nic przeciwko temu gdy ktoś woli komunikację miejską albo samochód zastąpić pojazdem, w którym silnik zastąpiono nogami właściciela. Problem  w tym, że mam wątpliwości co do tego czy to w jaki sposób te ścieżki wyznaczono jest rozsądny i do końca przemyślany.
            Wiadomo, że jazda samochodem w centrum dużego miasta nie jest zajęciem odprężającym. Wyobraźcie sobie zatem kierowcę, który wreszcie wydostał się z ulicznego korka w którym tkwił od dwóch dni, przed chwilą testował sprawność swoich hamulców, bo jakiś zamyślony pieszy wszedł mu prosto przed maskę, a jakby tego było mało nagle z naprzeciwka widzi nadjeżdżającego rowerzystę jadącego kontrapasem. Jeśli poznańscy kierowcy w najbliższym czasie będą mieli problemy ze zdrowiem to będą to problemy z systemem nerwowym lub kołatanie serca.
            Albo inna sytuacja. Wychodzicie rano do pracy, idziecie do samochodu, wsiadacie, włączacie auto, rozglądacie się i spokojnie wjeżdżacie na ulicę. W tym samym momencie w Waszym lusterku wstecznym pojawia się cyklista, który nagle musi wyhamować aby nie skończyć jako zawartość bagażnika Waszego samochodu po czym wymachując pięścią i prezentując groźny wyraz twarzy oznajmia, że jest on rowerzystą, więc jest nietykalny i nikt nie ma prawa znaleźć się na obranym przez niego torze jazdy. Gdybyście tylko czubkami palców stopy dotknęli ścieżki rowerowej, osobnik taki najchętniej walnąłby Wam pompkom rowerową. Wina kierującego ktoś powie. Owszem, może i mógłby uważniej się rozejrzeć. Jednak jest to też winą tych, którzy drogę rowerową wyznaczyli pomiędzy miejscami parkingowymi, a częścią ulicy przeznaczoną dla samochodów przez co kierowcy, którzy chcą zaparkować, albo ruszyć na ulicę muszą przeciąć tę część drogi wyznaczoną dla rowerzystów.

                         Drogi rowerowe nie zawsze są wyznaczane w przemyślany sposób

            I jeszcze jedno. Jest pewne znane mi miejsce, gdzie odkąd pamiętam ludzie spokojnie parkowali swoje samochody. Zmieniło się to jednak parę dni temu. Ktoś kto wyznaczał przebieg drogi rowerowej wpadł na pomysł, aby częściowo przebiegała w miejscu gdzie nie tak dawno, nikomu nie przeszkadzając, stały zaparkowane auta. Nie wiem czy sytuacja ta dotyczy jeszcze innych miejsc, ale nie przypominam sobie aby ktoś ogłaszał, że w Poznaniu mamy do czynienia z nadmiarem miejsc parkingowych.
            Nie mam pojęcia czy osoby odpowiedzialne za wytyczanie ścieżek rowerowych w centrum miasta robią to z myślą o cyklistach czy może chcą sprostać kolejnym wymaganiom nałożonym przez Unię, czy też ich motywacją jest  za wszelką cenę i, co trzeba przyznać, w pewnej mierze chaotyczne, upodobnienie Poznania  do miast Europy zachodniej. Uważam jednak, że wytyczanie tych ścieżek w centrum nie jest potrzebne.

Jak to nie? Przecież dzięki temu w ruchu ulicznym panuje większy porządek i jest bezpieczniej – ktoś mógłby od powiedzieć.

Czy ja wiem?  Moja recepta na poprawienie relacji pomiędzy pieszymi, rowerzystami i samochodami  jest prostsza. To po prostu wzajemny szacunek. Niech rowerzyści jeżdżą sobie po chodnikach uważając na tych co idą pieszo i nie udając, że Lance Armstrong to ich tata. Z kolei piesi na zatłoczonych chodnikach niech przesuną się lekko aby ułatwić kolarzowi przejazd i tym samym zrobić dobry uczynek. Kierowcy zaś niech nieco zwolnią wyprzedzając amatorów pedałowania i zdrowego stylu życia, a jeśli mogą to niech zaczekają chwilkę przy przejściu dla pieszych zamiast niemalże przejeżdżać innym po stopach. To wszystko jest prostsze i tańsze niż malowanie pasów czy stawianie nowych znaków drogowych Moim zdaniem ta zasada wystarczyłaby, aby na ulicach i chodnikach miasta wszystkim poruszało się bezpieczniej i przyjemniej.


