Kościelna Wieża


 Nie trzeba być teologicznym umysłem na miarę św Tomasza z Akwinu, by dostrzec kryzys Kościoła w Polsce.  Dlaczego tak się dzieje i czy niesie to jakieś pozytywy?

      Co roku w kościele katolickim w maju lub czerwcu ma miejsce święto Bożego Ciała. Nie wiem jak to wygląda w innych krajach, ale w Polsce tego dnia mamy dzień wolny i w całym kraju z okazji owego święta odbywają się procesje. Zawsze uczestniczę w tych religijnych uroczystościach. Choć nie jest to czymś obowiązkowym, to jednak uważam, że jest to coś ważnego. Pozwoliło mi to takze zaobserwować pewną tendencję. Otóż od kilku lat frekwencja stopniowo, pomału, aczkolwiek nieustannie, zmniejsza się, co raczej nie jest kwestią niesprzyjającej pogody.  Jest to, myślę, jeden z przejawów tego, że w Polsce coraz więcej ludzi oddala się od Kościoła i nie za bardzo zawraca sobie głowę różnymi religijnymi praktykami.
     Każe to postawić sobie pytanie czy nadal żyjemy w chrześcijańskiej rzeczywistości. Nie tylko procesje mogą pochwalić się coraz niższą frekwencją. To tylko jeden z symptomów. Wystarczy chociażby w zwyczajną niedzielę wybrać się do kościoła, aby przekonać się, że coraz trudniej uświadczyć tam wielkich tłumów.  Pamiętam jeszcze jako kilkuletni chłopiec, że gdy wyszło się na Mszę zbyt późno, to aby znaleźć siedzące miejsce trzeba się było dobrze rozejrzeć. Tymczasem teraz, nawet jeśli wyjdę kilka minut przed Mszą, z reguły nie będę miał problemu ze znalezieniem miejsca i to na tyle przestronnego, że gdyby nagle przyszło mi do głowy maksymalnie rozłożyć ręce w lewo i prawo, mógłbym to zrobić bez obaw, że niechcący kogoś uderzę. W sumie dla kogoś takiego jak ja jest to korzystne zjawisko. Nie lubię tłoku, ciasnoty i tego w kościele najczęściej nie muszę się obawiać. Z kolei w ostatnią niedzielę miałem nawet całą ławkę tylko dla siebie.


           Procesje w Boże Ciało to bardzo piękna, choć coraz rzadziej doceniana tradycja.


            Poza tym, zdaje mi się, że także w codziennym życiu coraz mniej ludzi liczy się z chrześcijańskimi zasadami. Słyszy się  głosy mówiące, że zasady te są przestarzałe i w wielu kwestiach wymagają one reformy, więc ludzie zaczynają żyć na własnych regułach. Można po prostu powiedzieć, że, nie wdając się w szczegóły,  dla coraz większej liczby ludzi, chyba zwłaszcza młodego pokolenia, głos Kościoła zwyczajnie przestaje być głosem autorytetu. Cóż, coraz częściej to co mówią chrześcijanie może zdawać się słowami wypowiadanymi przez jakąś mniejszość wyznaniową lub etniczną.
Co ciekawe, ludzie, którzy promują wolność słowa, liberalizm i szeroko rozumianą tolerancję, nie są w stanie spokojnie usiedzieć na miejscu gdy głos zabierze jakiś duchowny albo kościelny działacz, przecząc tym samym wartością, które tak usilnie próbują propagować między innymi przy pomocy tęczowych zestawień kolorów albo poprzez rozmaite marsze.
            Trzeba zastanowić się dlaczego chrześcijaństwo, przynajmniej w Europie , cieszy się coraz mniejszym szacunkiem. Jest to temat bardzo złożony i trzeba też zaznaczyć, że sam Kościół nie jest tutaj niewinny. Nie będę tutaj nikomu mydlił oczu, że każdy ksiądz to osoba, której życiowa postawa jest autentycznie godna podziwu i kimś kto jest wyrozumiałym pasterzem starającym się na wszelkie możliwe sposoby zachęcić ludzi do dobrego życia. Nieraz zdarza się, że jakiś jegomość w sutannie nie żyje zgodnie z tym o czym mówi z kościelnej ambony. Opłaty „co łaska” za zamówienie mszy, ślub czy chrzest są dla mnie czymś totalnie bezsensownym. Będąc chrześcijaninem, uważam, że korzystanie z sakramentów albo prośba o modlitwę za zmarłego podczas Mszy jest czymś, co jako człowiekowi należ mi się jak psu kość i nikt nie ma prawa żądać ode mnie jakiejkolwiek za nie opłaty. Poza tym nie jest dobrze, gdy osoby zajmujące wysokie kościelne stanowiska żyją jak książęta w pałacykach i jeżdżą samochodami, na które zwyczajni ludzie musieliby odkładać pieniądze ładnych kilka lat.
Niekiedy zdarza się, że sama msza, będąca dla wierzących bardzo ważnym punktem w życiu, jest przez kapłana bardziej odklepywana niż odmawiana. Kapłan spieszy się tak, jakby zostawił w swoim mieszkaniu włączony gaz albo żelazko, a mszalnymi akcesoriami posługuje się jak zwykłym kubkiem z herbatą. To raczej nie jest budujący obraz.
            Poza tym brakuje autorytetów wśród „cywili”.  Wydaje mi się, że niezależnie czy mówimy o kimś kto wstaje rano, idzie do pracy na 7-8 godzin, a po południu wraca do rodziny lub zajmuje się swoim hobby, czy też, a może nawet w pierwszej kolejności, o ludziach powszechnie znanych i lubianych  – aktorach, sportowcach, muzykach czy ludziach mediów – brakuje osób, które w swoim życiu wskazywałyby na to, że faktycznie warto kierować się chrześcijańskimi zasadami i nie są one jakimś nudnym i niezrozumiałym zestawem nakazów i zakazów.
            Brak autorytetów powoduje, że w świecie w którym codziennie zalewa nas masa rozmaitych informacji i różne propozycje stylów bycia, niejednemu może być ciężko odróżnić to co faktycznie ma jakąś wartość, od tego co tak naprawdę jest bezwartościowym bublem. Niejednemu ciężko się w tym wszystkim odnaleźć i połapać, zwłaszcza komuś kto dopiero jest na etapie kształtowania własnej tożsamości.

