Gdzieś na Dalekim Wschodzie


Każdy producent będzie dążył do jak najmniejszych kosztów produkcji. Chęć zysku nie zwalnia jednak z pewnych zasad przyzwoitości. W tym artykule wcielam się w biznesmena - idealistę.


           Jako mały chłopiec kolekcjonowałem modele sportowych samochodów.  Były to głównie auta wykonane w skali 1:43.  Pośród około 30 miniaturowych przedstawicieli świata motoryzacji  znajdowały się takie rarytasy jak Chevrolet Corvette, Ferrari Testarossa, Bugatti EB110 oraz Ferrari F310B, którym w roku 1997 ścigał się sam Michael Schumacher. Modele wykonywane były przez włoską firmę Bburago i na spodzie każdego egzemplarza można było dostrzec niewielki napis made in Italy. Świetnie wykonane i odwzorowane pojazdy można było kupić za pięć złotych!  Do dziś posiadam większość autek, przez co mój pokój może budzić skojarzenia z garażem kolekcjonera rzadkich automobili. Wrażenie potęguje porozwieszana na ścianach spora ilość obrazków z szybkimi samochodami. Niewątpliwa wspaniałość moich modeli nie jest jednak głównym tematem.
            W pierwszych latach XXI wieku pewien azjatycki kraj słynący z Wielkiego Muru, kung-fu oraz komunizmu stał się jedną z większych potęg gospodarczych na świecie. Dla mnie osobiście jest to zaskakujące, że państwo w którym panuje komunistyczny ustrój ma pieniądze na organizację olimpiady, budowę nowych dróg, światowej rangi torów wyścigowych czy miast z niemałą ilością drapaczy chmur. Coś tutaj wyraźnie mi nie pasuje. Logicznie rozumując powyższa sytuacja prędzej powinna mieć miejsce  w takim kraju jak Polska, która z komunizmem pożegnała się prawie 25 lat temu i miała mnóstwo czasu oraz możliwości, by stać się niekoniecznie światowym mocarstwem albo drugim Monako, ale państwem stojącym na takim poziomie jakim dziś cieszą się Czechy czy nawet Austria.

 To zaskakujące, że nowoczesne miasta, drogi i stadiony powstają w kraju komunistycznym.


            Tymczasem Chińczycy skusili świat atrakcyjnym jabłkiem, które nazywa się tania siła robocza. Wiele renomowanych firm i przedsiębiorstw z Europy i Ameryki Północnej pchana chęcią zarobienia jak największej liczby pieniędzy, przeniosła swoją produkcję do tego azjatyckiego państwa. Dotyczy to także firm, które zajmowały się tworzeniem miniaturek Ferrari lub Porsche. Kiedy konkurencja przeniosła się do kraju środka, Bburago postanowiło pozostać we Włoszech.  Decyzja ta choć idealistyczna i powiedzieć można, że w pewnym sensie patriotyczna, okazała się nieskuteczna jeśli chodzi o ekonomiczny punkt patrzenia na świat. Włoska manufaktura nie wytrzymała konkurencji i zwyczajnie splajtowala. Odrodzenie nastąpiła wprawdzie po dwóch latach, ale po wejściu na stronę producenta okaże się, że siedziba główna mieści się w Honk Kongu, a kiedy odwrócimy mały samochodzik brzuchem do góry, okaże się, że jest tam napisane słynne – made in China.
            Przenoszenie działalności do Chin jest najzwyczajniej w świecie opłacalne zarówno dla Chińczyków jak i właścicieli firm. Pamiętam jak kiedyś rozmawiałem na ten temat z moim kolegą, który jest studentem na poznańskiej Akademii Ekonomicznej, interesuje się biznesem i czytuje biznesowe czasopismo Forbes. Stwierdziłem, że gdybym był właścicielem jakiejś firmy to nie przenosiłbym produkcji do Chin, bo wiem, że za tanią siłą roboczą stał by wyzysk człowieka i czyjaś niewolnicza praca. Kolega zapytał czy gdybym miał firmę produkującą powiedzmy podkoszulki, wolałbym produkować na miejscu, czy w Chinach co kosztowało by mnie jakieś dwa razy taniej. Gdy odpowiedziałem, że z powodu wymienionych przeze mnie  względów, mimo wszystko wolałbym produkować na miejscu dowiedziałem się, że bardzo szybko stałbym się bankrutem. Cóż, ekonomia i biznes nie są ani nigdy nie były w kręgu moich zainteresowań…
Takich idealistów jak ja jest raczej niewielu. Nie ma co ukrywać, że przyciąganie inwestorów tanią siłą roboczą jest bardzo ważnym elementem rozkręcania się Chińskiej Republiki Ludowej. Nie wszystko jest takie piękne jak na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać.
          To wszystko powoduje, że ludzie w krajach skąd pochodzi dana firma tracą pracę, ponieważ zamyka się dotychczasowe fabryki by przenieść je na azjatycki kontynent. Tania siła robocza, tańsze produkty, po prostu fantastycznie! Pomyślcie jednak o zwyczajnym Kowalskim, który osiem godzin dziennie siedzi przy maszynach w hali produkcyjnej. Pewnego dnia jakiś grubasek w garniturze i krawacie oznajmił, że choć niezmiernie mu przykro, trzeba zamknąć fabrykę, by przenieść ją na Daleki Wschód. W tym momencie Kowalski będzie miał gdzieś całą tę ideę taniej siły roboczej, bo ze strachem będzie myślał o tym skąd teraz weźmie pieniądze na domowe rachunki i studia dla dzieci.
            Albo inna sytuacja. Ktoś idzie do sklepu, aby kupić sobie jaką część garderoby. Ogląda, przymierza, porównuje ceny, w końcu się decyduje. Zadowolony wychodzi ze sklepu wydawszy 200 złotych. Kupiony produkt kosztowałby 400 złotych, gdyby był wytworzony w Europie. Byłoby  to wspaniałe, gdyby nie pewien często niezauważany fakt. Za tańszymi produktami idzie w parze tania siła robocza. Tania siła robocza często zaś wiąże się z pracą nawet przez 16 godzin dziennie w fabrykach gdzie coś takiego jak bezpieczeństwo i higiena pracy jest pojęciem nieznanym, za co dostają nędzne wynagrodzenie. Dlatego, choć niektórym wydaje się to dziwne, ja sam wolę wydać więcej pieniędzy na coś wyprodukowanego w Europie, albo Stanach Zjednoczonych i cieszyć się, że nie wspieram wyzysku drugiego człowieka. Choć czasem nie mam wyboru. Zwłaszcza chcąc kupić sprzęt komputerowy, albo nawet muzyczny, muszę liczyć się z tym, że raczej nie znajdę czegoś, co nie pochodziłoby z Azji.  Z drugiej jednak strony warto też zdać sobie sprawę, że kupienie produktu z Dalekiego Wschodu być może zapewni komuś miskę ryżu dla rodziny…