                                                                                                                       29. 04. 2013

Szlachetne zdrowie


W codziennym życiu sprawność i rozmaite możliwości jakie mamy stają się czymś powszednim.  Tymczasem są one niesamowitym dobrodziejstwem.


Ostatnio widziałem fragment filmu biograficznego, który opowiadał o życiu meksykańskiej malarki Fridy Khalo.  Frida jako nastolatka uczestniczyła w wypadku drogowym, którego skutkiem były liczne obrażenia w tym złamanie kręgosłupa.  Złamania kręgosłupa mają to do siebie, że ich skutki z reguły są dość poważne. Nie inaczej było i w tym przypadku.  Frida przez dłuższy czas nigdzie nie ruszała się bez swojego wózka inwalidzkiego. Scena, która zapadła mi w pamięci to moment, w którym ta młoda dziewczyna dzięki uporowi i pracy nad powrotem do zdrowia o własnych siłach wstaje z wózka i na nowo zaczyna naukę chodzenia.
            Nie piszę jednak o tym dlatego, że chcę wspominać postać tej malarki albo analizować treści płynące z obrazów stworzonych przez meksykańskich artystów. O takich rzeczach lepiej opowie absolwent Akademii Sztuk Pięknych. Chodzi mi o to, że w codziennym życiu rozmaite możliwości stają się dla nas tak powszechne, że trudniej jest nam dostrzec ich wartość. Chociażby takie chodzenie. Niejeden człowiek na wieść, że musi iść gdzieś dalej niż kilometr zacznie ustękiwać i zastanawiać się czy nie uszykować sobie na drogę prowiantu i czegoś do picia. Do sklepu spożywczego, który znajduje się jakieś dwieście metrów od ich domu najchętniej pojechaliby samochodem. Gdyby jednak okazało się, że będą musieli poruszać się na wózku to gwarantuję, że nawet gdyby ten sklep znajdował się w odległości 25 kilometrów, szli by tam w podskokach. Gdyby poprosić ich wtedy czy mogą wyjść po zakupy, to jeszcze przed zakończeniem pytania byliby już na zewnątrz. Podobnie może być z wieloma innymi rzeczami jak chociażby zwyczajna możliwość schylenia się żeby zawiązać buta, popatrzenia na przejeżdżające ulicą samochody i przechodzących ludzi, podanie komuś dłoni czy swobodne korzystanie z różnych zdobyczy techniki.

         Choć sprawność może z czasem spowszednieć, to jest ona niesamowitym darem.