                  Kryzys Kościoła w pewien sposób może spowodować jego umocnienie

            Łatwo zatem zauważyć, że Kościół w Polsce przeżywa kryzys. Przy stwierdzeniu o chrześcijańskiej rzeczywistości w kraju należy postawić duży znak zapytania.  Z jednej strony taka sytuacja niepokoi, ale z drugiej strony ma to swoje dobre strony. W Kościele zostaną tylko te osoby, które faktycznie tego będą chciały,  i którym autentycznie zależy na postępowaniu według nauczania Jezusa. Paradoksalnie sprawi to, że wspólnota ta zdecydowanie się umocni.
            Na koniec tego świątecznego dnia, o którym pisałem na początku, miałem okazję patrzeć na okolicę z najwyższego piętra pewnego budynku. Nad okolicznymi domami górowała wysoka wieża neogotyckiego kościoła. Ze wszystkich stron na niebie przesuwały się ciemne i potężne burzowe chmury. Wydawać się mogło, że próbują one zakryć ową kościelną wieżę. Podobnie bywa w otaczającej nas rzeczywistości. Różne głosy próbują stłumić to co proponuje życie zgodne z zasadami wiary. Czy im się uda?
W końcu, późnym wieczorem, błyskawice zniknęły, grzmoty ucichły, ulewa przeszła gdzieś dalej, a wieże nadal stała niewzruszona. Myślę, że tak samo będzie  ze wspólnotą Katolików. Ciemne chmury i grzmoty przeminą, a Kościół nigdy nie upadnie.


                                                                                                                               7.06.2013

Alessandro Zanardi


Z reguły za najlepszych sportowców uważa się tych, którzy niemal zawsze zdobywają medale.  Są jednak tacy, którzy mimo mniejszej liczby zwycięstw, zasługują na nie mniejszy podziw.


Alessandro Zanardi – komuś kto nie interesuje się sportem samochodowym to imię i nazwisko pewnie niewiele albo nic nie mówi. Jest to jednak postać, która w ciągu życia zdążyła na swoim koncie zgromadzić sporą liczbę zwycięstw. Ten urodzony w 1966 roku w Bolonii kierowca, w ciągu swojej kariery brał udział w takich seriach wyścigowych jak Formuła 3000, Formuła 1, wyścigi WTCC, jednak największe sukcesy zdobył jeżdżąc w amerykańskich mistrzostwach CART, gdzie wygrał kilkadziesiąt wyścigów, a w latach 1997 oraz 1998 zdobył mistrzostwo.  Alex ma na koncie także inne, bardzo cenne zwycięstwo, którego nie zdobył jednak na torze wyścigowym.
            W roku 2001 po krótkiej przerwie powrócił do ścigania w serii IndyCar. Piętnastego września tego roku miał miejsce wyścig na niemieckim torze Lausitzring. W pewnym momencie włoski kierowca utracił panowanie nad swoim samochodem, a po chwili z bardzo dużą prędkością uderzył w niego inny zawodnik.  Nie trzeba być znawcą wyścigów aby przewidzieć, że nie była to tuzinkowa kraksa. Przód auta Alessandra przestał istnieć, a kierowca w konsekwencji stracił obie nogi. Zanim trafił do szpitala był reanimowany siedem razy. Zdążył także otrzymać ostatnie namaszczenie.