 Za towarami produkowanymi w Chinach często stoi wyzysk oraz...próba podbicia świata.




            Mijają czasy w których terytoria obcych państw podbija się za pomocą wojaczki. Wiele wieków temu chcąc zdobyć obce terytoria sięgało się po zbroje i miecze, a wielka liczba rycerzy ruszała ku Azji Mniejszej aby, pod przykrywką obrony chrześcijaństwa, zwiększyć swoje wpływy w ówczesnym świecie. Później miecze i zbroje zastąpiono  prymitywnymi karabinami, zdobionymi szabelkami i topornymi armatami. W kolejnym etapie historii pojawiły się czołgi, okręty i samoloty. Ostatnio zagarnianie nowych terytoriów odbywa się nie poprzez zbrojny najazd na inny kraj, ale dzięki ekonomii. Zabrzmi to jak teoria spiskowa, ale uważam, że wykupywanie udziałów w europejskich firmach oraz przyciąganie Zachodnich firm, by to właśnie u nich produkowały swoje towary, to sposób Chińczyków na to, aby uzależnić od siebie resztę świata. Świat cieszy się z oszczędności jakie dają małe koszty produkcji, a Chińczycy, budujący swoją gospodarkę w dużej mierze na wyzysku, też się cieszą, ale ze swojego ukrytego podboju świata.
            Cóż zatem powiedzieć na koniec i jak to podsumować? Choć przenoszenie produkcji do Chin pozwala firmom oszczędzić duże pieniądze, to mimo wszystko odbywa się to pewnym kosztem. Ten koszt to przede wszystkim napędzanie wyzysku człowieka, pozbawianie pracy ludzi w rodzimym kraju oraz uzależnianie się od warunków stawianych przez przedstawicieli Państwa Środka. Coraz częściej chęć zysku staje się ważniejsza niż poczucie przyzwoitości wobec drugiego człowieka, wspieranie rodzimego rynku pracy i poczucie niezależności. Wydaje mi się, że osoby, które   patrzą na to wszystko w podobny sposób jak ja,  porównać można do idealistów, albo honorowych rycerzy, których postawy i ideały należą do przeszłości. Są wprawdzie podziwiani, ale w rzeczywistości nikt już nie liczy się z tym co sobą reprezentowali. Mam nadzieję, że jednak się mylę.
Spoglądam właśnie na granatowy model Ferrari 456GT, który stoi na jednej z półek w moim pokoju. Choć ma już ponad dziesięć lat, jest zadbany, a jego lakier błyszczy. Pochodzi z czasów, w których Bburago miało jeszcze swoją siedzibę we Włoszech. I to mi się podoba – samochód italijskiej marki, wyprodukowany w swoim rodzimym kraju.



                                                                                                                        26.06.2013

Kościelna Wieża


 Nie trzeba być teologicznym umysłem na miarę św Tomasza z Akwinu, by dostrzec kryzys Kościoła w Polsce.  Dlaczego tak się dzieje i czy niesie to jakieś pozytywy?