            Do takiej refleksji skłoniło mnie coś, co sam niedawno przeżyłem. Spokojnie, nie uczestniczyłem w żadnym karambolu, nie wypadłem z dziesiątego piętra, nie nadepnąłem na niewybuch z II wojny światowej, nie jestem sparaliżowany po ukąszeniu przez jadowitego węża ani nie doznałem żadnych ciężkich obrażeń wskutek posypania się na mnie cegieł w drewnianym budynku. Po prostu ostatniej niedzieli przebiegłem półmaraton.  Wprawdzie nie pobiłem swojego osobistego rekordu, a zawodnicy z Afryki po raz kolejny odstawili mnie już na samym starcie, to jednak jestem bardzo zadowolony. W czasie zimy swoją sportową działalność ograniczyłem do basenu więc postanowiłem, że tym razem chce cieszyć się uczestnictwem w zawodach, spotkaniem z kolegami i pobiec najlepiej na miarę swoich możliwości nie myśląc o czasie czy rekordzie. Tak też się stało. Jeszcze tego samego dnia, a także następnego, doświadczyłem jednak pewnego ograniczenia w poruszaniu się i wykonywaniu czynności nad którymi zazwyczaj się nie zastanawiam. Zacząłem odczuwać ból przy prawym kolanie, który spowodował, że zacząłem chodzić trochę tak jakby prawa noga była zrobiona z drewna. Brakowało mi tylko papugi na ramieniu i opaski, która zasłaniałaby jedno oko. Do tego zakwasy, które sprawiły, że gdy chciałem podnieść którąś z nóg w górę, na mojej twarzy pojawiał się wyraz intensywnej koncentracji, a siadałem w taki sposób jakbym miał osiemdziesiąt parę lat. Nietrudno się domyśleć, że w związku z tym nie maszerowałem zbyt szybko. Moje tempo można było określić jako spacerowe. Średnia szybkość chodu człowieka to około pięciu kilometrów na godzinę. Mimo, że tempo to wydaje się nieduże, miałem wrażenie, że większości osób jakiś bio-inżynier  zamontował w tylnej części ciała niewielki motorek. Inna sprawa, że normalnie też nie chodzę zbyt szybko. Jednak gdybym w któryś z tych dwóch dni próbował iść takim tempem jak większość ludzi, przypominałoby to próbę jazdy z prędkością 40 km/h na dziecięcej hulajnodze.  Z kolei wejście do góry po schodach było jak wspinaczka na Mount Blanc.  Jeśli akurat miałbym przy sobie czekan i linę to okazałyby się całkiem przydatnym narzędziem.
            W czasie tych dwóch dni zmagania się z tymi chwilowymi ograniczeniami pomyślałem sobie, że należy doceniać zdrowie i wszystkie mechaniczne możliwości jakie mamy. Oczywiście nie porównuje się do ludzi, którzy zmagają się z poważnymi dolegliwościami albo kalectwem. Są przecież tacy, których niedomagania ruchowe są znacznie poważniejsze,  boleśniejsze i zdecydowanie nie kończą się one po dwóch dniach. Zdrowie i sprawność to wielki dar. Może to zabrzmieć śmiesznie, ale takim wielkim darem jest na przykład to, że teraz w każdej chwili mogę wstać z komputerowego fotela, przeciągnąć się, albo chwycić w rękę bezprzewodową myszkę i ją podrzucić…udało się, złapałem. Dlatego cieszę się, że choć nie mam afrykańskiej karnacji, nie mówię w języku Suahili, a na biegach masowych zazwyczaj docieram do mety w drugiej połówce z kilku tysięcy zawodników, mogę brać udział w takich zawodach i czerpać z nich satysfakcję.
                            Zdrowie i sprawność - trzeba się nimi cieszyć każdego dnia

          Warto cieszyć się zdrowiem i dbać o nie, tak samo jak warto pamiętać o takich, którym  to zdrowie nie dopisuje.  Na przykład wspierając finansowo lub aktywnie się włączając w  akcje charytatywne, dbając na miarę możliwości o udogodnienia dla osób niepełnosprawnych, nie przesuwając tych niepełnosprawnych gdzieś w stronę obrzeży życia społecznego lub zwyczajnie pomagając im w jakiejś codziennej czynności gdy widzimy, że ktoś taki obok nas tej pomocy potrzebuje.                           
Jan Kochanowski pisał: Szlachetne zdrowie, Nikt się nie dowie, Jako smakujesz, Aż się zepsujesz” - sugerując, że człowiek zaczyna cenić zdrowie dopiero gdy je utraci. Ja jednak myślę, że zdrowie trzeba doceniać i cieszyć się nim nie wtedy kiedy przyjdą jakieś dolegliwości, ale każdego dnia. To naprawdę wspaniale, że można zacisnąć i otworzyć pięść, podać komuś rękę czy żartobliwie pacnąć kogoś od tyłu w głowę. Pomyślcie o tym kiedy przy dzisiejszej kolacji z Waszego mózgu popłyną impulsy nerwowe każące chwycić kubek z herbatą i podnieść go do ust.        