               Lata 1997 - 1998.  Alex zdobywa tytuły mistrza amerykańskiej serii CART

            Choć ciężko w to uwierzyć i wydaje się to niemal tak prawdopodobne jak podróż kosmiczna do innej galaktyki, Zanardi w roku 2003 powrócił za kierownicę. Nie było to coś w stylu przejechania ze spokojną prędkością jakiejś niewielkiej odległości. Specjalnie dla niego przygotowano auto w którym przyspieszenie i hamowanie sterowane było przy pomocy ręcznych kontrolerów. Tym autem przejechał on 13 okrążeń na torze w Lausitz, które to dzieliły go od mety podczas feralnych zawodów. Przy tej okazji rozwinął prędkość z jaką z reguły nie poruszają się osoby pozbawione nóg, a było to 310 km/h.
            Kilka następnych lat upłynęło pod znakiem startów w wyścigowej serii WTCC. Można by zadawać sobie pytanie czy po takich perypetiach, które niemal skończyły się na tamtym świecie, można wrócić do ścigania na światowym poziomie. Może taki powrót ma za zadanie jedynie podbudować psychicznie poszkodowanego? A może jest to jakaś forma litości i głaskanie biednego po główce? Otóż nic bardziej mylnego. W ciągu paru sezonów Alex, jeżdżąc dla zespołu BMW, nie tylko regularnie zdobywał punkty, ale udało mu się odnieść parę zwycięstw.  Wszystko to pokazuje do jakich niezwykłych wyczynów jest w stanie doprowadzić człowieka ambicja i determinacja.
            W sporcie wyznacznikiem sukcesu jest z reguły ilość zwycięstw i zdobytych przez danego zawodnika tytułów  mistrzowskich. Dzieje się tak gdy mowa jest o wyścigach samochodowych, lekkiej atletyce, piłce nożnej, narciarstwie czy badmintonie. Jest to w sumie logiczne i rozsądne rozumowanie. Za mistrzów i najlepszych w swoich dziedzinach uznamy Michaela Schumachera, który siedem razy zdobywał mistrzostwo Formuły 1, Sebastiana Loeba, który aż dziewięć razy zdążył udowodnić, że jest najlepszym na świecie rajdowcem, drużynę Real Madryt, która aż 30 razy w historii sięgnęła po tytuł piłkarskiego mistrza Hiszpanii, albo Michaela Johnsona, kilkukrotnego złotego medalistę mistrzostw świata oraz igrzysk olimpijskich w biegach na 200 oraz 400 metrów.  Mógłbym jeszcze podać przykład kolarza Lance Armstronga, ale chyba zgodzicie się, że w związku z aferami dopingowymi chyba nie byłby to zbyt dobry pomysł. W każdym razie takich sportowców jest wielu.
            Oczywiście podpisuje się pod opiniami, że sportowcy z wieloma sukcesami osiągnęli coś niebywałego i zasłużyli na to aby ich nazwiska zapisać w sportowych kronikach. Uważam jednak, że wielkość zwycięstwa nie zawsze wyznaczana jest przez ilość medali, prestiż nagród czy popularność. Wielkimi zwycięzcami można nazwać nie tylko tych, którzy z każdych zawodów przywożą medale. Na podziw i uznanie zasługują wszyscy ci, którzy może nie zajmują pierwszych miejsc w tabelach ze statystykami, a ich zdjęcia rzadko lub wcale nie goszczą  na pierwszych stronach gazet, ale których ambicja i poświęcenie są nie mniejsze, a czasem nawet większe niż tych ze światowej czołówki. By osiągnąć założony cel nieraz muszą zmierzyć się z własnymi niedomaganiami, kalectwem lub, nim stanęli na sportowej arenie, musieli pokonać wpierw własną chorobę. Chociażby paraolimpijczycy. Często przygotowują się oni do zawodów tak intensywnie jak ich pełnosprawni koledzy. Ich nazwiska nie są powszechnie znane, ale to, że nie mają ręki lub nogi, lub sposób ich postrzegania świata jest nieco ograniczony, nie umniejsza rangi tego co robią. Mają oni prawo być nazywani sportowcami i zwycięzcami w takim samym stopniu jak osoby, które codziennie widzimy w Przeglądzie Sportowym. To co robią absolutnie nie jest czymś o mniejszym znaczeniu.

