Odkrywcy lodowych krain


Wielu ludzi cieszy się faktem, że zimę mamy już za sobą. Są jednak tacy, którzy z własnej woli wybierają się w najmroźniejsze rejony świata. 


         Antarktyda – najzimniejszy kontynent na Kuli Ziemskiej zajmujący powierzchnię 14 milionów kilometrów kwadratowych. Ten lodowy świat położony na południowym krańcu naszej planety zajmuje większą powierzchnię niż terytorium Europy. To jedyny kontynent na ziemi gdzie na stałe nie mieszka ani jeden człowiek oraz nie powstało ani jedno państwo. Jedynymi przebywającymi tam dłuższy czas osobami są naukowcy i badacze pracujący w jednej z 37 znajdujących się na tym niegościnnym terenie stacji naukowych – wśród nich także i w  Polskiej Stacji Badawczej im. Arctowskiego. To ludzie, którym nie straszne są temperatury grubo poniżej zera. Szata roślinna oraz fauna nie należą do bujnych i różnorodnych gatunkowo. Kwiaty rosnące na Waszym balkonie to amazońska puszcza w porównaniu z roślinnością Antarktydy. Wszelakie naturalne życie spotkać można jedynie na obrzeżach lądu, wyspach oraz w lodowatych, morskich przestrzeniach. Pod powierzchnią tego zamarzniętego świata kryje się jednak wielkie bogactwo surowców mineralnych. Odkryto tam duże pokłady węgla kamiennego, rud żelaza, złota, miedzi, ołowiu oraz srebra. Wielu jest takich, którzy chcieliby stać się ich posiadaczami ale ci, którzy chcieliby je pozyskać muszą, przynajmniej w najbliższej przyszłości, schować swoje plany głęboko do szuflad biurek. Dzisiaj jest to niemożliwe ze względu na podpisany w roku 1959 Traktat Antarktyczny m.in. zabraniający pozyskiwania surowców naturalnych.

            Antarktyda jest kontynentem, podobnie jak Australia, ze wszystkich stron otoczonym wodami oceanicznymi. Opływają ją Morze Rossa, Morze Weddella, Morze Bellingshausena oraz  Morze Amundsena. Wybrzeże jest oddalone o 1000 kilometrów od Ameryki Południowej, ponad 3000 kilometrów od Australii oraz niemal 4000 kilometrów od wybrzeży południowej Afryki. Powierzchnia pokrywy lodowej to aż 13,3 miliona kilometrów kwadratowych – 90% światowych zasobów lodowych. Średnia miąższość to 2700 kilometrów. Wystarczająco dużo aby całkowicie zakryć najwyższy szczyt Polski – Rysy. Maksymalna zanotowana grubość pokrywy lodowej wynosi natomiast 4776 metrów. Średnia prędkość spływu, który ma kierunek od środka lądu w stronę oceanów to 200 metrów na rok. Choć rozmiar powyższych liczb robi wrażenie swoim ogromem, to trzeba zaznaczyć, że ponad 30 milionów lat temu granica lądolodu mogła znajdować się nawet 200 kilometrów dalej na północ niż ma to miejsce dzisiaj. Trudno uwierzyć, że w mezozoiku panował tu ciepły klimat umożliwiający życie dinozaurom. Dziś dominują tam jedynie zwierzęta morskie i pingwiny. Gady, płazy czy nawet ssaki lądowe nie występują tam w ogóle. Najwyższym szczytem na Antarktydzie jest osiągający wysokość 4892 m n.p.m. Mt Vinson znajdującym się w łańcuchu górskim – Góry Ellswortha.

                       Poza pingwinami niewiele jest tu stworzeń czujących się jak u siebie.


            Na całej Antarktydzie występuje klimat polarny, który jest jednak nieco łagodniejszy w okolicach morskich wybrzeży. Najniższe temperatury panują we wnętrzu kontynentu. Rekordowe wartości mogą dochodzić nawet do -90 stopni Celsjusza. Przyznam, że nie potrafię sobie nawet wyobrazić tak niskiej temperatury. Średnia roczna temperatura dla całego kontynentu wynosi  -30 stopni Celsjusza. Bez należytego przygotowania wystarczy krótka chwila na takiej temperaturze, aby nabawić się nieprzyjemnych i poważnych odmrożeń. Opady z kolei wynoszą nie więcej niż kilkaset milimetrów rocznie. Nic zatem dziwnego w fakcie, że, choć nie spotkamy tam karawan ani kaktusów, obszar ten jest uznawany za jedną z największych pustyń współczesnego świata.

            Mimo niegościnności tego zlodowaconego regionu świata, w historii ludzkości nie brakowało śmiałków, którzy postanowili zbadać to terytorium, niejednokrotnie narażając tym swoją reputację, majątek czy nawet zdrowie i życie. Na początku warto przytoczyć fakt, że już w II wieku naszej ery, za sprawą Ptolemeusza, pojawiła się koncepcja mówiąca o tym, że na południowym krańcu Ziemi musi znajdować się ląd stanowiący przeciwwagę dla lądów znajdujących się na północy. Ląd ten nazwano Terra Australis Incognito czyli Nieznany Południowy Ląd, a teoria o jego istnieniu przetrwała wiele wieków. W latach 1773 – 74 Ferdynand Magellan płynąc na dalekich południowych wodach przekroczył południowe koło podbiegunowe. Wprawdzie nie dotarł do Antarktydy, ale doszedł do znaczącego i jak się okazało trafnego wniosku. Potencjalny południowy kontynent musi znajdować się w zimnej strefie polarnej.