      Co roku w kościele katolickim w maju lub czerwcu ma miejsce święto Bożego Ciała. Nie wiem jak to wygląda w innych krajach, ale w Polsce tego dnia mamy dzień wolny i w całym kraju z okazji owego święta odbywają się procesje. Zawsze uczestniczę w tych religijnych uroczystościach. Choć nie jest to czymś obowiązkowym, to jednak uważam, że jest to coś ważnego. Pozwoliło mi to takze zaobserwować pewną tendencję. Otóż od kilku lat frekwencja stopniowo, pomału, aczkolwiek nieustannie, zmniejsza się, co raczej nie jest kwestią niesprzyjającej pogody.  Jest to, myślę, jeden z przejawów tego, że w Polsce coraz więcej ludzi oddala się od Kościoła i nie za bardzo zawraca sobie głowę różnymi religijnymi praktykami.
     Każe to postawić sobie pytanie czy nadal żyjemy w chrześcijańskiej rzeczywistości. Nie tylko procesje mogą pochwalić się coraz niższą frekwencją. To tylko jeden z symptomów. Wystarczy chociażby w zwyczajną niedzielę wybrać się do kościoła, aby przekonać się, że coraz trudniej uświadczyć tam wielkich tłumów.  Pamiętam jeszcze jako kilkuletni chłopiec, że gdy wyszło się na Mszę zbyt późno, to aby znaleźć siedzące miejsce trzeba się było dobrze rozejrzeć. Tymczasem teraz, nawet jeśli wyjdę kilka minut przed Mszą, z reguły nie będę miał problemu ze znalezieniem miejsca i to na tyle przestronnego, że gdyby nagle przyszło mi do głowy maksymalnie rozłożyć ręce w lewo i prawo, mógłbym to zrobić bez obaw, że niechcący kogoś uderzę. W sumie dla kogoś takiego jak ja jest to korzystne zjawisko. Nie lubię tłoku, ciasnoty i tego w kościele najczęściej nie muszę się obawiać. Z kolei w ostatnią niedzielę miałem nawet całą ławkę tylko dla siebie.


           Procesje w Boże Ciało to bardzo piękna, choć coraz rzadziej doceniana tradycja.


            Poza tym, zdaje mi się, że także w codziennym życiu coraz mniej ludzi liczy się z chrześcijańskimi zasadami. Słyszy się  głosy mówiące, że zasady te są przestarzałe i w wielu kwestiach wymagają one reformy, więc ludzie zaczynają żyć na własnych regułach. Można po prostu powiedzieć, że, nie wdając się w szczegóły,  dla coraz większej liczby ludzi, chyba zwłaszcza młodego pokolenia, głos Kościoła zwyczajnie przestaje być głosem autorytetu. Cóż, coraz częściej to co mówią chrześcijanie może zdawać się słowami wypowiadanymi przez jakąś mniejszość wyznaniową lub etniczną.
Co ciekawe, ludzie, którzy promują wolność słowa, liberalizm i szeroko rozumianą tolerancję, nie są w stanie spokojnie usiedzieć na miejscu gdy głos zabierze jakiś duchowny albo kościelny działacz, przecząc tym samym wartością, które tak usilnie próbują propagować między innymi przy pomocy tęczowych zestawień kolorów albo poprzez rozmaite marsze.
            Trzeba zastanowić się dlaczego chrześcijaństwo, przynajmniej w Europie , cieszy się coraz mniejszym szacunkiem. Jest to temat bardzo złożony i trzeba też zaznaczyć, że sam Kościół nie jest tutaj niewinny. Nie będę tutaj nikomu mydlił oczu, że każdy ksiądz to osoba, której życiowa postawa jest autentycznie godna podziwu i kimś kto jest wyrozumiałym pasterzem starającym się na wszelkie możliwe sposoby zachęcić ludzi do dobrego życia. Nieraz zdarza się, że jakiś jegomość w sutannie nie żyje zgodnie z tym o czym mówi z kościelnej ambony. Opłaty „co łaska” za zamówienie mszy, ślub czy chrzest są dla mnie czymś totalnie bezsensownym. Będąc chrześcijaninem, uważam, że korzystanie z sakramentów albo prośba o modlitwę za zmarłego podczas Mszy jest czymś, co jako człowiekowi należ mi się jak psu kość i nikt nie ma prawa żądać ode mnie jakiejkolwiek za nie opłaty. Poza tym nie jest dobrze, gdy osoby zajmujące wysokie kościelne stanowiska żyją jak książęta w pałacykach i jeżdżą samochodami, na które zwyczajni ludzie musieliby odkładać pieniądze ładnych kilka lat.
Niekiedy zdarza się, że sama msza, będąca dla wierzących bardzo ważnym punktem w życiu, jest przez kapłana bardziej odklepywana niż odmawiana. Kapłan spieszy się tak, jakby zostawił w swoim mieszkaniu włączony gaz albo żelazko, a mszalnymi akcesoriami posługuje się jak zwykłym kubkiem z herbatą. To raczej nie jest budujący obraz.
            Poza tym brakuje autorytetów wśród „cywili”.  Wydaje mi się, że niezależnie czy mówimy o kimś kto wstaje rano, idzie do pracy na 7-8 godzin, a po południu wraca do rodziny lub zajmuje się swoim hobby, czy też, a może nawet w pierwszej kolejności, o ludziach powszechnie znanych i lubianych  – aktorach, sportowcach, muzykach czy ludziach mediów – brakuje osób, które w swoim życiu wskazywałyby na to, że faktycznie warto kierować się chrześcijańskimi zasadami i nie są one jakimś nudnym i niezrozumiałym zestawem nakazów i zakazów.
            Brak autorytetów powoduje, że w świecie w którym codziennie zalewa nas masa rozmaitych informacji i różne propozycje stylów bycia, niejednemu może być ciężko odróżnić to co faktycznie ma jakąś wartość, od tego co tak naprawdę jest bezwartościowym bublem. Niejednemu ciężko się w tym wszystkim odnaleźć i połapać, zwłaszcza komuś kto dopiero jest na etapie kształtowania własnej tożsamości.