                         Londyn 2012.  Zanardi zdobywa dwa złote medale w kolarstwie

Albo postać Jana Meli. Chłopak w wieku kilkunastu lat stracił rękę i nogę. Jak się okazało, posiadanie tylko 50% kończyn nie jest przeszkodą w tym, aby zdobyć obydwa bieguny. Tego dokonania raczej nie zaliczy się do kategorii sportu, a  podróży i wyczynów. Dotarcie na bieguny jednak z pewnością można uznać zwycięstwem. Inne to co prawda zwycięstwo niż złoty medal w maratonie albo puchar świata w piłce nożnej. Czy jednak mniejszej rangi? Na pewno nie, a moim zdaniem nawet większe.
            Alex Zanardi po powrocie do sportu samochodowego nie zdobył już mistrzowskiego tytułu, a zwycięstwa nie były  tak liczne jak w latach 90-tych. Biorąc jednak pod uwagę jego stan w jakim był po słynnej kraksie, brak obydwu nóg, i jego heroiczny powrót  znad własnego grobu, uważam, że mimo „tylko” dwóch tytułów mistrzowskich w karierze kierowcy wyścigowego (nie licząc złotego medalu paraolimpijskiego z Londynu) jest to jeden z najlepszych kierowców w historii sportu samochodowego. Alessandro Zanardi. Bohater? Niewątpliwie. Człowiek sukcesu? Bezapelacyjnie! Inspiracja dla innych ludzi? Jak najbardziej!! Nie tylko dla tych, którzy nie mają obydwu nóg.


                                                          
                                                                                                                      9.05.2013

Auta, piesi i rowerzyści


Jeden z niedawnych pomysłów na bezpieczny ruch miejski jest ograniczanie prędkości  i tworzenie dróg rowerowych. Mój pomysł jest znacznie prostszy i tańszy.


         Poznań – stolica Wielkopolski i jedno z największych miast w Polsce.  Nietrudno zauważyć, że chce ono być postrzegane jako nowoczesne, europejskie miasto. Aby ten cel osiągnąć, rozpoczęto tutaj  rozmaite inwestycje.  Przykładowo: zaczęto budowę nowego dworca kolejowego, wyremontowano i wybudowano nowe drogi, zbudowano duży stadion, centra handlowe i cały czas przeprowadza się coś, co specjaliści w białych koszulach i garniturach  określają jako rewitalizacja centrum miasta. To oczywiście dobrze, że miasto chce stawać się coraz bardziej funkcjonalne, przyjazne dla mieszkańców i zadbane.  Inną sprawą jest jednak to, że prace te mogłyby być lepiej zaplanowane i rozłożone w czasie. Sytuacja wygląda bowiem tak , jakby jakiś dziewiętnastolatek przypomniał sobie, że już za kilka dni podejdzie do matury i warto by zacząć się w końcu uczyć. Z kolei pieniądze przeznaczone na budowę centrów handlowych, w których nieprzeliczone ilości dziewczyn spędzają całe soboty w poszukiwaniu nowej kreacji, z pewnością dałoby radę lepiej zainwestować.
            Jedna z ostatnich form jaką władze Poznania wymyśliły, aby zaimponować mieszkańcom oraz przybyszom z innych miejsc, jest stworzenie sieci ścieżek rowerowych oraz wprowadzenie ograniczenia prędkości w centrum do 30 kilometrów na godzinę. Oznacza to, że gdybym się postarał, na krótkim odcinku biegłbym mniej więcej z taką samą prędkością co przejeżdżające obok auta. Nawiasem mówiąc, w dni robocze i tak nieraz ciężko jechać samochodem z prędkością większą niż powyższa. 
Pomysłodawcy, rowerzyści oraz różni wyznawcy alternatywnych stylów życia, a także osoby uważające wszelkie pojazdy, mające dwa lub cztery koła oraz silnik, za przyczynę degradacji środowiska, podniesienia poziomu morza, wojny w Iraku, małej liczebności płetwala błękitnego oraz wszelkiego innego zła na świecie – są oczywiście bardzo zadowoleni, nie przestając wychwalać jakim to dobrodziejstwem dla miasta i dla ludzkości jest miejska sieć dróg rowerowych. Zapewne, jeśli tylko w przyszłości  uda się zrealizować plan kolonizacji Księżyca lub Marsa, to z pewnością znajdą się argumenty uzasadniające wytyczenie ścieżek rowerowych również tam.
                                   Jazda rowerem w słoneczny dzień to prawdziwa frajda