            W pierwszej fazie antarktycznych odkryć podróżnicy nie dotarli do samego kontynentu, a jedynie do otaczających go wysp. Już w 1599 roku holenderski żeglarz i odkrywca Dirc Gerritsz dotarł do Szetlandów Południowych. W 1739 Jean-Baptiste Charles Bouvet de Lozier dopłynął do Wysp Księcia Edwarda. W latach 17721775 wyprawa Jamesa Cooka dotarła najdalej na południe, a w wyprawie uczestniczył naukowiec polskiego pochodzenia, Johann Reinhold Forster. Ze względu na zamarznięte morze, na jakiś czas wypraw w jeszcze dalsze regiony zaniechano. Rok 1820. Ekspedycja kierowana przez Edwarda Bransfelda dotarła do Półwyspu Antarktycznego. Choć ze względu na trudności nawigacyjne nie było wiadomo czy odkryty ląd to wyspa czy kontynent. Bransfeld wraz  z załogą byli jednak prawdopodobnie pierwszymi ludźmi, którzy postawili stopę na Antarktydzie. Ostatecznego potwierdzenia istnienia Antarktydy dostarczyła wyprawa pod kierownictwem G.S. Naresa, która odbywała się w latach 1872 – 1876. Wydarzenie to zapoczątkowało okres licznych podróży na Antarktydę na przełomie XIX i XX wieku. Jedną najsłynniejszych była wyprawa statku Belgia pod dowództwem de Gerlache'a. W podróży brali udział dwaj Polacy, Henryk Arctowski i Antoni Dobrowolski. To właśnie na cześć tego pierwszego nazwano polską stację badawczą na Antarktydzie. Owa wyprawa wymagała niezwykłych poświęceń. Arktyczni śmiałkowie byli pozbawieni takich możliwości jakie daje współczesna technika. Największym problemem była jednak konieczność przymusowego zimowania gdy statek Belgica został uwięziony w lodowym objęciu zamarzającego morza zwiastującego rychłe nadejście nocy polarnej. Oznaczało to kilkumiesięczną ciemność, zimno i brak jakiejkolwiek możliwości kontaktu z cywilizowaną częścią świata.

            Dla wielu badaczy dotarcie do brzegów Antarktydy nie było szczytem ambicji. Choć niektórym mogło wydać się to szalone, znaleźli się tacy, którzy otwarcie zaczęli rozważać możliwość dotarcia do południowego bieguna naszej planety. Pod koniec XIX wieku uznano, że tego niewiarygodnego wyczynu można dokonać jedynie międzynarodowymi siłami.  Dla ówczesnych, była to niemal tak znacząca wyprawa jaką był lot na Księżyc dla ludzi, którzy śledzili przygotowania do startu rakiety Saturn V w latach 60 – tych XX wieku. W pierwszej dekadzie XX wieku przeprowadzono kilka wypraw w celu zbadania klimatu, glacjologii, paleontologii oraz wykonania pomiarów dotyczących magnetyzmu ziemskiego. Wyprawy te były jednocześnie przygotowaniami do pierwszego w historii ludzkości zdobycia Bieguna Południowego. Pierwszo próbę zdobycie podjął już roku 1902 Robert Scott. Była to jednak próba nieudana. Następna wyprawa podjęta w roku 1908 przez E. Shackletona zdobyła magnetyczny biegun południowy. W latach 1911 – 1912 przeprowadzono kolejne dwie wyprawy. Jedną z nich dowodził Robert Scott, drugą Norweg Roald Amundsen, który miał już wtedy na koncie zdobycie Bieguna Północnego. Pierwszy do bieguna dotarł Norweg, a był to dzień 14.12.1911 roku. Scott dotarł do celu 18 stycznia roku następnego. 

                          R. Scott wraz z towarzyszami przed wyruszeniem na biegun.

Niestety wyprawa Scotta nie skończyła się dobrze. Ten oficer brytyjskiej marynarki wojennej niewątpliwie był człowiekiem ambitnym i bohaterskim, ale jego wyprawa była źle zorganizowana co miało fatalne skutki. Brytyjczyk postanowił w swojej wyprawie wykorzystać kuce islandzkie, które okazały się mniej odporne na silny mróz aniżeli psy pociągowe z jakich korzystał Amundsen.  Ponadto wziął ze sobą sanie motorowe, które jednak nie były sprawdzone w warunkach polarnych. Prócz tego przed nadchodzącą zimą przygotował tylko jeden magazyn z żywnością. Zaraz na początku wyprawy Scott zmuszony był porzucić sanie motorowe, ponieważ ich silniki nie wytrzymały temperatury, przy której zima z jaką mamy do czynienia w Polsce wydawać się może niemal wakacyjną pogodą. Samochód, który nie chce odpalić po mroźnej nocy, wydaje się przy tej sytuacji nic nie znaczącą błahostką.                  

 Z tego powodu polarnicy zmuszeni byli ciągnąć swój sprzęt i zapasy polegając jedynie na własnych siłach. Po dotarciu do bieguna odnaleźli oni norweską flagę,  drobne zapasy żywności oraz list napisany przez Amundsena. Scottowi i jego towarzyszom nie udało się jednak pokonać drogi powrotnej. Niesprzyjająca pogoda, kurczące się zapasy żywności  i niedostateczne przygotowanie zakończyły tę tragiczną, aczkolwiek niezwykle śmiałą ekspedycję. Robert Scott po dziś dzień jest uznawany nie tylko przez Brytyjczyków, ale także ludzi z innych krajów i kontynentów za prawdziwego bohatera. Wyprawa Scotta została znakomicie opisana przez jednego z uczestników wyprawy – Aspleya Cherry – Garrarda – w książce „The works Journey In the World.” (Polski tytuł: „Na krańcu świata”.)

            Po tych dwóch niezwykłych podróżnikach pojawili się także inni, którzy postanowili dokonać tego nieprzeciętnego wyczynu. Jednym z nich była Marek Kamiński. 26 grudnia 1995 roku po 53 dniach wędrówki na dystansie około 1400 kilometrów dotarł on do Bieguna Południowego stając się pierwszym w historii człowiekiem, który zdobył obydwa bieguny   w tym samym roku. Wagę dokonania podkreśla fakt, że Kamiński wędrował samotnie.
            Od samego początku antarktycznych wypraw jednym z głównych celów było prowadzenie badań naukowych. Ekspedycje prócz dotarcia do miejsc, w których nie było jeszcze żadnego człowieka, przyniosły jeszcze inną korzyść. Poszerzyły one wiedzę z zakresu meteorologii, oceanografii, kartografii, glacjologii, biologii czy geologii tego najzimniejszego kontynentu. Na przestrzeni tych wszystkich lat naznaczonych trudem i poświęceniem, badania Antarktydy przyniosły wiele dobrego. Poszerzyły one horyzonty oraz zasób ludzkiej wiedzy. Wiedzy, która nie została zatrzymana w gronie naukowców i badaczy, ale została spopularyzowana wśród zwyczajnych ludzi. Podróżnicy i badacze, którzy mimo ryzyka odważyli się postawić nogę w tej lodowej krainie stali się inspiracją pokazując, że warto dążyć do tego co nieprzeciętne, nie tylko w dziedzinie odległych podróży i zdobywania biegunów.

