Pięścią i kopniakiem


Najnowsze kryminały i sensacje cieszą się sporą popularnością. Są jednak tacy, którzy swoje gusta kierują ku przeszłości.

         Niezależnie czy mówimy o książce, filmie lub serialu czy też czytamy newsy z pierwszych stron gazet, większość z nas z zaciekawieniem śledzi historie których głównym motywem jest walka dzielnych policjantów, detektywów czy żołnierzy z wszelkiego typu, zagrażającymi społeczeństwu bandziorami. Słowem, lubimy opowieści w których ma miejsce jakaś forma walki dobra ze złem. Właśnie dlatego zawsze wielką popularnością  cieszyły się kryminały oraz seriale i filmy sensacyjne w których sprawiedliwość nieustannie walczy ze złem i występkiem. I choć ta główna oś owych historii pozostaje niezmienna, cała otoczka w ciągu kilkunastu lat uległa sporym przeobrażeniom.

            W ciągu ostatnich dni miałem sporo czasu, by móc przyjrzeć się temu co oferują widzom stacje telewizyjne, które dostępne są na tak zwanym multipleksie. Mamy tam różnego rodzaju programy rozrywkowe, telegry, bajki dla dzieci, lepsze lub gorsze filmy, powtórki powtórek oraz oczywiście sporo seriali, zarówno tych starszych, jak i wyprodukowanych w ostatnich latach. Wśród najnowszych nie zabrakło kryminału i sensacji takich jak Agenci NCIS albo Kryminalne Zagadki Miami czy Nowego Jorku. Pogrzebałem też nieco w statystykach gdzie wśród najlepiej ocenianych seriali znalazłem między innymi takie tytuły jak: Dr House,  Dexter, Gra o Tron, Skazany na Śmierć, Lost i sporo innych, ale to nie miejsce i czas na to aby je wszystkie wymieniać. Niewiele też mogę powiedzieć na temat treści owych seriali ponieważ, z wyjątkiem Dr Housa ( i to nie wszystkich odcinków), żadnego z nich nie oglądałem. Nie będę zatem wiarygodnym źródłem jeśli chodzi o wypowiedź na temat ich jakości. Być może niektóre z nich są całkiem niezłe, ale moje wybory tych najlepszych  z pewnością byłyby  inne.

            Oczywiście fabuła moich typów, jak wielu filmów i seriali, opierała by się głównie na walce z przestępczością i terroryzmem, ale bardziej od najnowszych propozycji serialowych cenię sobie produkcje z lat 80-tych i 90-tych. Mówi Wam coś nazwisko Richard Dean Anderson? Być może nie, ale z pewnością znacie granego przez niego MacGyvera. Założe się że możecie wygrzebać z pamięci któryś ze skonstruowanych przez niego wynalazków, które nieraz ratowały go z kłopotów. Osobiście oceniam MacGyvera bardzo pozytywnie. Każdy odcinek był okazją do rozerwania się, a poza tym sam główny bohater stronił od broni, nigdy nikogo nie chciał zabić, a niektóre odcinki przekazywały widzom dobre wartości. Nic dziwnego, że choć sam aktor postarzał się i urósł mu brzuszek, minęło w końcu prawie 20 lat, sam serial nosi dziś status legendarnego i cieszy się sporą ilością fanów na całym świecie.

                 MacGyver - wystarczy taśma, zapałki i scyzoryk, by stworzyć groźną broń


Podobnie zresztą jak opowieść o Cordelu Walkerze, amerykańskim stróżu prawa, który wraz ze swoją ekipą nie szczędził sił, aby rozprawić się z tymi, którzy próbowali zakłócić spokój mieszkańców Teksasu. Tak, mowa tu o słynnym Strażniku Teksasu z Chuckiem Norisem w roli głównej . Serial emitowany był w latach 1994 – 2001, miał oglądalność liczoną w milionach i doczekał się kilkuset odcinków. Zawsze, gdy tylko miałem okazję, chętnie oglądałem każdy odcinek tego, można by powiedzieć, westernu osadzonego we współczesnych czasach. Ileż to wspaniałych kopnięć z półobrotu i precyzyjnie wymierzonych pięści lądowało na twarzach złoczyńców, którzy obezwładnieni lądowali w stercie magazynowych kartonów lub padali na beton w jakimś opuszczonym budynku.  Czy historia o stróżu prawa i karatece w jednym, który wraz z kompanami niestrudzenie ściga przestępców zasługuje na tytuł jednego z najlepszych seriali sensacyjnych? Moim zdaniem zdecydowanie!

            Jednym z popularniejszych i jednym z najlepszych seriali sensacyjnych jest też opowieść o agencie Fundacji na Rzecz Prawa i Rządu – Michaelu Knightcie, który przy pomocy nowoczesnego (jak na owe czasy) i wyposażonego w sztuczną inteligencję auta rozwiązywał kryminalne zagadki. Mowa tu o „Nieustraszonym”. Przygody dzielnego agenta w którego wcielał się David Hasselhoff mają już przeszło 20 lat. Nie brakowało zatem pomysłów, aby przedstawić całą historię w uwspółcześnionej wersji, choćby tej z roku 2008 w której w ślady Michaela Knighta poszedł jego syn jeżdżący także obdarzonym w sztuczną inteligencję Fordem Mustangiem. Mimo to serial zdaniem fanów nie dorastał do pięt oryginałowi z lat 80 i powinien raczej zostać uznany za tragedię lub tragikomedię niż rasową sensację o czym z pewnością marzyli producenci.