            Pomyśleć możecie, że moje ironizowanie sugeruje brak sympatii dla tych, którzy lubią przemieszczać się rowerami. Tymczasem wcale tak nie jest. Sam lubię w wolny dzień, gdy za oknem świeci słońce, wziąć swój rower i wybrać się na kilkudziesięcio kilometrową przejażdżkę. Jazda na bicyklu to świetna sprawa więc nie mam nic przeciwko temu gdy ktoś woli komunikację miejską albo samochód zastąpić pojazdem, w którym silnik zastąpiono nogami właściciela. Problem  w tym, że mam wątpliwości co do tego czy to w jaki sposób te ścieżki wyznaczono jest rozsądny i do końca przemyślany.
            Wiadomo, że jazda samochodem w centrum dużego miasta nie jest zajęciem odprężającym. Wyobraźcie sobie zatem kierowcę, który wreszcie wydostał się z ulicznego korka w którym tkwił od dwóch dni, przed chwilą testował sprawność swoich hamulców, bo jakiś zamyślony pieszy wszedł mu prosto przed maskę, a jakby tego było mało nagle z naprzeciwka widzi nadjeżdżającego rowerzystę jadącego kontrapasem. Jeśli poznańscy kierowcy w najbliższym czasie będą mieli problemy ze zdrowiem to będą to problemy z systemem nerwowym lub kołatanie serca.
            Albo inna sytuacja. Wychodzicie rano do pracy, idziecie do samochodu, wsiadacie, włączacie auto, rozglądacie się i spokojnie wjeżdżacie na ulicę. W tym samym momencie w Waszym lusterku wstecznym pojawia się cyklista, który nagle musi wyhamować aby nie skończyć jako zawartość bagażnika Waszego samochodu po czym wymachując pięścią i prezentując groźny wyraz twarzy oznajmia, że jest on rowerzystą, więc jest nietykalny i nikt nie ma prawa znaleźć się na obranym przez niego torze jazdy. Gdybyście tylko czubkami palców stopy dotknęli ścieżki rowerowej, osobnik taki najchętniej walnąłby Wam pompkom rowerową. Wina kierującego ktoś powie. Owszem, może i mógłby uważniej się rozejrzeć. Jednak jest to też winą tych, którzy drogę rowerową wyznaczyli pomiędzy miejscami parkingowymi, a częścią ulicy przeznaczoną dla samochodów przez co kierowcy, którzy chcą zaparkować, albo ruszyć na ulicę muszą przeciąć tę część drogi wyznaczoną dla rowerzystów.

                         Drogi rowerowe nie zawsze są wyznaczane w przemyślany sposób

            I jeszcze jedno. Jest pewne znane mi miejsce, gdzie odkąd pamiętam ludzie spokojnie parkowali swoje samochody. Zmieniło się to jednak parę dni temu. Ktoś kto wyznaczał przebieg drogi rowerowej wpadł na pomysł, aby częściowo przebiegała w miejscu gdzie nie tak dawno, nikomu nie przeszkadzając, stały zaparkowane auta. Nie wiem czy sytuacja ta dotyczy jeszcze innych miejsc, ale nie przypominam sobie aby ktoś ogłaszał, że w Poznaniu mamy do czynienia z nadmiarem miejsc parkingowych.
            Nie mam pojęcia czy osoby odpowiedzialne za wytyczanie ścieżek rowerowych w centrum miasta robią to z myślą o cyklistach czy może chcą sprostać kolejnym wymaganiom nałożonym przez Unię, czy też ich motywacją jest  za wszelką cenę i, co trzeba przyznać, w pewnej mierze chaotyczne, upodobnienie Poznania  do miast Europy zachodniej. Uważam jednak, że wytyczanie tych ścieżek w centrum nie jest potrzebne.

Jak to nie? Przecież dzięki temu w ruchu ulicznym panuje większy porządek i jest bezpieczniej – ktoś mógłby od powiedzieć.

Czy ja wiem?  Moja recepta na poprawienie relacji pomiędzy pieszymi, rowerzystami i samochodami  jest prostsza. To po prostu wzajemny szacunek. Niech rowerzyści jeżdżą sobie po chodnikach uważając na tych co idą pieszo i nie udając, że Lance Armstrong to ich tata. Z kolei piesi na zatłoczonych chodnikach niech przesuną się lekko aby ułatwić kolarzowi przejazd i tym samym zrobić dobry uczynek. Kierowcy zaś niech nieco zwolnią wyprzedzając amatorów pedałowania i zdrowego stylu życia, a jeśli mogą to niech zaczekają chwilkę przy przejściu dla pieszych zamiast niemalże przejeżdżać innym po stopach. To wszystko jest prostsze i tańsze niż malowanie pasów czy stawianie nowych znaków drogowych Moim zdaniem ta zasada wystarczyłaby, aby na ulicach i chodnikach miasta wszystkim poruszało się bezpieczniej i przyjemniej.


                                                                                                                       29. 04. 2013

Szlachetne zdrowie


W codziennym życiu sprawność i rozmaite możliwości jakie mamy stają się czymś powszednim.  Tymczasem są one niesamowitym dobrodziejstwem.