                  Kryzys Kościoła w pewien sposób może spowodować jego umocnienie

            Łatwo zatem zauważyć, że Kościół w Polsce przeżywa kryzys. Przy stwierdzeniu o chrześcijańskiej rzeczywistości w kraju należy postawić duży znak zapytania.  Z jednej strony taka sytuacja niepokoi, ale z drugiej strony ma to swoje dobre strony. W Kościele zostaną tylko te osoby, które faktycznie tego będą chciały,  i którym autentycznie zależy na postępowaniu według nauczania Jezusa. Paradoksalnie sprawi to, że wspólnota ta zdecydowanie się umocni.
            Na koniec tego świątecznego dnia, o którym pisałem na początku, miałem okazję patrzeć na okolicę z najwyższego piętra pewnego budynku. Nad okolicznymi domami górowała wysoka wieża neogotyckiego kościoła. Ze wszystkich stron na niebie przesuwały się ciemne i potężne burzowe chmury. Wydawać się mogło, że próbują one zakryć ową kościelną wieżę. Podobnie bywa w otaczającej nas rzeczywistości. Różne głosy próbują stłumić to co proponuje życie zgodne z zasadami wiary. Czy im się uda?
W końcu, późnym wieczorem, błyskawice zniknęły, grzmoty ucichły, ulewa przeszła gdzieś dalej, a wieże nadal stała niewzruszona. Myślę, że tak samo będzie  ze wspólnotą Katolików. Ciemne chmury i grzmoty przeminą, a Kościół nigdy nie upadnie.


                                                                                                                               7.06.2013

Alessandro Zanardi


Z reguły za najlepszych sportowców uważa się tych, którzy niemal zawsze zdobywają medale.  Są jednak tacy, którzy mimo mniejszej liczby zwycięstw, zasługują na nie mniejszy podziw.


Alessandro Zanardi – komuś kto nie interesuje się sportem samochodowym to imię i nazwisko pewnie niewiele albo nic nie mówi. Jest to jednak postać, która w ciągu życia zdążyła na swoim koncie zgromadzić sporą liczbę zwycięstw. Ten urodzony w 1966 roku w Bolonii kierowca, w ciągu swojej kariery brał udział w takich seriach wyścigowych jak Formuła 3000, Formuła 1, wyścigi WTCC, jednak największe sukcesy zdobył jeżdżąc w amerykańskich mistrzostwach CART, gdzie wygrał kilkadziesiąt wyścigów, a w latach 1997 oraz 1998 zdobył mistrzostwo.  Alex ma na koncie także inne, bardzo cenne zwycięstwo, którego nie zdobył jednak na torze wyścigowym.
            W roku 2001 po krótkiej przerwie powrócił do ścigania w serii IndyCar. Piętnastego września tego roku miał miejsce wyścig na niemieckim torze Lausitzring. W pewnym momencie włoski kierowca utracił panowanie nad swoim samochodem, a po chwili z bardzo dużą prędkością uderzył w niego inny zawodnik.  Nie trzeba być znawcą wyścigów aby przewidzieć, że nie była to tuzinkowa kraksa. Przód auta Alessandra przestał istnieć, a kierowca w konsekwencji stracił obie nogi. Zanim trafił do szpitala był reanimowany siedem razy. Zdążył także otrzymać ostatnie namaszczenie.