            Nie mogę w rankingu moich ulubionych seriali pominąć także przygód mieszkającego na Hawajach detektywa Thomasa Magnuma, który mieszkał w bogatej posiadłości niejakiego pana Mastera, a ulice przemierzał czerwonym Ferrari 308. Fantastyczną kryminalną opowieścią był także „Gliniarz i Prokurator”. Rozmaite śledztwa prowadzili tam wspólnie przysadzisty prokurator Jason McCabe oraz policjant Jake Styles. Nie sposób też zapomnieć o granym przez Lorenzo Lamasa „Renegacie”. Oskarżony o morderstwo, którego nie popełnił policjant, ucieka, zostaje łowcą nagród i ukrywając się pod nazwiskiem Vincent Blake, wraz z dwójką przyjaciół zajmuje się tropieniem złoczyńców w słonecznej Kalifornii.

            To właśnie jest krótka lista moich ulubionych seriali telewizyjnych. Jest ona subiektywna i Wy możecie oczywiście mieć własną, zupełnie inną. Dla mnie jednak miały one coś, czego nie ma już zazwyczaj we współczesnych kryminałach i sensacjach. Dziś, z tego co zauważyłem, w serialach kryminalnych i sensacyjnych bohaterowie nieraz są wewnętrznie skomplikowani, przeżywają wewnętrzne konflikty niemal jak młody Werter, a widz ma znakomitą okazję do przeprowadzenia wnikliwej psychoanalizy postaci. Być może jest to jakimś odbiciem kondycji psychicznej współczesnego społeczeństwa? Bohaterowie to skomplikowane psychologicznie postacie, a prócz walki ze złem i występkiem istotnym elementem fabuły są ich wewnętrzne zmagania. Nie ma już wielu we współczesnej sensacji  uczciwych, prawych i prostolinijnych bohaterów, którzy pięścią i kopniakami wymierzali sprawiedliwość złym ludziom. 

 Coraz mniej jest twardzieli, którzy - tak jak Magnum - byli uczciwi, prości i bohaterscy

            Idea kryminału i sensacji generalnie pozostała niezmieniona. Zdecydowanie zmieniła się jednak charakterystyka bohaterów owych seriali.  Komuś oczywiście współczesna fabuła może bardziej odpowiadać, a przygody Michaela Knighta, Strażnika Teksasu bądź MacGyvera wydać się mogą prędzej bajką dla dzieci niż filmem akcji, który można oglądać z zapartym tchem. Ja tak nie myślę. Jeśli  chodzi o mnie, to jestem człowiekiem, który pod względem kryminalno – sensacyjnych preferencji znacznie bardziej odnajduje się w latach 80 – tych i 90 – tych.



                                                                                                                      30.7.2013

Uważajcie na drogach


Na świecie nie brakuje niebezpiecznych ludzi, których warto unikać. Całkiem niedawno miałem okazję ich spotkać.   


        Żyjemy w niespokojnym świecie. Co chwila dochodzą do nas informacje o katastrofach i wypadkach komunikacyjnych, zagrożeniach ekologicznych, terroryzmie i innych niepokojących zjawiskach, które wielu ludziom nie pozwalają zaznać spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Jeśli ktoś, a jest wiele takich osób, niemal codziennie ogląda telewizyjne dzienniki lub przegląda internetowe serwisy informacyjne, zapewne w każdym wydaniu widzi na ekranie sylwetki groźnych terrorystów, wykolejone pociągi, leżące w rowie auta albo wykrzywione w złości twarze ulicznych demonstrantów.
            Skoro na świecie jest tyle niebezpieczeństw to można dojść do prostego wniosku, że także i w naszym społeczeństwie mogą żyć ludzie, których należy się bać. Kim jednak są i jak ich rozpoznać? Może na co dzień są oni zwyczajnymi, nie rzucającymi się w oczy obywatelami, którzy co rano wychodzą ze swoim psem na spacer, a w piątkowy wieczór spotykają się ze znajomymi, a których groźny potencjał ujawnia się w określonych okolicznościach? Albo owymi niebezpiecznymi obywatelami są poszukiwacze spiskowych teorii, którzy zdaje się wyłączyli własny rozum i wykorzystują takie wartości jak religia i patriotyzm ku temu by w publicznej debacie ich racja zawsze była na wierzchu? Chociaż nie, być może ci, których powinniśmy poważnie się obawiać pracują w Radach Gmin, Województw i w samym Rządzie. Ich zadaniem jest zadbać o to, aby w Polsce każdy miał dobre i godne warunki dla życia i rozwoju, tymczasem pogrążeni są oni w kłótniach, których końca próżno szukać oraz dbaniem o własne interesy oraz nieustannym zwiększaniem ciężaru własnych portfeli co skutkuje tym, że wiele krajowych problemów wciąż pozostaje nierozwiązanych.  Kim są owi ludzie, którzy żyją wśród nas i których należy się bać? Niedawno ich spotkałem.
            Dwa tygodnie temu na kilka dni wybrałem się do leżących nad morzem Międzyzdrojów.  Droga miała nieco ponad 300 kilometrów długości i połowa trasy wypadała bardzo przyjemną dwupasmową drogą ekspresową S3, którą bez skrępowania i ryzyka można jechać ponad 100 km/h. Jeden z początkowych etapów podróży przebiegał ulicami Poznania. Było to około południa więc na ulicach było dosyć ciasno. Jednak nie dalej niż pół godziny później byłem już poza miastem gdzie choć nieraz trzeba było cierpliwie jechać za kolumną ciężarówek, podróż była całkiem przyjemna. I choć poza miastem natężenie  ruchu jest zazwyczaj większe niż poza nim, wcale nie znaczy to, że wyjeżdżając z niego można poczuć się całkiem bezpiecznie.
            Aby spotkać tych, których należy się obawiać nie trzeba wybierać się do któregoś z arabskich krajów w poszukiwaniu zwolenników dzichadu, nie wymaga się wypraw do Ameryki Południowej i niefrasobliwego wkraczania na plantację koki,  nie jest też konieczne wędrowanie po ciemnych miejskich zaułkach i dusznych pubach w poszukiwaniu zaczepki. By spotkać ludzi od których warto trzymać się z daleka wystarczy wziąć swój samochód i wybrać się nim na pozamiejską wyprawę. Ja właśnie tam ich spotkałem.