                                                                                                      10.04.2013



Sportowcy z biało-czerwoną flagą


Wiele rzeczy w naszym kraju podlega nieustannej krytyce. Na słowa pochwały zasługują jednak polscy sportowcy.


             Wielu zapewne się zgodzi, że w naszym kraju dość często można usłyszeć głosy krytyki na rozmaite dziedziny życia. Po głowie dostaje się władzom, ostre słowa padają w kierunku drogowców, służby zdrowia, policji, służb porządkowych i wielu innych organizacji oraz pojedynczych osób. W zasadzie trudno znaleźć takie pole, które uniknęłoby jakiejkolwiek formy krytykanctwa.  Nieprzychylne komentarze zostały wypowiedziane nawet wobec osoby nowego papieża, zarzucając mu, przesadną skromność.
            Głosy narzekania często można było słyszeć gdy mowa była o polskim sporcie. Nasila się to zwłaszcza przy okazji rozmaitych mistrzostw, olimpiad czy innych większych międzynarodowych imprez.  W przypadku piłki nożnej schemat ten wygląda tak, że najpierw śpiewa się hymn narodowy, potem jest mecz. W czasie spotkania słyszymy w pierwszej połowie pełen nadziei głos Dariusza Szpakowskiego, który w drugiej połowie staje się nieco bardziej przygnębiony. Po spotkaniu zamiast hymnu narodowego, mamy inną, znaną w kraju pieśń pod tytułem :”Nic się nie stało”, a następnego dnia wysłuchujemy w telewizji dziesiątków wypowiedzi, że szkolenie w Polsce jest słabe, panuje korupcja, nikomu się nie chce, polski sport leży, a wszystko to jest winą pewnej partii politycznej. Podobne wypowiedzi usłyszeliśmy także po ostatnich Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Po stercie takich informacji można dojść do wniosku, że bycie Polakiem jest czymś, co automatycznie skazuje na zajęcie odległej pozycji, niezależnie o jakiej dyscyplinie byłaby mowa.  Rzeczywiście, muszę przyznać, że głosy krytyki dotyczące rozmaitych dziedzin życia nieraz mają swoje uzasadnienie. Jeśli jednak mowa o sporcie, to ostatni okres przeczy opiniom, że jest on w kiepskiej kondycji.
            Dawno już zakończył się okres, w którym jedyną osobą, która wyróżniała się na polskiej scenie sportowej był Adam Małysz. Byłem, jestem i zawsze będę pod wrażeniem talentu, wiary w siebie i sukcesów tego mieszkającego w Wiśle, drobnej postury sportowca. Śmiało można powiedzieć, że może być on uznany za jednego z najlepszych ski-jumperów wszechczasów. Niemniej jednak są też inni skoczkowie, którzy zasługują na niemały podziw.  Właśnie wczoraj zakończył się sezon skoków narciarskich, w którym polscy skoczkowie osiągnęli rezultaty, z których mogą być dumni. Jako drużyna, zajęli w klasyfikacji generalnej piątą lokatę. Owszem, były konkursy lepsze i gorsze, nie jest to też pierwsza trójka. Nikt jednak nie może powiedzieć, że piąte miejsce nie jest sukcesem. Indywidualnie także nie ma się czego wstydzić. Kamil Stoch zajął w klasyfikacji generalnej trzecie miejsce, Piotr Żyła piętnaste, a osiemnaste miejsce zgarnął Maciej Kot. Na dalszych miejscach mamy też innych reprezentantów, ale spokojnie, ledwo ukończyli oni 20 lat więc ich czas jeszcze nadejdzie. Jestem z naszej kadry skoków narciarskich dumny i cieszy mnie widok tego, jaką sport sprawia im radość i jaką tworzą zgrana grupę kolegów.
                        Polska kadra skoczków narciarskich to piąta drużyna na świecie