                    Wielki podróżnik, wyczynowiec i nasz rodak - Marek Kamiński

            Warto też wspomnieć o Polakach, którzy mieli niemały wkład w rozwój wiedzy  o Antarktydzie. Arctowski i Dobrowolski, będąc zmuszonymi do zimowania na Antarktydzie, wykorzystali ten czas przeprowadzając szereg badań. Eksponaty i zbiory dały zupełnie nowy obraz tego ówcześnie niemal zupełnie nieznanego kontynentu.  Arctowski jako pierwszy sformułował teorię o tym, że łańcuch Andów przedłuża się przez wyspy Sandwich Południowy, Szetlandy Południowe i Ziemię Grachama na Antarktydę. Dobrowolski z kolei po powrocie do kraju zajął się popularyzowaniem nauki w polskim społeczeństwie. Materiały stamtąd przywiezione były dla Polaków tym, czym byłyby dla nas eksponaty dostarczone z Marsa. Dobrowolski też polskie wyprawy polarne w latach 30-tych XX wieku.  W latach powojennych Polacy w niewielkich grupach uczestniczyli w wyprawach polarnych innych krajów. Wreszcie w roku 1977 uruchomiona została wspomniana już wcześniej Polska Stacja Antarktyczna im. Henryka Arctowskiego położona na Wyspie Króla Jerzego. Dziś naukowcy prowadzą tam badania z takich dziedzin jak oceanografia, meteorologia, geologia, sejsmologia, ekologia i inne.

            Odkrywanie i badania Antarktydy okupione były wielkim poświęceniem, trudem i wyrzeczeniami śmiałych i odważnych ludzi. Ludzie ci są podziwiania do dziś, choć niektórzy doznali uszczerbku na zdrowiu lub stracili życie. Bez tego poświęcenia wiedza o tym mroźnym i niedostępnym kontynencie byłaby jednak znacznie uboższa.

Mateusz Fabiszak

Sportowe ideały - wyścigi dawniej i dziś


Lubię oglądać Formułę 1. Od jakiegoś czasu mam jednak wątpliwości czy aby na pewno wygrywa tam najlepszy. A oto dlaczego.         

Ludzkości już od wielu wieków towarzyszy sport i rywalizacja. Podziwiano tych, którzy wykazywali się nieprzeciętną sprawnością i zdobywali zwycięstwo za zwycięstwem. Wystarczy cofnąć się w czasie do czasów starożytnej Grecji, gdzie sport uważano za idealny sposób kształtowania charakteru, żeby przekonać się jakim wzięciem cieszyły się wtedy rozgrywane w czasie ówczesnych igrzysk biegi, zapasy, rzuty oszczepem czy dyskiem. Nie brakowało chętnych, którzy chcieli zasiąść na trybunach ówczesnych odpowiedników brazylijskiej Maracany. Choć zawodnicy zamiast pucharów i milionowych przelewów na konto otrzymywali wieniec laurowy i szacunek w społeczeństwie, zafascynowanie różnymi formami rywalizacji nie zmalało aż do dnia dzisiejszego. Świadczy o tym popularność internetowych serwisów sportowych i wysokiej oglądalności transmisji z udziałem polskich skoczków narciarskich, biegów Justyny Kowalczyk albo meczów piłkarzy ręcznych. 
            Przez te wszystkie wieki sport się rozwijał, przybywały nowe dyscypliny, a inne ulegały zapomnieniu. Biorąc zaś pod uwagę zwyczajną chęć i potrzebę rywalizacji jaka nas, ludzi, charakteryzuje, nie dziwi fakt, że wraz z rozwojem motoryzacji pojawiły się sporty samochodowe. Pierwsze samochody wyścigowe dziwnie charczały, uruchamiane były za pomocą obracanej korby, były kłopotliwe w utrzymaniu, a osiągami zwykle nie byłyby w stanie dorównać dzisiejszym zwyczajnym drogowym autom. Kilkadziesiąt lat temu były jednak  takim szczytem techniki za jakie dziś uważane są najszybsze z maszyn startujących w wyścigu Le Mans. Trzeba również przyznać, że wyścigom i rajdom dawnych lat nie towarzyszyło takie skomercjalizowanie i pogoń za zyskiem jakie obserwujemy dzisiaj. Miały one bardziej charakter dżentelmeńskiej rywalizacji i atmosferą bliżej było im do antycznej Grecji niż choćby do współczesnego Grand Prix F1, podczas którego wielkie pieniądze widoczne są na każdym kroku. Spotykano się nie tylko po to  ażeby wyłonić najlepszego kierowcę, ale była to także świetna okazja do spotkania ludzi o takich samych pasjach i zainteresowaniach. Loga sponsorów pojawiały się sporadycznie, a kierowcy przygotowanie auta i opłacenie startu często finansowali z własnej kieszeni.
Koniecznie muszę dodać, że w pierwszej połowie XX wieku swój wkład w rozwój motosportu miały nie tylko takie kraje jak Włochy, Francja czy Wielka Brytania, ale także, o czy wie pewnie niewielu, Polska. Wymienię tylko niektóre ze znaczących wydarzeń, bo o tym wszystkim można by napisać osobny artykuł. W roku 1927 zorganizowano Wyścig Tatrzański, którego meta znajdowała się nad Morskim Okiem. Zwyciężył nasz rodak Jan Ripper na nie byle jakim samochodzie, a było to wyścigowe Bugatti. W następnym roku wyścig stał się imprezą międzynarodową. Słynny był także wyścig Lwowski, znany w całej Europie, a stopniem trudności porównywany do wyścigu ulicami Monako. W 1929 roku polskie auto kierowane przez hrabiego Stanisława Ostroga – Gorzeńskiego startowało w rajdzie Monte Carlo. W 1939  Aleksander Mazurek wygrał Rajd Afryki Północnej, a w sierpniu tego roku rajd Liege – Rzym – Liege. Niestety polska prasa już nie zdążyła o tym donieść… Bez odpowiedzi pozostaje też pytanie jak potoczyłby się dalej rozwój polskiego sportu samochodowego gdyby nie wybuch II wojny światowej, a następnie wprowadzenie ustroju komunistycznego. Kto wie, może doczekalibyśmy się torów na miarę Nurburgringu lub włoskiej Monzy?