                   Na drogach nie brak ludzi, którym wydaje się, że biorą udział w wyścigu


            Jedną z tych osób był kierowca szarego Volkswagena Golfa. Jechałem jakieś 80 – 90 kilometrów na godzinę, a przede mną jednostajnym tempem poruszał się sznureczek paru samochodów osobowych. W pewnym momencie we wstecznym lusterku ujrzałem wspomnianego przeze mnie jegomościa, który najwyraźniej nie miał zamiaru dostosować się do sytuacji jaka przed nim rysowała się na drodze. Już kilka sekund później szary Golf wyprzedził mnie z zawziętością jakiej nie powstydziłby się sam Sebastian Vettel. Dopóki nie zniknął mi z oczu, widziałem jak jeszcze kilkukrotnie wyprzedzał innych kierowców w owy wspomniany przeze mnie sposób „na Vettela”. Co chwila raptownie zjeżdżał na lewy pas, żeby zobaczyć czy droga przed nim jest pusta.  Jakby było tego mało, po chwili wyprzedził wolniej jadącego kierowcę w taki sposób, że zmusił jadących z naprzeciwka do ratowania się ucieczką na pobocze. Kierowca Golfa być może przemierza teraz jakieś drogi myśląc o tym jak świetnie radzi sobie za kierownicą. Ja jednak uważam, że zwyczajnie jest to człowiek z problemami osobowościowymi. Mógł też być zwyczajnie naćpany, co nie wyklucza, a nawet wynikałoby z mojego pierwszego przypuszczenia.  
            Inną niebezpieczną osobą był prowadzący czarnego Peugeota 407. Jechałem akurat malowniczym fragmentem trasy, która ciągnęła się przez las. Jezdnia była całkiem szeroka, a asfalt równy i sprawiający wrażenie solidnego. Na liczniku miałem nie więcej niż między 90 a 100 na godzinę. W pewnym momencie wyprzedził mnie jadący jakieś 15 kilometrów szybciej Peugeot. No i co w tym groźnego zapytacie? Jechał szybciej ode mnie, więc najnormalniej w świecie mnie wyprzedził. Ja też mógłbym tak powiedzieć gdyby nie pewien,  raczej dosyć istotny fakt. Wyprzedzenie miało miejsce na podwójnej linii ciągłej jakieś 30 metrów przed dość wyraźnie zarysowującym się zakrętem. Strach pomyśleć co by było gdyby z naprzeciwka również nadjeżdżał ktoś o dość swobodnym podejściu do przepisów…
            Jeżeli co jakiś czas wybieracie się w dłuższe trasy samochodem,  to z pewnością także możecie przytoczyć podobne historie, a gdyby zebrać się w grupie i każdy po kolei opowiadał by o zaobserwowanych niebezpiecznych sytuacjach na drodze, rozmowa potoczyłaby się przez  dłuższy czas. Podobnie można by rozmawiać o różnych przejawach drogowej nieuprzejmości. Historie o wpychaniu się na pas po którym akurat jedziecie, zajeżdżaniu drogi albo nerwowym trąbieniu lub przejeżdżaniu pieszym niemalże po stopach wcale nie należą do rzadkości. Podobnie wielu z Was mogłoby przytoczyć historię o właścicielach BMW i Audi. Jedziecie autostradą lub drogą szybkiego ruchu, przed Wami duża ciężarówka więc patrzycie w lusterko czy nikogo nie ma w pobliżu i zaczynacie wyprzedzanie. Już po chwili zjawia się auto, które należy do którejś z tych dwóch marek jadąc prawie że na tylnym zderzaku Waszego auta i jeszcze mrugają długimi światłami chcąc w ten sposób popędzić osoby jadące z przodu. Może ich właściciele po prostu nie wiedzą, że na świecie istnieją samochody, które mają mniej niż 100 koni mechanicznych i ciężko rozpędzić im się do dwustu kilometrów na godzinę?