            Wracając do osoby Adama Małysza. Choć zakończył on karierę skoczka narciarskiego, a swoje narty zamienił na kask, kierownicę i cztery koła, to nawet na tym polu nowych wyzwań jest kimś odnoszącym sukcesy. Wprawdzie nie osiąga wyników, które pozwoliłby mu walczyć o czołowe lokaty, ale nie oczekujmy tego od kogoś, kto dopiero niedawno zaczął swoją przygodę z rajdami samochodowymi. Czy można oczekiwać umiejętności pilotowania Jumbo Jeta  od kogoś kto dopiero opanował latanie niewielką awionetką? Albo czy nie byłoby zbyt wygórowanym wymagać nagrań światowej jakości od człowieka  dopiero stawiającego pierwsze kroki na muzycznej estradzie? Tak więc, na miarę możliwości Małysza, trzynaste miejsce w ostatnim Rajdzie Dakar oraz czwarta lokata po siedmiu etapach rajdu Baja Italia to rezultaty, które pozwalają mu dostrzec swój potencjał i przy ciężkiej pracy, można mieć nadzieję na jeszcze lepsze wyniki w przyszłości.
            Skoro jesteśmy przy tematyce rajdowej, to nie mógłbym nie wspomnieć o wracającym do zdrowia po wypadku Robercie Kubicy. Można było ostatnio przeczytać informacje o tym, że wyścigi samochodowe i rajdy mają inną specyfikę więc ktoś kto całe życie jeździł po wyścigowym torze, nie będzie umiał się odnaleźć na rajdowych trasach, podobnie jak Usain Bolt nie odnalazłby się na trasie maratonu. Tymczasem Kubica zadaje kłam takim opiniom. W zawodach  z wyraźną przewagą pokonuje zawodników, a w czasie ostatniego rajdu zaliczanego do Rajdowych Mistrzostw Europy miał ponad minutową przewagę nad drugim zawodnikiem. Szkoda, że zniweczyła to mała kraksa, która uniemożliwiła jednak dalszą jazdę. Może następnym razem…
            To oczywiście tylko trzy przykłady ze sceny polskiego sportu. Nie można zapomnieć także o innych wybitnych osobach jak Justyna Kowalczyk, która zdobyła czwartą Kryształową Kulę w biegach narciarskich, o żużlowcach z Jarosławem Hampelem i Tomaszem Gollobem na czele, którzy w ostatnich zawodach z cyklu mistrzostw świata zajęli miejsca na podium albo o siostrach Radwańskich, które bardzo dobrze radzą sobie na światowych kortach tenisowych oraz wielu innych. Nie można też zapomnieć o tych sportowcach, o których szersze grono ludzi może nigdy nie usłyszy, którzy z ambicją godną podziwu trenują we własnym zakresie i dla których niemałym osiągnięciem jest pobicie własnych rekordów niezależnie od tego czy jest to pływacki basen, szlak rajdu rowerowego czy trasa biegowa. 
              Patrząc na ostatnie wyczyny polskich sportowców, naprawdę można się cieszyć

            Jak mam zatem ocenić kondycję polskiego sportu? Choć dziennikarzem sportowym nie jestem, to mogę powiedzieć, że na pewno nie jest ona tak negatywna jak było to przedstawiane w przeszłości. Mamy wielu utalentowanych sportowców, którzy odnieśli w ostatnim czasie nie mało sukcesów. Jest też coraz więcej sportowców – amatorów, którzy doceniają role wysiłku fizycznego w codziennym życiu.  Śmiało mogę zatem powiedzieć, że w Polsce sport stoi na niezłym poziomie, z którego można być zadowolonym. Trzeba wiedzieć, że sportowcy z biało-czerwoną flagą na koszulce czy kombinezonie nie muszą się bać swoich rywali. Tak trzymać!!


                                                                                                                            25.03.2013

Szacunek, kultura i wolność słowa


Każdy ma prawo wyrażać swoje poglądy. Problem w tym, że niektórzy wolność słowa wykorzystują do bezkarnego ośmieszania innych.