                Dawniej wyścigi były bardziej dżentelmeńską rywalizacją .
                              Na zdjęciu Jan Ripper i jego Bugatti.

            Od tego czasu technika zrobiła wiele kroków na przód, wyścigowe auta rozwijają znacznie większe prędkości, a motoryzacyjne imprezy generują trudne do wyobrażenia dochody. Trzeba też uczciwie przyznać, że wraz z tym postępem do sportu samochodowego, jak i do większości dyscyplin, wkradła się chciwość i walka o wpływy.  Cała ta komercjalizacja nieraz zmusza mnie do zadania pytania czy we współczesnym sporcie zawsze wygrywa najlepszy zawodnik. Czy mistrzem zostaje ktoś, kogo umiejętności stoją na najwyższym poziomie, czy może ten, którego menedżer wynegocjował najkorzystniejsze warunki i ma najbogatszych sponsorów?
            Wystarczy przyjrzeć się Formule 1. W nowym sezonie wprowadzono szereg przepisów. Są one na tyle zawiłe, że nawet osobom, na co dzień śledzącym torowe zmagania trudno się w tym wszystkim połapać. A oto kilka przykładów.  Zastosowane zostaną nowe silniki V6 o pojemności 1,6 litra, których obroty muszą zostać ograniczone do 15 500 rpm. System Kers zmieni nazwę na ERS-K, dozwolone zostanie stosowanie elektronicznej kontroli tylnych hamulców, zmianie ulegną wymiary nosów wyścigówek, poprawką ulegnie minimalna dopuszczalna waga auta, skrzynia biegów musi wystarczyć na sześć wyścigów, jeden dostawca będzie mógł dostarczać silniki dla jedynie czterech zespołów i tak dalej i tym podobne. Przyznam, że choć interesuje się wyścigami, nie chce mi się zagłębiać we wszystkie te zawiłości dotyczące przepisów. Po co one wszystkie zostały wprowadzone? Dla poprawy bezpieczeństwa, co oczywiście bardzo się chwali. Żeby promować wizerunek sportu samochodowego i motoryzacji przyjaznej środowisku – to na pewno. Myślę też, że jednym z celów było też uczynienie torowej rywalizacji bardziej ciekawą i wyrównaną. Czy jednak w Formule 1 można mówić o całkiem wyrównanej rywalizacji? Wydaje mi się, że od kilkunastu przynajmniej lat, raczej nie. Mówić, że w Formule 1 każdy ma takie same szanse i wszystko zależy od zdolności kierowcy to trochę tak jakby ktoś powiedział, że podczas skoków narciarskich w zmieniających się warunkach każdy zawodnik ma szansę na świetny rezultat. Jest to niemożliwe, chyba że ktoś nazywa się Małysz i ma na imię Adam.
            Przypomnijmy sobie zresztą kilka sytuacji z minionych lat. Formuła 1 to, przynajmniej teoretycznie, sport indywidualny. Mimo tego zdarza się, że w czasie wyścigu mają miejsca polecenia zespołowe, znane także jako team orders. Zdania na temat uczciwości tego procederu są podzielone niczym dawne Niemcy na NRD i RFN.
W 1978 szwedzki kierowca Ronnie Peterson dostał polecenie nie wyprzedzania zespołowego kolegi Mario Andrettiego. Dzięki temu Andretti wygrał mistrzostwo świata, choć teoretycznie Peterson także miał szansęna pierwsze miejsce. Rok 1998.  Miejsce – tor Melbourne w Australii. David Coulthard przepuszcza na prostej startowej Mikę Hakkinena, który w tym samym roku zdobywa swoje pierwsze Mistrzostwo.  Co więcej, zdawać się powinno, że kierowcy z jednego zespołu powinni dysponować (również teoretycznie), takimi samymi samochodami. Wnikliwy obserwator zauważy jednak, że tak się nie dzieje. Dlaczego na przykład Mark Weber jeździł wyraźnie wolniej niż Sebastian Vettel. Dlatego, że był mniej utalentowany? A może za ciężki? Nie sądzę. Albo przypomnijmy sobie rywalizację między Robertem Kubicą, a Nickiem Heidfeldem. Robert był od Niemca zdecydowanie lepszy. Niezrozumiałe zatem wydaje się to, że strategia opracowywana dla Polaka niejednokrotnie okazywała się mniej skuteczna niż dla Heidfelda. Długo można oczywiście rozprawiać na temat słuszności odgórnego ustalania, który kierowca ma być faworytem. Może nie mam racji, ale według mnie jest to coś sprzecznego z duchem sportu, który już od początku istnienia  mówi o tym, że wygrywać powinien najlepszy. Niestety coraz mniej ludzi go słucha.