  Wystarczy trochę uprzejmości by okazało się, że po naszych drogach nie jeździ się źle

            Tymczasem nie trzeba wiele aby wszystkim na drogach jeździło się i przyjemniej i bezpieczniej. Wystarczy trochę wyrozumiałości. To przecież nic złego, że ktoś za późno zorientował się, że jedzie złym pasem. Wystarczy więc lekko zwolnić i pozwolić mu wjechać na właściwą linię. Nie kosztuje też wiele wysiłku zwolnienie podczas wyprzedzania rowerzysty albo lekkie zjechanie do prawego brzegu jezdni gdy widzimy, że ktoś za nami  szykuje się do wyprzedzania. Wystarczy zwykła wzajemna życzliwość żeby okazało się, że jazda samochodem nie musi być walką o przetrwanie.
            Kiedy wracałem do domu pod koniec trasy jechał przede mną Mercedes klasy CL na holenderskich tablicach. Co ciekawe mimo auta takiej klasy wcale nie jechał na złamanie karku lecz w miarę zgodnie z przepisami tak, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy samemu nie zabrać się za wyprzedzanie. Sytuacja na drodze ułożyła się jednak w ten sposób, że pozostałem za nim, zwłaszcza, że jechaliśmy podobnym tempem. Nie przeszkadzało to jednak innym, zarówno jadącym dużymi kombi jak i niewielkimi i niezbyt mocnymi autami  w dość dziarskim wyprzedzaniu białego Mercedesa. Być może później chwalili się przed innymi lub samymi sobą jak to wyprzedzili takie mocne auto. Ciekawe tylko co powie właściciel Mercedesa swoim niderlandzkim kolegom o polskiej kulturze drogowej.
Uważajcie na drogach.


                                                                      
                                                                                                                      16.7.2013

Gdzieś na Dalekim Wschodzie


Każdy producent będzie dążył do jak najmniejszych kosztów produkcji. Chęć zysku nie zwalnia jednak z pewnych zasad przyzwoitości. W tym artykule wcielam się w biznesmena - idealistę.


           Jako mały chłopiec kolekcjonowałem modele sportowych samochodów.  Były to głównie auta wykonane w skali 1:43.  Pośród około 30 miniaturowych przedstawicieli świata motoryzacji  znajdowały się takie rarytasy jak Chevrolet Corvette, Ferrari Testarossa, Bugatti EB110 oraz Ferrari F310B, którym w roku 1997 ścigał się sam Michael Schumacher. Modele wykonywane były przez włoską firmę Bburago i na spodzie każdego egzemplarza można było dostrzec niewielki napis made in Italy. Świetnie wykonane i odwzorowane pojazdy można było kupić za pięć złotych!  Do dziś posiadam większość autek, przez co mój pokój może budzić skojarzenia z garażem kolekcjonera rzadkich automobili. Wrażenie potęguje porozwieszana na ścianach spora ilość obrazków z szybkimi samochodami. Niewątpliwa wspaniałość moich modeli nie jest jednak głównym tematem.
            W pierwszych latach XXI wieku pewien azjatycki kraj słynący z Wielkiego Muru, kung-fu oraz komunizmu stał się jedną z większych potęg gospodarczych na świecie. Dla mnie osobiście jest to zaskakujące, że państwo w którym panuje komunistyczny ustrój ma pieniądze na organizację olimpiady, budowę nowych dróg, światowej rangi torów wyścigowych czy miast z niemałą ilością drapaczy chmur. Coś tutaj wyraźnie mi nie pasuje. Logicznie rozumując powyższa sytuacja prędzej powinna mieć miejsce  w takim kraju jak Polska, która z komunizmem pożegnała się prawie 25 lat temu i miała mnóstwo czasu oraz możliwości, by stać się niekoniecznie światowym mocarstwem albo drugim Monako, ale państwem stojącym na takim poziomie jakim dziś cieszą się Czechy czy nawet Austria.

 To zaskakujące, że nowoczesne miasta, drogi i stadiony powstają w kraju komunistycznym.