Ostatnio widziałem fragment filmu biograficznego, który opowiadał o życiu meksykańskiej malarki Fridy Khalo.  Frida jako nastolatka uczestniczyła w wypadku drogowym, którego skutkiem były liczne obrażenia w tym złamanie kręgosłupa.  Złamania kręgosłupa mają to do siebie, że ich skutki z reguły są dość poważne. Nie inaczej było i w tym przypadku.  Frida przez dłuższy czas nigdzie nie ruszała się bez swojego wózka inwalidzkiego. Scena, która zapadła mi w pamięci to moment, w którym ta młoda dziewczyna dzięki uporowi i pracy nad powrotem do zdrowia o własnych siłach wstaje z wózka i na nowo zaczyna naukę chodzenia.
            Nie piszę jednak o tym dlatego, że chcę wspominać postać tej malarki albo analizować treści płynące z obrazów stworzonych przez meksykańskich artystów. O takich rzeczach lepiej opowie absolwent Akademii Sztuk Pięknych. Chodzi mi o to, że w codziennym życiu rozmaite możliwości stają się dla nas tak powszechne, że trudniej jest nam dostrzec ich wartość. Chociażby takie chodzenie. Niejeden człowiek na wieść, że musi iść gdzieś dalej niż kilometr zacznie ustękiwać i zastanawiać się czy nie uszykować sobie na drogę prowiantu i czegoś do picia. Do sklepu spożywczego, który znajduje się jakieś dwieście metrów od ich domu najchętniej pojechaliby samochodem. Gdyby jednak okazało się, że będą musieli poruszać się na wózku to gwarantuję, że nawet gdyby ten sklep znajdował się w odległości 25 kilometrów, szli by tam w podskokach. Gdyby poprosić ich wtedy czy mogą wyjść po zakupy, to jeszcze przed zakończeniem pytania byliby już na zewnątrz. Podobnie może być z wieloma innymi rzeczami jak chociażby zwyczajna możliwość schylenia się żeby zawiązać buta, popatrzenia na przejeżdżające ulicą samochody i przechodzących ludzi, podanie komuś dłoni czy swobodne korzystanie z różnych zdobyczy techniki.

         Choć sprawność może z czasem spowszednieć, to jest ona niesamowitym darem.


            Do takiej refleksji skłoniło mnie coś, co sam niedawno przeżyłem. Spokojnie, nie uczestniczyłem w żadnym karambolu, nie wypadłem z dziesiątego piętra, nie nadepnąłem na niewybuch z II wojny światowej, nie jestem sparaliżowany po ukąszeniu przez jadowitego węża ani nie doznałem żadnych ciężkich obrażeń wskutek posypania się na mnie cegieł w drewnianym budynku. Po prostu ostatniej niedzieli przebiegłem półmaraton.  Wprawdzie nie pobiłem swojego osobistego rekordu, a zawodnicy z Afryki po raz kolejny odstawili mnie już na samym starcie, to jednak jestem bardzo zadowolony. W czasie zimy swoją sportową działalność ograniczyłem do basenu więc postanowiłem, że tym razem chce cieszyć się uczestnictwem w zawodach, spotkaniem z kolegami i pobiec najlepiej na miarę swoich możliwości nie myśląc o czasie czy rekordzie. Tak też się stało. Jeszcze tego samego dnia, a także następnego, doświadczyłem jednak pewnego ograniczenia w poruszaniu się i wykonywaniu czynności nad którymi zazwyczaj się nie zastanawiam. Zacząłem odczuwać ból przy prawym kolanie, który spowodował, że zacząłem chodzić trochę tak jakby prawa noga była zrobiona z drewna. Brakowało mi tylko papugi na ramieniu i opaski, która zasłaniałaby jedno oko. Do tego zakwasy, które sprawiły, że gdy chciałem podnieść którąś z nóg w górę, na mojej twarzy pojawiał się wyraz intensywnej koncentracji, a siadałem w taki sposób jakbym miał osiemdziesiąt parę lat. Nietrudno się domyśleć, że w związku z tym nie maszerowałem zbyt szybko. Moje tempo można było określić jako spacerowe. Średnia szybkość chodu człowieka to około pięciu kilometrów na godzinę. Mimo, że tempo to wydaje się nieduże, miałem wrażenie, że większości osób jakiś bio-inżynier  zamontował w tylnej części ciała niewielki motorek. Inna sprawa, że normalnie też nie chodzę zbyt szybko. Jednak gdybym w któryś z tych dwóch dni próbował iść takim tempem jak większość ludzi, przypominałoby to próbę jazdy z prędkością 40 km/h na dziecięcej hulajnodze.  Z kolei wejście do góry po schodach było jak wspinaczka na Mount Blanc.  Jeśli akurat miałbym przy sobie czekan i linę to okazałyby się całkiem przydatnym narzędziem.
            W czasie tych dwóch dni zmagania się z tymi chwilowymi ograniczeniami pomyślałem sobie, że należy doceniać zdrowie i wszystkie mechaniczne możliwości jakie mamy. Oczywiście nie porównuje się do ludzi, którzy zmagają się z poważnymi dolegliwościami albo kalectwem. Są przecież tacy, których niedomagania ruchowe są znacznie poważniejsze,  boleśniejsze i zdecydowanie nie kończą się one po dwóch dniach. Zdrowie i sprawność to wielki dar. Może to zabrzmieć śmiesznie, ale takim wielkim darem jest na przykład to, że teraz w każdej chwili mogę wstać z komputerowego fotela, przeciągnąć się, albo chwycić w rękę bezprzewodową myszkę i ją podrzucić…udało się, złapałem. Dlatego cieszę się, że choć nie mam afrykańskiej karnacji, nie mówię w języku Suahili, a na biegach masowych zazwyczaj docieram do mety w drugiej połówce z kilku tysięcy zawodników, mogę brać udział w takich zawodach i czerpać z nich satysfakcję.
                            Zdrowie i sprawność - trzeba się nimi cieszyć każdego dnia