                     Faworyzowanie wybranych, walka o wpływy i pieniądze -
                                  w sporcie to niestety coraz częstsze

Nie jest to jedyny problem. Nie podoba mi się fakt, że aby dostać się do Formuły 1 nie jest warunkiem koniecznym bycie kierowcą o wyróżniających się umiejętnościach. Niejednokrotnie brak talentu spokojnie może wynagrodzić spora liczba pieniędzy na koncie, bogaci sponsorzy oraz wpływowi przyjaciele. Ponoć za rozwojem kariery Witalija Pietrowa, również zespołowego partnera Kubicy, stał sam Władimir Putin. Zaczynam zatem poddawać wątpliwości także ten fakt, czy Formuła 1 aby na pewno gromadzi w swojej stawce najlepszych na świecie kierowców.
Na tym tle widać przewagę tzw. wyścigów jednej marki. Zaliczyć możemy do nich Porsche Supercup, Lamborghini Blancpain Supertrofeo, Radical Cup czy znany w Polsce puchar Kii Picanto. Każdy zawodnik dysponuje tam pod względem technicznym absolutnie takim samym samochodem. Mistrzostwa te nie generują też aż tak wielkich dochodów, dlatego nie ma w nich rzucającej się w oczy walki o wpływy i pieniądze. Tam bardziej liczy się sportowa rywalizacja, a żeby wygrać, trzeba być po prostu świetnym kierowcą.
Mimo tego wszystkiego lubię oglądać wyścigi Formuły 1. Poza tym nie oszukujmy się – jeśli kierowca jest do niczego to nawet autem dwa razy lepszym od wszystkich Ferrari i Red Bulli razem wziętych, osiągnie tyle co polskie drużyny piłkarskie na międzynarodowych zawodach. Chciałbym tylko, żeby w najbardziej prestiżowych wyścigach samochodowych liczyła się przede wszystkim uczciwa i czysto sportowa rywalizacja. Żeby rzeczywiście wygrywał ten kierowca, który najbardziej na to zasłużył. Obawiam się, że aby czegoś takiego doświadczyć, musiałbym skorzystać z wehikułu czasu i cofnąć się do którejś z pierwszych dekad sportu samochodowego.


                                                                                                          8. 02. 2014

Piękną wiosnę mamy tej zimy

Zmiany klimatu to ostatnio modny temat. Ile w tym prawdy, a ile sprytnego biznesu - problem przybliża Mateusz Fabiszak.



            „Piękną wiosnę mamy tej zimy” - ta sentencja przychodzi mi do głowy kiedy myślę o aurze jaka panuje za oknami naszych domów w ostatnim czasie. Choć zdanie to może wydawać się cytatem  wyjętym ze scenariusza nowego przedstawienia w teatrze absurdu, jest ono całkiem realne o czym przekonuje się kiedy w styczniowe południe po biegowym treningu siadam na skąpanej w słońcu parkowej ławce, słucham śpiewania ptaków, które normalnie kojarzę z kwietniem i majem, a temperatura powietrza to jakieś  10 stopni powyżej zera. Automatycznie człowiekowi nasuwa się pojęcie „globalne ocieplenie”, które ostatnimi czasy jest w kręgach polityków, ekologów, naukowców oraz biznesmenów tak modne jak granie w golfa wśród brytyjskich elit. Różne postacie z wielkim dramatyzmem, godnym hollywoodzkich filmów katastroficznych, przemawiają w telewizyjnych programach i na łamach gazet, że ekosystem Ziemi jest poważnie zagrożony, a z powodu „podgrzewania atmosfery” czekają nas groźne następstwa. Z drugiej strony coraz więcej jest takich, którzy otwarcie mówią, że całe to ocieplenie jest tak naprawdę globalną pomyłką. Przyznam, że trudno się w tym wszystkim połapać. Właśnie dlatego sam postanowiłem zabrać głos w tej sprawie do czego uprawnia mnie bycie (co prawda niezbyt zdolnym) studentem geografii i posiadanie w tej dziedzinie dumnie brzmiącego naukowego tytułu „licencjata”.


       Politycy, ekolodzy, biznesmeni - dla nich ocieplenie klimatu to bardzo modny temat


            Trzeba sformułować bardzo ważne, naukowe pytanie. Jakie mamy dziś argumenty przemawiające za globalnym ociepleniem?  Nie da się ukryć tego, że trochę ich jest, a ja , aby zbytnio nie przynudzać, skupię się na tych najpopularniejszych.  Przenieśmy się do pewnego rejonu świata gdzie spacerował Marek Kamiński, Eskimosi oglądają zorzę polarną, a gdzieś pośród śnieżnych połaci niedźwiedź wcina świeżo upolowaną fokę.  Naukowcy już od kilkudziesięciu lat obserwują, że pokrywa lodowa w Arktyce i na Antarktydzie stopniowo się kurczy. Dlatego, według tego co mówią uczeni, jeśli ktoś chciałby pójść w ślady słynnych polarników, nie powinien zbytnio się z tym ociągać.  Sprawy podobnie się mają w wysokich górach położonych w różnych częściach świata. Obserwacje lodowców wykazują, że także one pomału się zmniejszają, a w niektórych miejscach pokrywa lodowa i śnieżna niemal całkowicie zanika. Chociażby na takim Kilimandżaro. Jest to niemal sam środek Afryki, a mimo to można podjąć tam próbę ulepienia bałwana. Tylko, że nie wiadomo jak długo sytuacja taka potrwa. W porównaniu z ilością śniegu i lodu jaka znajdowała się tam w roku 1912, dzisiejsza śnieżna czapa to tylko 15% tej sprzed ponad 100 lat.  Topnienie śniegów i lodów jest jedną z przyczyn podnoszenia się ogólnoświatowego poziomu morza. Można się sprzeczać czy ten poziom stoi w miejscu czy się unosi, ale wiele na ten temat mogą powiedzieć mieszkańcy pewnej wioski na jednej z pacyficznych wysp. Nie dalej jak tydzień temu słyszałem opowieść o tym jak musieli zwijać swoje manatki i przeprowadzić się w głąb wyspy. Przesiedlenie to nie wynikało z działań wojennych czy zmian granic, ale było skutkiem tego, że ich dotychczasowe miejsce zamieszkania zaczęła zalewać woda. Teoria globalnego ocieplenia wydaje się zatem być całkiem nieźle uzasadniona.