            Tymczasem Chińczycy skusili świat atrakcyjnym jabłkiem, które nazywa się tania siła robocza. Wiele renomowanych firm i przedsiębiorstw z Europy i Ameryki Północnej pchana chęcią zarobienia jak największej liczby pieniędzy, przeniosła swoją produkcję do tego azjatyckiego państwa. Dotyczy to także firm, które zajmowały się tworzeniem miniaturek Ferrari lub Porsche. Kiedy konkurencja przeniosła się do kraju środka, Bburago postanowiło pozostać we Włoszech.  Decyzja ta choć idealistyczna i powiedzieć można, że w pewnym sensie patriotyczna, okazała się nieskuteczna jeśli chodzi o ekonomiczny punkt patrzenia na świat. Włoska manufaktura nie wytrzymała konkurencji i zwyczajnie splajtowala. Odrodzenie nastąpiła wprawdzie po dwóch latach, ale po wejściu na stronę producenta okaże się, że siedziba główna mieści się w Honk Kongu, a kiedy odwrócimy mały samochodzik brzuchem do góry, okaże się, że jest tam napisane słynne – made in China.
            Przenoszenie działalności do Chin jest najzwyczajniej w świecie opłacalne zarówno dla Chińczyków jak i właścicieli firm. Pamiętam jak kiedyś rozmawiałem na ten temat z moim kolegą, który jest studentem na poznańskiej Akademii Ekonomicznej, interesuje się biznesem i czytuje biznesowe czasopismo Forbes. Stwierdziłem, że gdybym był właścicielem jakiejś firmy to nie przenosiłbym produkcji do Chin, bo wiem, że za tanią siłą roboczą stał by wyzysk człowieka i czyjaś niewolnicza praca. Kolega zapytał czy gdybym miał firmę produkującą powiedzmy podkoszulki, wolałbym produkować na miejscu, czy w Chinach co kosztowało by mnie jakieś dwa razy taniej. Gdy odpowiedziałem, że z powodu wymienionych przeze mnie  względów, mimo wszystko wolałbym produkować na miejscu dowiedziałem się, że bardzo szybko stałbym się bankrutem. Cóż, ekonomia i biznes nie są ani nigdy nie były w kręgu moich zainteresowań…
Takich idealistów jak ja jest raczej niewielu. Nie ma co ukrywać, że przyciąganie inwestorów tanią siłą roboczą jest bardzo ważnym elementem rozkręcania się Chińskiej Republiki Ludowej. Nie wszystko jest takie piękne jak na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać.
          To wszystko powoduje, że ludzie w krajach skąd pochodzi dana firma tracą pracę, ponieważ zamyka się dotychczasowe fabryki by przenieść je na azjatycki kontynent. Tania siła robocza, tańsze produkty, po prostu fantastycznie! Pomyślcie jednak o zwyczajnym Kowalskim, który osiem godzin dziennie siedzi przy maszynach w hali produkcyjnej. Pewnego dnia jakiś grubasek w garniturze i krawacie oznajmił, że choć niezmiernie mu przykro, trzeba zamknąć fabrykę, by przenieść ją na Daleki Wschód. W tym momencie Kowalski będzie miał gdzieś całą tę ideę taniej siły roboczej, bo ze strachem będzie myślał o tym skąd teraz weźmie pieniądze na domowe rachunki i studia dla dzieci.
            Albo inna sytuacja. Ktoś idzie do sklepu, aby kupić sobie jaką część garderoby. Ogląda, przymierza, porównuje ceny, w końcu się decyduje. Zadowolony wychodzi ze sklepu wydawszy 200 złotych. Kupiony produkt kosztowałby 400 złotych, gdyby był wytworzony w Europie. Byłoby  to wspaniałe, gdyby nie pewien często niezauważany fakt. Za tańszymi produktami idzie w parze tania siła robocza. Tania siła robocza często zaś wiąże się z pracą nawet przez 16 godzin dziennie w fabrykach gdzie coś takiego jak bezpieczeństwo i higiena pracy jest pojęciem nieznanym, za co dostają nędzne wynagrodzenie. Dlatego, choć niektórym wydaje się to dziwne, ja sam wolę wydać więcej pieniędzy na coś wyprodukowanego w Europie, albo Stanach Zjednoczonych i cieszyć się, że nie wspieram wyzysku drugiego człowieka. Choć czasem nie mam wyboru. Zwłaszcza chcąc kupić sprzęt komputerowy, albo nawet muzyczny, muszę liczyć się z tym, że raczej nie znajdę czegoś, co nie pochodziłoby z Azji.  Z drugiej jednak strony warto też zdać sobie sprawę, że kupienie produktu z Dalekiego Wschodu być może zapewni komuś miskę ryżu dla rodziny…



 Za towarami produkowanymi w Chinach często stoi wyzysk oraz...próba podbicia świata.




            Mijają czasy w których terytoria obcych państw podbija się za pomocą wojaczki. Wiele wieków temu chcąc zdobyć obce terytoria sięgało się po zbroje i miecze, a wielka liczba rycerzy ruszała ku Azji Mniejszej aby, pod przykrywką obrony chrześcijaństwa, zwiększyć swoje wpływy w ówczesnym świecie. Później miecze i zbroje zastąpiono  prymitywnymi karabinami, zdobionymi szabelkami i topornymi armatami. W kolejnym etapie historii pojawiły się czołgi, okręty i samoloty. Ostatnio zagarnianie nowych terytoriów odbywa się nie poprzez zbrojny najazd na inny kraj, ale dzięki ekonomii. Zabrzmi to jak teoria spiskowa, ale uważam, że wykupywanie udziałów w europejskich firmach oraz przyciąganie Zachodnich firm, by to właśnie u nich produkowały swoje towary, to sposób Chińczyków na to, aby uzależnić od siebie resztę świata. Świat cieszy się z oszczędności jakie dają małe koszty produkcji, a Chińczycy, budujący swoją gospodarkę w dużej mierze na wyzysku, też się cieszą, ale ze swojego ukrytego podboju świata.
            Cóż zatem powiedzieć na koniec i jak to podsumować? Choć przenoszenie produkcji do Chin pozwala firmom oszczędzić duże pieniądze, to mimo wszystko odbywa się to pewnym kosztem. Ten koszt to przede wszystkim napędzanie wyzysku człowieka, pozbawianie pracy ludzi w rodzimym kraju oraz uzależnianie się od warunków stawianych przez przedstawicieli Państwa Środka. Coraz częściej chęć zysku staje się ważniejsza niż poczucie przyzwoitości wobec drugiego człowieka, wspieranie rodzimego rynku pracy i poczucie niezależności. Wydaje mi się, że osoby, które   patrzą na to wszystko w podobny sposób jak ja,  porównać można do idealistów, albo honorowych rycerzy, których postawy i ideały należą do przeszłości. Są wprawdzie podziwiani, ale w rzeczywistości nikt już nie liczy się z tym co sobą reprezentowali. Mam nadzieję, że jednak się mylę.
Spoglądam właśnie na granatowy model Ferrari 456GT, który stoi na jednej z półek w moim pokoju. Choć ma już ponad dziesięć lat, jest zadbany, a jego lakier błyszczy. Pochodzi z czasów, w których Bburago miało jeszcze swoją siedzibę we Włoszech. I to mi się podoba – samochód italijskiej marki, wyprodukowany w swoim rodzimym kraju.