Są pewne osoby, które nazwać można agitatorami wolności słowa we współczesnych czasach. Wystarczy pooglądać parę serwisów informacyjnych, poczytać kilka gazet publicystycznych, aby zobaczyć, że o kwestię tę toczy się wiele bojów, kłótni i słownych przepychanek. Takie osoby uważają na przykład, że każdy człowiek ma bezwzględne prawo mówić to, co mu się podoba. Nie ma znaczenia, że czyjaś wypowiedź może ośmieszać coś, co dla kogoś może być istotne oraz być obrazą i lekceważeniem wobec jakieś grupy społecznej. Idąc dalej za tak pojmowaną ideą wolności słowa, uważa się, że artyści powinni mieć zapewnioną swobodę twórczą i w związku z tym mają pełne prawo do tworzenia dzieł, które uderzają w jakąkolwiek religię, system wartości czy grupę ludzi, niezależnie od tego czy są to Żydzi, Muzułmanie, Buddyści czy Chrześcijanie. Zostawię kwestią otwartą, czy takie „dzieło” można nazwać jeszcze artystycznym. Owi agitatorzy widzą jednak to pojęcie w sposób wyraźnie zniekształcony.
            Oczywiście ja sam uważam, że każdy człowiek ma prawo wyrażać swoje poglądy i opinie na rozmaite tematy. Nawet jeśli nie zgadzam się z czyimś zdaniem, to staram się wysłuchać drugą osobę, nie atakować, a jedynie dyskutować z jej sposobem patrzenia na rzeczywistość, nawet jeśli uważam, że wspomniane spojrzenie danej osoby  przypomina czytanie książki bez okularów, przez osobę o wadzie wzroku +6 dioptrii. Ważne jest to, aby nie próbować na siłę przekonać kogoś do swoich racji. Problem polega jednak na tym, że są tacy ludzie, którzy ideę wolności słowa wykorzystują do bezkarnego ośmieszania, lekceważenia i mieszania z błotem innych grup społecznych, wyznań, poglądów czy też  konkretnych osób.  Jeśli nie mam racji to mógłbym teraz napisać o Was, że jesteście ostatnimi frajerami. Albo przytoczyć konkretne imię i nazwisko i napisać, że osoba ta jest starym kretynem. Do tego dodałbym jeszcze, że ludzie, którzy przykładowo, nie słuchającego samego rodzaju muzyki co ja, to artystyczne bezguścia i idioci. Czy byłoby to w porządku?  Przecież jestem artystą, publikuję teksty, więc mam prawo napisać tutaj co mi się tylko podoba. Czyżby nie było różnicy pomiędzy wolnością słowa, a obrazą?





                             Nawet gdy czyjeś poglądy wydają nam się niedorzeczne, 
                                            należy temu komuś okazać szacunek.


            Jakiś czas temu, co zapewne wielu pamięta, w jednym z duńskich czasopism ukazała się karykatura Mahometa. Została ona przedrukowana i pojawiła się w gazetach w wielu innych krajach. Wywołało to spore zamieszki zarówno w tym spokojnym skandynawskim kraju jak i w innych miejscach na świecie. Osoby, które karykatury stworzyły, jak i te, które odpowiadały za ich publikację, w sposób pośredni przyczyniły się do zniszczenia w czasie późniejszych zamieszek : samochodów, sklepów, wybicia wielu szyb i poważnego zakłócenia porządku publicznego. Napięcia między kulturą islamu, a kulturą europejską wywołały utrzymujące się potem przez jakiś czas niepokoje społeczne, a autorzy tych głupawych rysunków wpadliby na dobry pomysł gdyby poprosili o policyjną ochronę.
Nie podoba mi się tendencja części Muzułmanów, która polega na tym, że na atakowanie ich wierzeń i kultury, zaraz najchętniej zareagowali by przemocą. Każdy, kto chociaż chwilę pomyśli, dojdzie do wniosku, że reagowanie przemocą na jakieś zło jeszcze nigdy w historii nie doprowadziło do  konstruktywnego  rozwiązania problemu. Oczywiście są pewne sytuacje, gdy użycie przemocy jest konieczne. Nie można stać z boku gdy na ojczysty kraj bezpodstawnie najeżdża armia innego państwa, albo gdy narażone jest zdrowie lub nawet życie własne lub czyjeś, jednak generalnie przemoc jest czymś, czego zawsze należy unikać. Tym, co mimo wszystko podziwiam u Muzułmanów, jest ich zdolność do zorganizowania się i stawiania zdecydowanego oporu i wyrażania niezadowolenia, gdy lekceważone i ośmieszane są ważne dla nich wartości.  Jest to cecha, której niestety brakuje Chrześcijanom. Słyszałem kiedyś opinię, że na świecie problemem jest nie tyle pojawianie się różnych złych zjawisk, ale słabość ludzi dobrych, którzy nie potrafią stawić zdecydowanego oporu. Nie pamiętam, kto jest autorem tego stwierdzenia, ale uważam, że jest w nim sporo prawdy.  Gdy obrazi się muzułmanów, bardzo możliwym jest, że odbije się to echem w wielu państwach. Kiedy zaś ktoś publicznie zakpi sobie z chrześcijan, głos podniesie paru wyższych hierarchią duchownych, niewielkie grupki wiernych, a cała sprawa prawdopodobnie w miarę szybko ucichnie. Na sam koniec powie się jeszcze, że dana osoba w imię konstytucyjnej wolności słowa miała prawo do szyderczej opinii więc nie może zostać ukarana.