            A może cały ten słynny „global warming” jest po prostu jednym wielkim oszustwem?  Rok 2007. Niektóre z komputerowych prognoz przygotowywanych prawdopodobnie przez ubranych we flanelowe koszule i niewidzących świata poza swoim laboratorium i poza swoimi naukowymi badaniami uczonych, jakich znamy z amerykańskich filmów dokumentalnych, zakładają, że do roku 2013 pokrywa lodowa na Biegunie Północnym może całkowicie zniknąć. Naukowcy się nie popisali, bo pokrywa lodowa nie tylko nie zniknęła, ale powiększyła się w stosunku do roku 2012 o 29%. Wystarczy też spojrzeć na wykresy pokazujące średnią temperaturę na przestrzeni kilkuset czy kilku tysięcy lat, aby zobaczyć, że w przeszłości także były okresy cieplejsze jak i chłodniejsze. Zresztą Ziemia w swojej historii przebywała już takie momenty, w których było znacznie cieplej niż dzisiaj, a upały na jakie wielu narzeka latem były, choćby dla goniącego swoją kolację tyranozaura, czymś normalnym. Czytałem ostatnio, że pracownicy Komitetu Nauk Geologicznych, który jest częścią Polskiej Akademii Nauk, stwierdzili, że nie ma ani jednego stuprocentowego dowodu potwierdzającego globalne ocieplenie. Według KGN zmienność jest jedną z podstawowych cech klimatu, a na wzrost temperatury wpływać może wiele czynników, nie tylko słynne CO2, które niektórzy chętnie posądziliby o niemal całe zło na świecie.

            A może jest tak, że globalne ocieplenie to termin specjalnie rozdmuchiwany przez pewne grupy ludzi, którzy dzięki temu zarabiają niemałe pieniądze? Termin, który wykorzystywany jest do manipulowania społeczeństwem w celu osiągnięcia własnych korzyści. Nie oszukujmy się. Politycy zarabiają niemałe sumki dzięki wymyślaniu i koordynacji rozmaitych programów mających zwalczać ocieplenie, a koncerny energetyczne robią wielki biznes na wdrażaniu nowych, niby ekologicznych, technologii. 


                Dla niektórych globalne ocieplenie to świetny sposób na wzrost dochodów


Jak można jeździć takim paliwożernym samochodem? To nieetycznie! Przez to, że samochód pali więcej niż 7 litrów na 100 kilometrów, nie stosuje się energooszczędnych żarówek, nie kupuje ekożywności i w ogóle nie sprawdza się tego czy nabywane produkty wytworzone są z ekologicznych materiałów - topnieją lodowce, w Afryce panuje susza, szerzą się choroby, giną niczemu nie winne zwierzątka i pojawiają się ekstremalne zjawiska pogodowe. Trzeba to zmienić. Aby tego dokonać trzeba koniecznie kupić nasze najnowsze, sprawdzone, przebadane, atestowane i bardziej przyjazne środowisku niż nawet Puszcza Kampinoska produkty!! Ktoś pali w piecu węglem kamiennym, albo co gorsza wędzi lub kupuje wędzone wędliny !? To straszne, przecież do atmosfery dostaje się wtedy tyle substancji smolistych! W takim razie nic w takiej Polsce mają czyste środowisko!  Oj, się Unia Europejska dowie!
No dobrze, jeśli jednak wprowadzimy dyrektywy zakazujące palenia węglem, wędzenia mięsa i inne tego typu, upadnie przemysł węglowy i branża mięsna, a wielu ludzi zwyczajnie będzie pozbawionych źródła utrzymania.
- Co z tego. Jeśli tak się stanie i uzależnimy od naszych wytycznych polską gospodarkę, to my będziemy mogli dyktować warunki i wprowadzać własne przedsiębiorstwa do tego położonego nad Wisłą kraju,    – zdają się myśleć ci, którzy odpowiedzialni są za wdrażanie kolejnych durnych przepisów.

                    Palisz w piecu węglem !? Oj, się europejscy komisarze dowiedzą!!

            W świetle tych argumentów „za” i „przeciw” należy zastanowić się czy mamy do czynienia z globalnym ociepleniem, czy może raczej z globalną fiksacją. Moja opinia jest taka. Patrząc na to co dzieje się na świecie, a dokładniej co dzieje się z aurą, dochodzę do wniosku, że rzeczywiście mamy do czynienia ze zmianami klimatu. Myślę też, że na dzień dzisiejszy nie da się stwierdzić na ile jest to efekt działalności człowieka, a na ile działanie naturalnych czynników.  Za to na pewno da się stwierdzić, że pewna grupa cwaniaków doszła do wniosku, że na całym tym ociepleniu mogą zrobić niezły biznes. Dlatego w tym wszystkim należy zachować chłodną głowę i nie ulegać zbytnio dramatycznym deklamacją w których słowo „ocieplenie” wymieniane jest przez wszystkie przypadki. Jak zatem dbać o środowisko? Ostatnio czytałem książka Shauna Ellisa, znanego badacza wilków, który pewien czas spędził jako członek stada z prawdziwą, żyjącą w lasach Ameryki Północnej, watahą. Choć te zwierzęta kojarzą się z grozą, niebezpieczeństwem i możliwością zostania pożartym, autor pokazuje, że to krzywdzący stereotyp. Wilki zabijają tylko tyle zwierzyny ile same potrzebują do przetrwania. Nie zabijają dla przyjemności czy dla jakiegoś dzikiego, nieokiełznanego instynktu. Nie ma u nich niepohamowanej chęci polowania na jak największą liczbę innych gatunków i to najlepiej w jak największych ilościach.
 Ludzie mogliby się tutaj wiele nauczyć. Korzystajmy z dóbr i zasobów jakie daje nam przyroda. Bierzmy z niej jednak tylko to, czego potrzebujemy i tyle ile potrzebujemy. Wszystkich problemów klimatycznych i dotyczących ekosystemu od razu to nie rozwiąże, ale na pewno będzie dużym krokiem naprzód.



                                                                                                                      15. 01. 2014



Autopsychologia


   Mam naukową hipotezę. Styl jazdy odzwierciedla osobowość. Oto dowody.
         

             Psychologiczne badania dowodzą, że charakter człowieka można odczytać na podstawie wielu rzeczy. O tym jacy jesteśmy dużo może powiedzieć choćby charakter pisma. Innymi kwestiami, które mogą o nas zaświadczyć są wystrój i porządek jaki wprowadzamy we własnym pokoju, a nawet to czy ikony na pulpicie komputera są ściśnięte w jednym kącie czy raczej równomiernie rozmieszczone na ekranie. Poza tym bystry obserwator może wyczytać z mowy ciała jaki jest stosunek danego człowieka do otoczenia czy osób z którymi rozmawia. Sam nieraz dla frajdy rozwiązywałem psychotesty określające osobowość i muszę przyznać, że prócz tego iż były dobrą zabawą, ich wyniki często były bliskie prawdy. Fakty te zastanowiły mnie i sprawiły, że  sformułowałem hipotezę mówiącą o tym, że charakter człowieka z większym lub mniejszym przybliżeniem można wyczytać także na podstawie stylu prowadzenia samochodu.