                                                                                                                        26.06.2013

Kościelna Wieża


 Nie trzeba być teologicznym umysłem na miarę św Tomasza z Akwinu, by dostrzec kryzys Kościoła w Polsce.  Dlaczego tak się dzieje i czy niesie to jakieś pozytywy?

      Co roku w kościele katolickim w maju lub czerwcu ma miejsce święto Bożego Ciała. Nie wiem jak to wygląda w innych krajach, ale w Polsce tego dnia mamy dzień wolny i w całym kraju z okazji owego święta odbywają się procesje. Zawsze uczestniczę w tych religijnych uroczystościach. Choć nie jest to czymś obowiązkowym, to jednak uważam, że jest to coś ważnego. Pozwoliło mi to takze zaobserwować pewną tendencję. Otóż od kilku lat frekwencja stopniowo, pomału, aczkolwiek nieustannie, zmniejsza się, co raczej nie jest kwestią niesprzyjającej pogody.  Jest to, myślę, jeden z przejawów tego, że w Polsce coraz więcej ludzi oddala się od Kościoła i nie za bardzo zawraca sobie głowę różnymi religijnymi praktykami.
     Każe to postawić sobie pytanie czy nadal żyjemy w chrześcijańskiej rzeczywistości. Nie tylko procesje mogą pochwalić się coraz niższą frekwencją. To tylko jeden z symptomów. Wystarczy chociażby w zwyczajną niedzielę wybrać się do kościoła, aby przekonać się, że coraz trudniej uświadczyć tam wielkich tłumów.  Pamiętam jeszcze jako kilkuletni chłopiec, że gdy wyszło się na Mszę zbyt późno, to aby znaleźć siedzące miejsce trzeba się było dobrze rozejrzeć. Tymczasem teraz, nawet jeśli wyjdę kilka minut przed Mszą, z reguły nie będę miał problemu ze znalezieniem miejsca i to na tyle przestronnego, że gdyby nagle przyszło mi do głowy maksymalnie rozłożyć ręce w lewo i prawo, mógłbym to zrobić bez obaw, że niechcący kogoś uderzę. W sumie dla kogoś takiego jak ja jest to korzystne zjawisko. Nie lubię tłoku, ciasnoty i tego w kościele najczęściej nie muszę się obawiać. Z kolei w ostatnią niedzielę miałem nawet całą ławkę tylko dla siebie.


           Procesje w Boże Ciało to bardzo piękna, choć coraz rzadziej doceniana tradycja.


            Poza tym, zdaje mi się, że także w codziennym życiu coraz mniej ludzi liczy się z chrześcijańskimi zasadami. Słyszy się  głosy mówiące, że zasady te są przestarzałe i w wielu kwestiach wymagają one reformy, więc ludzie zaczynają żyć na własnych regułach. Można po prostu powiedzieć, że, nie wdając się w szczegóły,  dla coraz większej liczby ludzi, chyba zwłaszcza młodego pokolenia, głos Kościoła zwyczajnie przestaje być głosem autorytetu. Cóż, coraz częściej to co mówią chrześcijanie może zdawać się słowami wypowiadanymi przez jakąś mniejszość wyznaniową lub etniczną.
Co ciekawe, ludzie, którzy promują wolność słowa, liberalizm i szeroko rozumianą tolerancję, nie są w stanie spokojnie usiedzieć na miejscu gdy głos zabierze jakiś duchowny albo kościelny działacz, przecząc tym samym wartością, które tak usilnie próbują propagować między innymi przy pomocy tęczowych zestawień kolorów albo poprzez rozmaite marsze.
            Trzeba zastanowić się dlaczego chrześcijaństwo, przynajmniej w Europie , cieszy się coraz mniejszym szacunkiem. Jest to temat bardzo złożony i trzeba też zaznaczyć, że sam Kościół nie jest tutaj niewinny. Nie będę tutaj nikomu mydlił oczu, że każdy ksiądz to osoba, której życiowa postawa jest autentycznie godna podziwu i kimś kto jest wyrozumiałym pasterzem starającym się na wszelkie możliwe sposoby zachęcić ludzi do dobrego życia. Nieraz zdarza się, że jakiś jegomość w sutannie nie żyje zgodnie z tym o czym mówi z kościelnej ambony. Opłaty „co łaska” za zamówienie mszy, ślub czy chrzest są dla mnie czymś totalnie bezsensownym. Będąc chrześcijaninem, uważam, że korzystanie z sakramentów albo prośba o modlitwę za zmarłego podczas Mszy jest czymś, co jako człowiekowi należ mi się jak psu kość i nikt nie ma prawa żądać ode mnie jakiejkolwiek za nie opłaty. Poza tym nie jest dobrze, gdy osoby zajmujące wysokie kościelne stanowiska żyją jak książęta w pałacykach i jeżdżą samochodami, na które zwyczajni ludzie musieliby odkładać pieniądze ładnych kilka lat.
Niekiedy zdarza się, że sama msza, będąca dla wierzących bardzo ważnym punktem w życiu, jest przez kapłana bardziej odklepywana niż odmawiana. Kapłan spieszy się tak, jakby zostawił w swoim mieszkaniu włączony gaz albo żelazko, a mszalnymi akcesoriami posługuje się jak zwykłym kubkiem z herbatą. To raczej nie jest budujący obraz.
            Poza tym brakuje autorytetów wśród „cywili”.  Wydaje mi się, że niezależnie czy mówimy o kimś kto wstaje rano, idzie do pracy na 7-8 godzin, a po południu wraca do rodziny lub zajmuje się swoim hobby, czy też, a może nawet w pierwszej kolejności, o ludziach powszechnie znanych i lubianych  – aktorach, sportowcach, muzykach czy ludziach mediów – brakuje osób, które w swoim życiu wskazywałyby na to, że faktycznie warto kierować się chrześcijańskimi zasadami i nie są one jakimś nudnym i niezrozumiałym zestawem nakazów i zakazów.
            Brak autorytetów powoduje, że w świecie w którym codziennie zalewa nas masa rozmaitych informacji i różne propozycje stylów bycia, niejednemu może być ciężko odróżnić to co faktycznie ma jakąś wartość, od tego co tak naprawdę jest bezwartościowym bublem. Niejednemu ciężko się w tym wszystkim odnaleźć i połapać, zwłaszcza komuś kto dopiero jest na etapie kształtowania własnej tożsamości.