      Nikt nie ma prawa lekceważyć i ośmieszać innych kultur, religii czy grup społecznych

Dlaczego, kiedy do powszechnego życia coraz śmielej wkraczają zgubne dla człowieka systemy wartości i style bycia, ludzie, którzy się im sprzeciwiają nie wyjdą tłumnie na ulice miast i nie wyrażą sprzeciwu wobec tych przedsięwzięć? Ludzie chcący dobra i porządku w miejscu, w którym żyją powinny odważnie i zdecydowanie stawić opór!
Dostrzegam tutaj coś jeszcze. Coś, co po dłuższym namyśle może budzić zdziwienie i przez co może pojawić się wiele pytań. Kiedy w Polsce chciano wprowadzić słynną ustawę ACTA, mająca  ograniczać wolność w wirtualnym świecie, wywołało to społeczną burzę. Na murach pojawiały się grafitti wzywające do sprzeciwu wobec ustawy, pojawiły się mające ten sam cel kampanie internetowe, runęła fala krytyki wobec rządu, a w miastach miejsce miały manifestacje anty-actowe, na które przychodziło po kilka tysięcy osób.  To na pewien sposób zdumiewające, że nic podobnego się nie dzieje w sytuacjach gdy pojawiają się pomysły ustaw godzące w moralność chrześcijańską lub gdy dzieją się inne zjawiska z którymi czciciel znaku krzyża nie może się zgodzić. Przykładowo, coraz częściej pojawiają się kluby, których główną atrakcją są połowicznie ubrane panie. Dlaczego nie usłyszałem głośnego sprzeciwu wobec tego zjawiska? Przecież z pewnością jest wielu ludzi, którzy nie akceptują sytuacji gdy w centrum ich miasta powstają lokale o takiej niezbyt przyzwoitej działalności. Jestem pewien, że w kraju muzułmańskim sprawy potoczyłyby się w zupełnie odmienny sposób.
            Wracając do kwestii wolności słowa. To dobrze, że mieszkam w kraju, w którym ludzie mają prawo do wyrażania swoich opinii. Dobrze wiedzieć, że mogę spokojnie powiedzieć coś, co może wydać się niepopularne lub niezgodne z opinią większości, choć jak wiemy, mogą nas czasem z tego powodu spotkać pewne przykrości. Trzeba jednak pamiętać, że wolność słowa absolutnie nikomu nie daje prawa do wyrażania opinii, które pozbawiają godności drugiego człowieka, lub wyrażają się bez szacunku wobec wartości, które dla kogoś innego są ważne. Wolność słowa jest czymś cennym. Powiedzą Wam o tym ci, którzy żyli w Polsce w latach 1945- 1989. Prawdziwa wolność słowa szanuje każdego człowieka z jego kulturą, religią i wartościami.


                                                                                                                      11.03.2013