                                           Czy styl jazdy może określać osobowość?

            Mam pewnego kolegę. To porządny, ambitny i łatwo nawiązujący kontakt z drugim człowiekiem gość.  Jednocześnie jest też osobą wybuchową, która dość ekspresyjnie reaguje na niekorzystne dla siebie fakty i informacje. Miałem parę razy okazji, aby siedzieć w jego samochodzie na fotelu pasażera w momencie kiedy on prowadził. Jego manewry i zachowania na drodze niejednokrotnie bywają równie nagłe co zmiany jego nastroju w codziennym życiu. Zdarzały się sytuacje w których, na skutek dość niespodziewanego i mocnego wciśnięcia pedału gazu lub hamulca, moja głowa raptownie odchylała się w tył lub zginała w przód. Nierzadko towarzyszy temu spontaniczna zmiana pasa ruchu. Brak cierpliwości, która jest jedną z jego cech jest też dla mnie, jako pasażera, łatwo wyczuwalna obserwując jego reakcje, które objawiają się podczas jazdy miejskimi ulicami.

            Dla przeciwwagi podam też przykład mojego kolegi Michała. Michał mieszka niedaleko Piły, a studiuje w Poznaniu. Jest to ktoś, kto raczej nie ma szans na pobicie Rekordu Guinessa jeśli chodzi o długość czasu przemówienia. To naprawdę spokojny człowiek, a zobaczyć go wściekłego jest mniej więcej tak samo prawdopodobne jak odnalezienie dowodów na istnienie pozaziemskich cywilizacji (choć może gdzieś w kosmosie żyją zielone ludziki). W jego przypadku także miałem kilka okazji aby przyjrzeć się jak jeździ.  Byłem pod wrażeniem. Żadnych szarpnięć podczas zmiany biegów, zero nieprzemyślanych ruchów czy gwałtownych skrętów, a i tempo spokojne choć nie ślamazarne. Wypowiem teraz coś co chyba sugeruje, że nie jestem stuprocentowym Polakiem. Otóż myślę, iż jest całkiem prawdopodobne, że Michał jest lepszym kierowcą ode mnie. Pamiętam jak kiedyś na pustym placu pomiędzy rozstawionymi pachołkami urządziliśmy sobie małe próby sprawnościowe. Muszę przyznać, że poszło mu lepiej niż mnie. Niech zwycięstwo to podkreśli fakt, że próby wykonywaliśmy moim samochodem.

            Są też i inne argumenty potwierdzające moją teorię.  Szwecja, Norwegia, Finlandia – oto kraje, które kojarzą nam się z mroźnymi zimami, bardzo długimi letnimi wieczorami, piękną przyrodą, Marit Bjoergen i Jane Ahonenem. Mieszkańcy tych krajów to  zadowoleni, otwarci na innych, nigdy się nie denerwujący oraz nigdzie nie śpieszący się ludzie. Cechy te idą w parze z tym, że obywatele  krajów Europy Północnej uważani są jednych z najlepszych na świecie kierowców. Przypadek? Według mnie kolejny dowód pokazujący, że styl jazdy wynika z charakteru i usposobienia człowieka. Znam osobę, która jakieś półtora roku temu spędzała wakacje w Norwegii. Kuba, tak ma na imię owa osoba, był pod wrażeniem tego, że o godzinie 22 spokojnie mógł czytać książkę przy dziennym świetle oraz gościnności tubylców. Opowiadał mi także, że Norweg jadąc pustą, gładką i prostą drogą na której ograniczenie wynosi 70 kilometrów na godzinę, dokładnie tyle będzie jechał! Gdyby taki Norweg trafił do Polski byłby pewnie zaskoczony, że z powodu jazdy zgodnej z przepisami zostałby uznany za zawalidrogę, obtrąbiony i co chwila ktoś próbowałby popędzać go mruganiem światłami i tak zwaną jazdą na tylnym zderzaku. Chociaż, jak na Skandynawa przystało, chyba nie wyprowadziłoby go to z równowagi. Nic zatem dziwnego, że dzięki chłodnej psychice tamtejszych kierowców, w krajach Północy, statystyki wypadków są najniższe w Europie. To wzór, do którego w Polsce powinniśmy starać się dążyć nie zrzucając winy za dużą ilość wypadków na stan dróg.

               Mieszkańcy północnej Europy mają piękne trasy oraz wysoką kulturę jazdy.

            Przenieśmy się teraz na południowy koniec Europy. W krajach z których wywodzi się Mitologia czy spaghetti, temperament ludzi jest bardzo żywiołowy. Coś na wzór kolegi o którym pisałem na samym początku. Wydaje się zatem, że styl jazdy Włochów, Hiszpanów czy Greków będzie tak ekspresyjny jak ich osobowość. I właśnie tak jest. Oczywiście można powiedzieć wiele dobrego o tych krajach i ich mieszkańcach. Mają ciekawą kulturę, produkują znakomite wina i urządzają huczne fiesty.  Jednak aby znaleźć tam dobrego kierowcę potrzebny byłby czas wyrażony w latach świetlnych . Po czym okazałoby się, że to i tak ktoś pochodzący spoza krajów Południa. Polscy turyści wybierający się do któregoś z tych krajów często wracają zachwyceni wyluzowanym stylem życia tamtejszego społeczeństwa. Wyluzowane jest jednak także ich podejście do przepisów ruchu drogowego. We Włoszech przykładowo, autostrady to tak naprawdę jeden wielki tor wyścigowy. Przejazd zaś przez duże miasto oznacza nieustanne podjeżdżanie, zajeżdżanie, wciskanie, trąbienie i    gestykulowanie. Dla nich to chleb powszedni do którego na przestrzeni lat zdążyli się przyzwyczaić. Dla mnie byłyby to nerwy, a przede wszystkim obawa o stłuczkę czy zarysowanie auta o co w takich warunkach dla kogoś nie pochodzącego z tamtych rejonów byłoby nietrudno. 