                  Kryzys Kościoła w pewien sposób może spowodować jego umocnienie

            Łatwo zatem zauważyć, że Kościół w Polsce przeżywa kryzys. Przy stwierdzeniu o chrześcijańskiej rzeczywistości w kraju należy postawić duży znak zapytania.  Z jednej strony taka sytuacja niepokoi, ale z drugiej strony ma to swoje dobre strony. W Kościele zostaną tylko te osoby, które faktycznie tego będą chciały,  i którym autentycznie zależy na postępowaniu według nauczania Jezusa. Paradoksalnie sprawi to, że wspólnota ta zdecydowanie się umocni.
            Na koniec tego świątecznego dnia, o którym pisałem na początku, miałem okazję patrzeć na okolicę z najwyższego piętra pewnego budynku. Nad okolicznymi domami górowała wysoka wieża neogotyckiego kościoła. Ze wszystkich stron na niebie przesuwały się ciemne i potężne burzowe chmury. Wydawać się mogło, że próbują one zakryć ową kościelną wieżę. Podobnie bywa w otaczającej nas rzeczywistości. Różne głosy próbują stłumić to co proponuje życie zgodne z zasadami wiary. Czy im się uda?
W końcu, późnym wieczorem, błyskawice zniknęły, grzmoty ucichły, ulewa przeszła gdzieś dalej, a wieże nadal stała niewzruszona. Myślę, że tak samo będzie  ze wspólnotą Katolików. Ciemne chmury i grzmoty przeminą, a Kościół nigdy nie upadnie.


                                                                                                                               7.06.2013

Alessandro Zanardi


Z reguły za najlepszych sportowców uważa się tych, którzy niemal zawsze zdobywają medale.  Są jednak tacy, którzy mimo mniejszej liczby zwycięstw, zasługują na nie mniejszy podziw.


Alessandro Zanardi – komuś kto nie interesuje się sportem samochodowym to imię i nazwisko pewnie niewiele albo nic nie mówi. Jest to jednak postać, która w ciągu życia zdążyła na swoim koncie zgromadzić sporą liczbę zwycięstw. Ten urodzony w 1966 roku w Bolonii kierowca, w ciągu swojej kariery brał udział w takich seriach wyścigowych jak Formuła 3000, Formuła 1, wyścigi WTCC, jednak największe sukcesy zdobył jeżdżąc w amerykańskich mistrzostwach CART, gdzie wygrał kilkadziesiąt wyścigów, a w latach 1997 oraz 1998 zdobył mistrzostwo.  Alex ma na koncie także inne, bardzo cenne zwycięstwo, którego nie zdobył jednak na torze wyścigowym.
            W roku 2001 po krótkiej przerwie powrócił do ścigania w serii IndyCar. Piętnastego września tego roku miał miejsce wyścig na niemieckim torze Lausitzring. W pewnym momencie włoski kierowca utracił panowanie nad swoim samochodem, a po chwili z bardzo dużą prędkością uderzył w niego inny zawodnik.  Nie trzeba być znawcą wyścigów aby przewidzieć, że nie była to tuzinkowa kraksa. Przód auta Alessandra przestał istnieć, a kierowca w konsekwencji stracił obie nogi. Zanim trafił do szpitala był reanimowany siedem razy. Zdążył także otrzymać ostatnie namaszczenie.