               Lata 1997 - 1998.  Alex zdobywa tytuły mistrza amerykańskiej serii CART

            Choć ciężko w to uwierzyć i wydaje się to niemal tak prawdopodobne jak podróż kosmiczna do innej galaktyki, Zanardi w roku 2003 powrócił za kierownicę. Nie było to coś w stylu przejechania ze spokojną prędkością jakiejś niewielkiej odległości. Specjalnie dla niego przygotowano auto w którym przyspieszenie i hamowanie sterowane było przy pomocy ręcznych kontrolerów. Tym autem przejechał on 13 okrążeń na torze w Lausitz, które to dzieliły go od mety podczas feralnych zawodów. Przy tej okazji rozwinął prędkość z jaką z reguły nie poruszają się osoby pozbawione nóg, a było to 310 km/h.
            Kilka następnych lat upłynęło pod znakiem startów w wyścigowej serii WTCC. Można by zadawać sobie pytanie czy po takich perypetiach, które niemal skończyły się na tamtym świecie, można wrócić do ścigania na światowym poziomie. Może taki powrót ma za zadanie jedynie podbudować psychicznie poszkodowanego? A może jest to jakaś forma litości i głaskanie biednego po główce? Otóż nic bardziej mylnego. W ciągu paru sezonów Alex, jeżdżąc dla zespołu BMW, nie tylko regularnie zdobywał punkty, ale udało mu się odnieść parę zwycięstw.  Wszystko to pokazuje do jakich niezwykłych wyczynów jest w stanie doprowadzić człowieka ambicja i determinacja.
            W sporcie wyznacznikiem sukcesu jest z reguły ilość zwycięstw i zdobytych przez danego zawodnika tytułów  mistrzowskich. Dzieje się tak gdy mowa jest o wyścigach samochodowych, lekkiej atletyce, piłce nożnej, narciarstwie czy badmintonie. Jest to w sumie logiczne i rozsądne rozumowanie. Za mistrzów i najlepszych w swoich dziedzinach uznamy Michaela Schumachera, który siedem razy zdobywał mistrzostwo Formuły 1, Sebastiana Loeba, który aż dziewięć razy zdążył udowodnić, że jest najlepszym na świecie rajdowcem, drużynę Real Madryt, która aż 30 razy w historii sięgnęła po tytuł piłkarskiego mistrza Hiszpanii, albo Michaela Johnsona, kilkukrotnego złotego medalistę mistrzostw świata oraz igrzysk olimpijskich w biegach na 200 oraz 400 metrów.  Mógłbym jeszcze podać przykład kolarza Lance Armstronga, ale chyba zgodzicie się, że w związku z aferami dopingowymi chyba nie byłby to zbyt dobry pomysł. W każdym razie takich sportowców jest wielu.
            Oczywiście podpisuje się pod opiniami, że sportowcy z wieloma sukcesami osiągnęli coś niebywałego i zasłużyli na to aby ich nazwiska zapisać w sportowych kronikach. Uważam jednak, że wielkość zwycięstwa nie zawsze wyznaczana jest przez ilość medali, prestiż nagród czy popularność. Wielkimi zwycięzcami można nazwać nie tylko tych, którzy z każdych zawodów przywożą medale. Na podziw i uznanie zasługują wszyscy ci, którzy może nie zajmują pierwszych miejsc w tabelach ze statystykami, a ich zdjęcia rzadko lub wcale nie goszczą  na pierwszych stronach gazet, ale których ambicja i poświęcenie są nie mniejsze, a czasem nawet większe niż tych ze światowej czołówki. By osiągnąć założony cel nieraz muszą zmierzyć się z własnymi niedomaganiami, kalectwem lub, nim stanęli na sportowej arenie, musieli pokonać wpierw własną chorobę. Chociażby paraolimpijczycy. Często przygotowują się oni do zawodów tak intensywnie jak ich pełnosprawni koledzy. Ich nazwiska nie są powszechnie znane, ale to, że nie mają ręki lub nogi, lub sposób ich postrzegania świata jest nieco ograniczony, nie umniejsza rangi tego co robią. Mają oni prawo być nazywani sportowcami i zwycięzcami w takim samym stopniu jak osoby, które codziennie widzimy w Przeglądzie Sportowym. To co robią absolutnie nie jest czymś o mniejszym znaczeniu.

                         Londyn 2012.  Zanardi zdobywa dwa złote medale w kolarstwie

Albo postać Jana Meli. Chłopak w wieku kilkunastu lat stracił rękę i nogę. Jak się okazało, posiadanie tylko 50% kończyn nie jest przeszkodą w tym, aby zdobyć obydwa bieguny. Tego dokonania raczej nie zaliczy się do kategorii sportu, a  podróży i wyczynów. Dotarcie na bieguny jednak z pewnością można uznać zwycięstwem. Inne to co prawda zwycięstwo niż złoty medal w maratonie albo puchar świata w piłce nożnej. Czy jednak mniejszej rangi? Na pewno nie, a moim zdaniem nawet większe.
            Alex Zanardi po powrocie do sportu samochodowego nie zdobył już mistrzowskiego tytułu, a zwycięstwa nie były  tak liczne jak w latach 90-tych. Biorąc jednak pod uwagę jego stan w jakim był po słynnej kraksie, brak obydwu nóg, i jego heroiczny powrót  znad własnego grobu, uważam, że mimo „tylko” dwóch tytułów mistrzowskich w karierze kierowcy wyścigowego (nie licząc złotego medalu paraolimpijskiego z Londynu) jest to jeden z najlepszych kierowców w historii sportu samochodowego. Alessandro Zanardi. Bohater? Niewątpliwie. Człowiek sukcesu? Bezapelacyjnie! Inspiracja dla innych ludzi? Jak najbardziej!! Nie tylko dla tych, którzy nie mają obydwu nóg.


                                                          
                                                                                                                      9.05.2013

Auta, piesi i rowerzyści


Jeden z niedawnych pomysłów na bezpieczny ruch miejski jest ograniczanie prędkości  i tworzenie dróg rowerowych. Mój pomysł jest znacznie prostszy i tańszy.