          Warto cieszyć się zdrowiem i dbać o nie, tak samo jak warto pamiętać o takich, którym  to zdrowie nie dopisuje.  Na przykład wspierając finansowo lub aktywnie się włączając w  akcje charytatywne, dbając na miarę możliwości o udogodnienia dla osób niepełnosprawnych, nie przesuwając tych niepełnosprawnych gdzieś w stronę obrzeży życia społecznego lub zwyczajnie pomagając im w jakiejś codziennej czynności gdy widzimy, że ktoś taki obok nas tej pomocy potrzebuje.                           
Jan Kochanowski pisał: Szlachetne zdrowie, Nikt się nie dowie, Jako smakujesz, Aż się zepsujesz” - sugerując, że człowiek zaczyna cenić zdrowie dopiero gdy je utraci. Ja jednak myślę, że zdrowie trzeba doceniać i cieszyć się nim nie wtedy kiedy przyjdą jakieś dolegliwości, ale każdego dnia. To naprawdę wspaniale, że można zacisnąć i otworzyć pięść, podać komuś rękę czy żartobliwie pacnąć kogoś od tyłu w głowę. Pomyślcie o tym kiedy przy dzisiejszej kolacji z Waszego mózgu popłyną impulsy nerwowe każące chwycić kubek z herbatą i podnieść go do ust.        


                                                                                                      10.04.2013



Sportowcy z biało-czerwoną flagą


Wiele rzeczy w naszym kraju podlega nieustannej krytyce. Na słowa pochwały zasługują jednak polscy sportowcy.


             Wielu zapewne się zgodzi, że w naszym kraju dość często można usłyszeć głosy krytyki na rozmaite dziedziny życia. Po głowie dostaje się władzom, ostre słowa padają w kierunku drogowców, służby zdrowia, policji, służb porządkowych i wielu innych organizacji oraz pojedynczych osób. W zasadzie trudno znaleźć takie pole, które uniknęłoby jakiejkolwiek formy krytykanctwa.  Nieprzychylne komentarze zostały wypowiedziane nawet wobec osoby nowego papieża, zarzucając mu, przesadną skromność.
            Głosy narzekania często można było słyszeć gdy mowa była o polskim sporcie. Nasila się to zwłaszcza przy okazji rozmaitych mistrzostw, olimpiad czy innych większych międzynarodowych imprez.  W przypadku piłki nożnej schemat ten wygląda tak, że najpierw śpiewa się hymn narodowy, potem jest mecz. W czasie spotkania słyszymy w pierwszej połowie pełen nadziei głos Dariusza Szpakowskiego, który w drugiej połowie staje się nieco bardziej przygnębiony. Po spotkaniu zamiast hymnu narodowego, mamy inną, znaną w kraju pieśń pod tytułem :”Nic się nie stało”, a następnego dnia wysłuchujemy w telewizji dziesiątków wypowiedzi, że szkolenie w Polsce jest słabe, panuje korupcja, nikomu się nie chce, polski sport leży, a wszystko to jest winą pewnej partii politycznej. Podobne wypowiedzi usłyszeliśmy także po ostatnich Igrzyskach Olimpijskich w Londynie. Po stercie takich informacji można dojść do wniosku, że bycie Polakiem jest czymś, co automatycznie skazuje na zajęcie odległej pozycji, niezależnie o jakiej dyscyplinie byłaby mowa.  Rzeczywiście, muszę przyznać, że głosy krytyki dotyczące rozmaitych dziedzin życia nieraz mają swoje uzasadnienie. Jeśli jednak mowa o sporcie, to ostatni okres przeczy opiniom, że jest on w kiepskiej kondycji.
            Dawno już zakończył się okres, w którym jedyną osobą, która wyróżniała się na polskiej scenie sportowej był Adam Małysz. Byłem, jestem i zawsze będę pod wrażeniem talentu, wiary w siebie i sukcesów tego mieszkającego w Wiśle, drobnej postury sportowca. Śmiało można powiedzieć, że może być on uznany za jednego z najlepszych ski-jumperów wszechczasów. Niemniej jednak są też inni skoczkowie, którzy zasługują na niemały podziw.  Właśnie wczoraj zakończył się sezon skoków narciarskich, w którym polscy skoczkowie osiągnęli rezultaty, z których mogą być dumni. Jako drużyna, zajęli w klasyfikacji generalnej piątą lokatę. Owszem, były konkursy lepsze i gorsze, nie jest to też pierwsza trójka. Nikt jednak nie może powiedzieć, że piąte miejsce nie jest sukcesem. Indywidualnie także nie ma się czego wstydzić. Kamil Stoch zajął w klasyfikacji generalnej trzecie miejsce, Piotr Żyła piętnaste, a osiemnaste miejsce zgarnął Maciej Kot. Na dalszych miejscach mamy też innych reprezentantów, ale spokojnie, ledwo ukończyli oni 20 lat więc ich czas jeszcze nadejdzie. Jestem z naszej kadry skoków narciarskich dumny i cieszy mnie widok tego, jaką sport sprawia im radość i jaką tworzą zgrana grupę kolegów.
                        Polska kadra skoczków narciarskich to piąta drużyna na świecie