               Lata 1997 - 1998.  Alex zdobywa tytuły mistrza amerykańskiej serii CART

            Choć ciężko w to uwierzyć i wydaje się to niemal tak prawdopodobne jak podróż kosmiczna do innej galaktyki, Zanardi w roku 2003 powrócił za kierownicę. Nie było to coś w stylu przejechania ze spokojną prędkością jakiejś niewielkiej odległości. Specjalnie dla niego przygotowano auto w którym przyspieszenie i hamowanie sterowane było przy pomocy ręcznych kontrolerów. Tym autem przejechał on 13 okrążeń na torze w Lausitz, które to dzieliły go od mety podczas feralnych zawodów. Przy tej okazji rozwinął prędkość z jaką z reguły nie poruszają się osoby pozbawione nóg, a było to 310 km/h.
            Kilka następnych lat upłynęło pod znakiem startów w wyścigowej serii WTCC. Można by zadawać sobie pytanie czy po takich perypetiach, które niemal skończyły się na tamtym świecie, można wrócić do ścigania na światowym poziomie. Może taki powrót ma za zadanie jedynie podbudować psychicznie poszkodowanego? A może jest to jakaś forma litości i głaskanie biednego po główce? Otóż nic bardziej mylnego. W ciągu paru sezonów Alex, jeżdżąc dla zespołu BMW, nie tylko regularnie zdobywał punkty, ale udało mu się odnieść parę zwycięstw.  Wszystko to pokazuje do jakich niezwykłych wyczynów jest w stanie doprowadzić człowieka ambicja i determinacja.
            W sporcie wyznacznikiem sukcesu jest z reguły ilość zwycięstw i zdobytych przez danego zawodnika tytułów  mistrzowskich. Dzieje się tak gdy mowa jest o wyścigach samochodowych, lekkiej atletyce, piłce nożnej, narciarstwie czy badmintonie. Jest to w sumie logiczne i rozsądne rozumowanie. Za mistrzów i najlepszych w swoich dziedzinach uznamy Michaela Schumachera, który siedem razy zdobywał mistrzostwo Formuły 1, Sebastiana Loeba, który aż dziewięć razy zdążył udowodnić, że jest najlepszym na świecie rajdowcem, drużynę Real Madryt, która aż 30 razy w historii sięgnęła po tytuł piłkarskiego mistrza Hiszpanii, albo Michaela Johnsona, kilkukrotnego złotego medalistę mistrzostw świata oraz igrzysk olimpijskich w biegach na 200 oraz 400 metrów.  Mógłbym jeszcze podać przykład kolarza Lance Armstronga, ale chyba zgodzicie się, że w związku z aferami dopingowymi chyba nie byłby to zbyt dobry pomysł. W każdym razie takich sportowców jest wielu.
            Oczywiście podpisuje się pod opiniami, że sportowcy z wieloma sukcesami osiągnęli coś niebywałego i zasłużyli na to aby ich nazwiska zapisać w sportowych kronikach. Uważam jednak, że wielkość zwycięstwa nie zawsze wyznaczana jest przez ilość medali, prestiż nagród czy popularność. Wielkimi zwycięzcami można nazwać nie tylko tych, którzy z każdych zawodów przywożą medale. Na podziw i uznanie zasługują wszyscy ci, którzy może nie zajmują pierwszych miejsc w tabelach ze statystykami, a ich zdjęcia rzadko lub wcale nie goszczą  na pierwszych stronach gazet, ale których ambicja i poświęcenie są nie mniejsze, a czasem nawet większe niż tych ze światowej czołówki. By osiągnąć założony cel nieraz muszą zmierzyć się z własnymi niedomaganiami, kalectwem lub, nim stanęli na sportowej arenie, musieli pokonać wpierw własną chorobę. Chociażby paraolimpijczycy. Często przygotowują się oni do zawodów tak intensywnie jak ich pełnosprawni koledzy. Ich nazwiska nie są powszechnie znane, ale to, że nie mają ręki lub nogi, lub sposób ich postrzegania świata jest nieco ograniczony, nie umniejsza rangi tego co robią. Mają oni prawo być nazywani sportowcami i zwycięzcami w takim samym stopniu jak osoby, które codziennie widzimy w Przeglądzie Sportowym. To co robią absolutnie nie jest czymś o mniejszym znaczeniu.

                         Londyn 2012.  Zanardi zdobywa dwa złote medale w kolarstwie

Albo postać Jana Meli. Chłopak w wieku kilkunastu lat stracił rękę i nogę. Jak się okazało, posiadanie tylko 50% kończyn nie jest przeszkodą w tym, aby zdobyć obydwa bieguny. Tego dokonania raczej nie zaliczy się do kategorii sportu, a  podróży i wyczynów. Dotarcie na bieguny jednak z pewnością można uznać zwycięstwem. Inne to co prawda zwycięstwo niż złoty medal w maratonie albo puchar świata w piłce nożnej. Czy jednak mniejszej rangi? Na pewno nie, a moim zdaniem nawet większe.
            Alex Zanardi po powrocie do sportu samochodowego nie zdobył już mistrzowskiego tytułu, a zwycięstwa nie były  tak liczne jak w latach 90-tych. Biorąc jednak pod uwagę jego stan w jakim był po słynnej kraksie, brak obydwu nóg, i jego heroiczny powrót  znad własnego grobu, uważam, że mimo „tylko” dwóch tytułów mistrzowskich w karierze kierowcy wyścigowego (nie licząc złotego medalu paraolimpijskiego z Londynu) jest to jeden z najlepszych kierowców w historii sportu samochodowego. Alessandro Zanardi. Bohater? Niewątpliwie. Człowiek sukcesu? Bezapelacyjnie! Inspiracja dla innych ludzi? Jak najbardziej!! Nie tylko dla tych, którzy nie mają obydwu nóg.


                                                          
                                                                                                                      9.05.2013