         Poznań – stolica Wielkopolski i jedno z największych miast w Polsce.  Nietrudno zauważyć, że chce ono być postrzegane jako nowoczesne, europejskie miasto. Aby ten cel osiągnąć, rozpoczęto tutaj  rozmaite inwestycje.  Przykładowo: zaczęto budowę nowego dworca kolejowego, wyremontowano i wybudowano nowe drogi, zbudowano duży stadion, centra handlowe i cały czas przeprowadza się coś, co specjaliści w białych koszulach i garniturach  określają jako rewitalizacja centrum miasta. To oczywiście dobrze, że miasto chce stawać się coraz bardziej funkcjonalne, przyjazne dla mieszkańców i zadbane.  Inną sprawą jest jednak to, że prace te mogłyby być lepiej zaplanowane i rozłożone w czasie. Sytuacja wygląda bowiem tak , jakby jakiś dziewiętnastolatek przypomniał sobie, że już za kilka dni podejdzie do matury i warto by zacząć się w końcu uczyć. Z kolei pieniądze przeznaczone na budowę centrów handlowych, w których nieprzeliczone ilości dziewczyn spędzają całe soboty w poszukiwaniu nowej kreacji, z pewnością dałoby radę lepiej zainwestować.
            Jedna z ostatnich form jaką władze Poznania wymyśliły, aby zaimponować mieszkańcom oraz przybyszom z innych miejsc, jest stworzenie sieci ścieżek rowerowych oraz wprowadzenie ograniczenia prędkości w centrum do 30 kilometrów na godzinę. Oznacza to, że gdybym się postarał, na krótkim odcinku biegłbym mniej więcej z taką samą prędkością co przejeżdżające obok auta. Nawiasem mówiąc, w dni robocze i tak nieraz ciężko jechać samochodem z prędkością większą niż powyższa. 
Pomysłodawcy, rowerzyści oraz różni wyznawcy alternatywnych stylów życia, a także osoby uważające wszelkie pojazdy, mające dwa lub cztery koła oraz silnik, za przyczynę degradacji środowiska, podniesienia poziomu morza, wojny w Iraku, małej liczebności płetwala błękitnego oraz wszelkiego innego zła na świecie – są oczywiście bardzo zadowoleni, nie przestając wychwalać jakim to dobrodziejstwem dla miasta i dla ludzkości jest miejska sieć dróg rowerowych. Zapewne, jeśli tylko w przyszłości  uda się zrealizować plan kolonizacji Księżyca lub Marsa, to z pewnością znajdą się argumenty uzasadniające wytyczenie ścieżek rowerowych również tam.
                                   Jazda rowerem w słoneczny dzień to prawdziwa frajda

            Pomyśleć możecie, że moje ironizowanie sugeruje brak sympatii dla tych, którzy lubią przemieszczać się rowerami. Tymczasem wcale tak nie jest. Sam lubię w wolny dzień, gdy za oknem świeci słońce, wziąć swój rower i wybrać się na kilkudziesięcio kilometrową przejażdżkę. Jazda na bicyklu to świetna sprawa więc nie mam nic przeciwko temu gdy ktoś woli komunikację miejską albo samochód zastąpić pojazdem, w którym silnik zastąpiono nogami właściciela. Problem  w tym, że mam wątpliwości co do tego czy to w jaki sposób te ścieżki wyznaczono jest rozsądny i do końca przemyślany.
            Wiadomo, że jazda samochodem w centrum dużego miasta nie jest zajęciem odprężającym. Wyobraźcie sobie zatem kierowcę, który wreszcie wydostał się z ulicznego korka w którym tkwił od dwóch dni, przed chwilą testował sprawność swoich hamulców, bo jakiś zamyślony pieszy wszedł mu prosto przed maskę, a jakby tego było mało nagle z naprzeciwka widzi nadjeżdżającego rowerzystę jadącego kontrapasem. Jeśli poznańscy kierowcy w najbliższym czasie będą mieli problemy ze zdrowiem to będą to problemy z systemem nerwowym lub kołatanie serca.
            Albo inna sytuacja. Wychodzicie rano do pracy, idziecie do samochodu, wsiadacie, włączacie auto, rozglądacie się i spokojnie wjeżdżacie na ulicę. W tym samym momencie w Waszym lusterku wstecznym pojawia się cyklista, który nagle musi wyhamować aby nie skończyć jako zawartość bagażnika Waszego samochodu po czym wymachując pięścią i prezentując groźny wyraz twarzy oznajmia, że jest on rowerzystą, więc jest nietykalny i nikt nie ma prawa znaleźć się na obranym przez niego torze jazdy. Gdybyście tylko czubkami palców stopy dotknęli ścieżki rowerowej, osobnik taki najchętniej walnąłby Wam pompkom rowerową. Wina kierującego ktoś powie. Owszem, może i mógłby uważniej się rozejrzeć. Jednak jest to też winą tych, którzy drogę rowerową wyznaczyli pomiędzy miejscami parkingowymi, a częścią ulicy przeznaczoną dla samochodów przez co kierowcy, którzy chcą zaparkować, albo ruszyć na ulicę muszą przeciąć tę część drogi wyznaczoną dla rowerzystów.