            Wracając do osoby Adama Małysza. Choć zakończył on karierę skoczka narciarskiego, a swoje narty zamienił na kask, kierownicę i cztery koła, to nawet na tym polu nowych wyzwań jest kimś odnoszącym sukcesy. Wprawdzie nie osiąga wyników, które pozwoliłby mu walczyć o czołowe lokaty, ale nie oczekujmy tego od kogoś, kto dopiero niedawno zaczął swoją przygodę z rajdami samochodowymi. Czy można oczekiwać umiejętności pilotowania Jumbo Jeta  od kogoś kto dopiero opanował latanie niewielką awionetką? Albo czy nie byłoby zbyt wygórowanym wymagać nagrań światowej jakości od człowieka  dopiero stawiającego pierwsze kroki na muzycznej estradzie? Tak więc, na miarę możliwości Małysza, trzynaste miejsce w ostatnim Rajdzie Dakar oraz czwarta lokata po siedmiu etapach rajdu Baja Italia to rezultaty, które pozwalają mu dostrzec swój potencjał i przy ciężkiej pracy, można mieć nadzieję na jeszcze lepsze wyniki w przyszłości.
            Skoro jesteśmy przy tematyce rajdowej, to nie mógłbym nie wspomnieć o wracającym do zdrowia po wypadku Robercie Kubicy. Można było ostatnio przeczytać informacje o tym, że wyścigi samochodowe i rajdy mają inną specyfikę więc ktoś kto całe życie jeździł po wyścigowym torze, nie będzie umiał się odnaleźć na rajdowych trasach, podobnie jak Usain Bolt nie odnalazłby się na trasie maratonu. Tymczasem Kubica zadaje kłam takim opiniom. W zawodach  z wyraźną przewagą pokonuje zawodników, a w czasie ostatniego rajdu zaliczanego do Rajdowych Mistrzostw Europy miał ponad minutową przewagę nad drugim zawodnikiem. Szkoda, że zniweczyła to mała kraksa, która uniemożliwiła jednak dalszą jazdę. Może następnym razem…
            To oczywiście tylko trzy przykłady ze sceny polskiego sportu. Nie można zapomnieć także o innych wybitnych osobach jak Justyna Kowalczyk, która zdobyła czwartą Kryształową Kulę w biegach narciarskich, o żużlowcach z Jarosławem Hampelem i Tomaszem Gollobem na czele, którzy w ostatnich zawodach z cyklu mistrzostw świata zajęli miejsca na podium albo o siostrach Radwańskich, które bardzo dobrze radzą sobie na światowych kortach tenisowych oraz wielu innych. Nie można też zapomnieć o tych sportowcach, o których szersze grono ludzi może nigdy nie usłyszy, którzy z ambicją godną podziwu trenują we własnym zakresie i dla których niemałym osiągnięciem jest pobicie własnych rekordów niezależnie od tego czy jest to pływacki basen, szlak rajdu rowerowego czy trasa biegowa. 
              Patrząc na ostatnie wyczyny polskich sportowców, naprawdę można się cieszyć

            Jak mam zatem ocenić kondycję polskiego sportu? Choć dziennikarzem sportowym nie jestem, to mogę powiedzieć, że na pewno nie jest ona tak negatywna jak było to przedstawiane w przeszłości. Mamy wielu utalentowanych sportowców, którzy odnieśli w ostatnim czasie nie mało sukcesów. Jest też coraz więcej sportowców – amatorów, którzy doceniają role wysiłku fizycznego w codziennym życiu.  Śmiało mogę zatem powiedzieć, że w Polsce sport stoi na niezłym poziomie, z którego można być zadowolonym. Trzeba wiedzieć, że sportowcy z biało-czerwoną flagą na koszulce czy kombinezonie nie muszą się bać swoich rywali. Tak trzymać!!


                                                                                                                            25.03.2013