                         Drogi rowerowe nie zawsze są wyznaczane w przemyślany sposób

            I jeszcze jedno. Jest pewne znane mi miejsce, gdzie odkąd pamiętam ludzie spokojnie parkowali swoje samochody. Zmieniło się to jednak parę dni temu. Ktoś kto wyznaczał przebieg drogi rowerowej wpadł na pomysł, aby częściowo przebiegała w miejscu gdzie nie tak dawno, nikomu nie przeszkadzając, stały zaparkowane auta. Nie wiem czy sytuacja ta dotyczy jeszcze innych miejsc, ale nie przypominam sobie aby ktoś ogłaszał, że w Poznaniu mamy do czynienia z nadmiarem miejsc parkingowych.
            Nie mam pojęcia czy osoby odpowiedzialne za wytyczanie ścieżek rowerowych w centrum miasta robią to z myślą o cyklistach czy może chcą sprostać kolejnym wymaganiom nałożonym przez Unię, czy też ich motywacją jest  za wszelką cenę i, co trzeba przyznać, w pewnej mierze chaotyczne, upodobnienie Poznania  do miast Europy zachodniej. Uważam jednak, że wytyczanie tych ścieżek w centrum nie jest potrzebne.

Jak to nie? Przecież dzięki temu w ruchu ulicznym panuje większy porządek i jest bezpieczniej – ktoś mógłby od powiedzieć.

Czy ja wiem?  Moja recepta na poprawienie relacji pomiędzy pieszymi, rowerzystami i samochodami  jest prostsza. To po prostu wzajemny szacunek. Niech rowerzyści jeżdżą sobie po chodnikach uważając na tych co idą pieszo i nie udając, że Lance Armstrong to ich tata. Z kolei piesi na zatłoczonych chodnikach niech przesuną się lekko aby ułatwić kolarzowi przejazd i tym samym zrobić dobry uczynek. Kierowcy zaś niech nieco zwolnią wyprzedzając amatorów pedałowania i zdrowego stylu życia, a jeśli mogą to niech zaczekają chwilkę przy przejściu dla pieszych zamiast niemalże przejeżdżać innym po stopach. To wszystko jest prostsze i tańsze niż malowanie pasów czy stawianie nowych znaków drogowych Moim zdaniem ta zasada wystarczyłaby, aby na ulicach i chodnikach miasta wszystkim poruszało się bezpieczniej i przyjemniej.


                                                                                                                       29. 04. 2013

Szlachetne zdrowie


W codziennym życiu sprawność i rozmaite możliwości jakie mamy stają się czymś powszednim.  Tymczasem są one niesamowitym dobrodziejstwem.


Ostatnio widziałem fragment filmu biograficznego, który opowiadał o życiu meksykańskiej malarki Fridy Khalo.  Frida jako nastolatka uczestniczyła w wypadku drogowym, którego skutkiem były liczne obrażenia w tym złamanie kręgosłupa.  Złamania kręgosłupa mają to do siebie, że ich skutki z reguły są dość poważne. Nie inaczej było i w tym przypadku.  Frida przez dłuższy czas nigdzie nie ruszała się bez swojego wózka inwalidzkiego. Scena, która zapadła mi w pamięci to moment, w którym ta młoda dziewczyna dzięki uporowi i pracy nad powrotem do zdrowia o własnych siłach wstaje z wózka i na nowo zaczyna naukę chodzenia.
            Nie piszę jednak o tym dlatego, że chcę wspominać postać tej malarki albo analizować treści płynące z obrazów stworzonych przez meksykańskich artystów. O takich rzeczach lepiej opowie absolwent Akademii Sztuk Pięknych. Chodzi mi o to, że w codziennym życiu rozmaite możliwości stają się dla nas tak powszechne, że trudniej jest nam dostrzec ich wartość. Chociażby takie chodzenie. Niejeden człowiek na wieść, że musi iść gdzieś dalej niż kilometr zacznie ustękiwać i zastanawiać się czy nie uszykować sobie na drogę prowiantu i czegoś do picia. Do sklepu spożywczego, który znajduje się jakieś dwieście metrów od ich domu najchętniej pojechaliby samochodem. Gdyby jednak okazało się, że będą musieli poruszać się na wózku to gwarantuję, że nawet gdyby ten sklep znajdował się w odległości 25 kilometrów, szli by tam w podskokach. Gdyby poprosić ich wtedy czy mogą wyjść po zakupy, to jeszcze przed zakończeniem pytania byliby już na zewnątrz. Podobnie może być z wieloma innymi rzeczami jak chociażby zwyczajna możliwość schylenia się żeby zawiązać buta, popatrzenia na przejeżdżające ulicą samochody i przechodzących ludzi, podanie komuś dłoni czy swobodne korzystanie z różnych zdobyczy techniki.

         Choć sprawność może z czasem spowszednieć, to jest ona niesamowitym darem.


            Do takiej refleksji skłoniło mnie coś, co sam niedawno przeżyłem. Spokojnie, nie uczestniczyłem w żadnym karambolu, nie wypadłem z dziesiątego piętra, nie nadepnąłem na niewybuch z II wojny światowej, nie jestem sparaliżowany po ukąszeniu przez jadowitego węża ani nie doznałem żadnych ciężkich obrażeń wskutek posypania się na mnie cegieł w drewnianym budynku. Po prostu ostatniej niedzieli przebiegłem półmaraton.  Wprawdzie nie pobiłem swojego osobistego rekordu, a zawodnicy z Afryki po raz kolejny odstawili mnie już na samym starcie, to jednak jestem bardzo zadowolony. W czasie zimy swoją sportową działalność ograniczyłem do basenu więc postanowiłem, że tym razem chce cieszyć się uczestnictwem w zawodach, spotkaniem z kolegami i pobiec najlepiej na miarę swoich możliwości nie myśląc o czasie czy rekordzie. Tak też się stało. Jeszcze tego samego dnia, a także następnego, doświadczyłem jednak pewnego ograniczenia w poruszaniu się i wykonywaniu czynności nad którymi zazwyczaj się nie zastanawiam. Zacząłem odczuwać ból przy prawym kolanie, który spowodował, że zacząłem chodzić trochę tak jakby prawa noga była zrobiona z drewna. Brakowało mi tylko papugi na ramieniu i opaski, która zasłaniałaby jedno oko. Do tego zakwasy, które sprawiły, że gdy chciałem podnieść którąś z nóg w górę, na mojej twarzy pojawiał się wyraz intensywnej koncentracji, a siadałem w taki sposób jakbym miał osiemdziesiąt parę lat. Nietrudno się domyśleć, że w związku z tym nie maszerowałem zbyt szybko. Moje tempo można było określić jako spacerowe. Średnia szybkość chodu człowieka to około pięciu kilometrów na godzinę. Mimo, że tempo to wydaje się nieduże, miałem wrażenie, że większości osób jakiś bio-inżynier  zamontował w tylnej części ciała niewielki motorek. Inna sprawa, że normalnie też nie chodzę zbyt szybko. Jednak gdybym w któryś z tych dwóch dni próbował iść takim tempem jak większość ludzi, przypominałoby to próbę jazdy z prędkością 40 km/h na dziecięcej hulajnodze.  Z kolei wejście do góry po schodach było jak wspinaczka na Mount Blanc.  Jeśli akurat miałbym przy sobie czekan i linę to okazałyby się całkiem przydatnym narzędziem.
            W czasie tych dwóch dni zmagania się z tymi chwilowymi ograniczeniami pomyślałem sobie, że należy doceniać zdrowie i wszystkie mechaniczne możliwości jakie mamy. Oczywiście nie porównuje się do ludzi, którzy zmagają się z poważnymi dolegliwościami albo kalectwem. Są przecież tacy, których niedomagania ruchowe są znacznie poważniejsze,  boleśniejsze i zdecydowanie nie kończą się one po dwóch dniach. Zdrowie i sprawność to wielki dar. Może to zabrzmieć śmiesznie, ale takim wielkim darem jest na przykład to, że teraz w każdej chwili mogę wstać z komputerowego fotela, przeciągnąć się, albo chwycić w rękę bezprzewodową myszkę i ją podrzucić…udało się, złapałem. Dlatego cieszę się, że choć nie mam afrykańskiej karnacji, nie mówię w języku Suahili, a na biegach masowych zazwyczaj docieram do mety w drugiej połówce z kilku tysięcy zawodników, mogę brać udział w takich zawodach i czerpać z nich satysfakcję.
                            Zdrowie i sprawność - trzeba się nimi cieszyć każdego dnia

          Warto cieszyć się zdrowiem i dbać o nie, tak samo jak warto pamiętać o takich, którym  to zdrowie nie dopisuje.  Na przykład wspierając finansowo lub aktywnie się włączając w  akcje charytatywne, dbając na miarę możliwości o udogodnienia dla osób niepełnosprawnych, nie przesuwając tych niepełnosprawnych gdzieś w stronę obrzeży życia społecznego lub zwyczajnie pomagając im w jakiejś codziennej czynności gdy widzimy, że ktoś taki obok nas tej pomocy potrzebuje.                           
Jan Kochanowski pisał: Szlachetne zdrowie, Nikt się nie dowie, Jako smakujesz, Aż się zepsujesz” - sugerując, że człowiek zaczyna cenić zdrowie dopiero gdy je utraci. Ja jednak myślę, że zdrowie trzeba doceniać i cieszyć się nim nie wtedy kiedy przyjdą jakieś dolegliwości, ale każdego dnia. To naprawdę wspaniale, że można zacisnąć i otworzyć pięść, podać komuś rękę czy żartobliwie pacnąć kogoś od tyłu w głowę. Pomyślcie o tym kiedy przy dzisiejszej kolacji z Waszego mózgu popłyną impulsy nerwowe każące chwycić kubek z herbatą i podnieść go do ust.        


                                                                                                      10.04.2013