                   Jazda przez włoskie miasta to ryzyko zachorowania na wściekliznę.


            Zdarza się, że ludzie którzy czują się niedowartościowani próbują swoją niską samoocenę zrekompensować nadmierną chęcią zaimponowania innym. Być może taką nieświadomą chęcią imponowania jest pokazanie  jakimi to świetnymi kierowcami jesteśmy. A to często objawia się szybkim ruszaniem na zielonym, jazdą z dużą prędkością czy niepohamowana chęć bycia pierwszym na światłach przy następnym skrzyżowaniu. Obserwując innych dochodzę do wniosku, że chyba coś w tym jest.

            Jak określiłbym siebie na tle mojej teorii? Cóż powiedzieć, jeżdżę swoim tempem nie przejmując się tym, że widzę w lusterku wstecznym wkurzoną minę gościa, który mruga na mnie światłami. Tak samo jak nie denerwuje mnie to, że czasami muszę zwolnić bo ktoś przede mną bardzo delikatnie wdusza pedał gazu. Nigdy nie trąbię na kogoś kto przez 0,000001 sekundy zagapił się na zielonym świetle, zazwyczaj przepuszczam pieszych i staram się by moja jazda była przyjemna oraz oszczędna dla samochodu. Zarówno jeśli chodzi o prowadzenie auta jak i osobowość, zdecydowanie bliżej mi do obywateli krajów Północy. Pokaż mi jak jeździsz, a powiem Ci jakim jesteś człowiekiem – może nie brzmi to zbyt poważnie i naukowo. Myślę jednak, że jest w tym sporo prawdy.

                                                                                                                        30.12.2013
           

Technika wczoraj i dziś


Mawia się, że każdy kij ma dwa końce. Jeden całkiem ciekawy i ładny, a drugi, jakby to powiedzieć... Drugi jest mniej ciekawy.  O tym właśnie będzie ten felieton.

        Od XIX wieku kiedy wynaleziono maszynę parową rozwój techniki przyspieszył niczym koń, który wystraszył się wybuchu małej petardy rzuconej mu pod nogi przez niegrzecznego dzieciaka. Świat uczynił spore postępy od lat gdy przez rozległe prerie i pomiędzy pustynnymi skałami Dzikiego Zachodu kursowały buchające parą lokomotywy, wielką popularnością cieszyły się telegrafy obsługiwane przez dżentelmenów wystukujących alfabetem Morse’a wiadomość, w domach pojawiła się energia elektryczna, a w amerykańskich zakładach rozpoczynano produkcję Forda T. Dzisiaj pociągi rozwijają prędkość 200, a nawet więcej kilometrów na godzinę (ale nie w moim kraju), telefony prócz tego, że są telefonami pełnią funkcję nawigacji GPS, łączą się z internetem i robią nie najgorsze zdjęcia, prąd można pozyskiwać dzięki energii słonecznej lub stałym wiatrom, a wśród samochodów pojawiają się takie, które zaparkują i wyhamują bez trzymania rąk na kierownicy czy nogi na hamulcu. Tylko, że póki co często osiągają wartość niewielkiego mieszkania w centrum dużego miasta.

            Wszyscy się chyba zgodzimy, że rozwój przyniósł społeczeństwom wielu krajów dużo dobrego. W dawniejszych wiekach często wystarczyło zachorować na ostrzejszą odmianę grypy aby mieć znakomity pretekst do odbycia ostatniej spowiedzi i rozpoczęcia pisania testamentu. Dziś grypa oznacza z reguły tydzień, góra dwa tygodnie spędzone w domu pośród stosu leków i osmarkanych chusteczek do nosa. Mało tego, możliwe jest dzisiaj spokojne życie ze sztucznym sercem czy nerką.  Może takie  serce nie pozwoli na przebiegnięcie mety maratonu,  ale z pewnością może oddalić o bardzo długi dystans metę ziemskiego życia. Co więcej, myślę że jest kwestią kilkudziesięciu lat kiedy powstaną protezy rąk i nóg, które będą miały możliwość poruszania się i zginania. Proteza pozbawionego nóg biegacza Oscara Pistoriusa będzie uznawana za przedmiot pochodzący z odległej prehistorii.

Mamy sezon zimowy i sporo osób myśli o wybraniu się na śnieżne stoki w celu oddania się narciarskiemu szaleństwu. Niejednokrotnie są to wyprawy za granicę. Póki co ludzie nie wynaleźli jeszcze maszyny do teleportacji więc taka droga oznacza wielokilometrową podróż. W dawnych czasach wiązałoby się to z przynajmniej kilkoma dniami, które trzeba byłoby poświęcić na dotarcie do krainy alpejskich szczytów. Czekała by nas długa podróż konno, dyliżansem lub pociągiem.  Oznaczało by to, że połowę czasu naszego cennego urlopu spędzilibyśmy w jakimś niespiesznie poruszającym się środku lokomocji. W XXI wieku kwestia ta wygląda zupełnie inaczej. Na początku trzeba włączyć komputer. Ewentualnie wcześniej należy zgonić młodsze rodzeństwo (lub dzieci jeśli Czytelniku jesteś rodzicem), które upiera się, że koniecznie teraz musi dokończyć jakiś ważny etap gry komputerowej. Gdy się to uda, to po kilku minutach możemy rozpocząć przeglądanie ofert noclegowych, zarezerwowanie terminu i zamówienie drogą internetową biletów na samolot, tudzież inne środki komunikacji.  Można też obejrzeć zdjęcia oraz widok z lotu ptaka wypatrzonego przez nas miejsca gdzie będziemy chcieli wypocząć. Jeśli zdecydujemy się na podróż samochodem od razu można wyznaczyć najbardziej opłacalną trasę przejazdu.  Podróż zajęłaby jeden dzień. Ewentualnie dwa gdybyśmy jadąc samochodem chcieli uniknąć kilkunastu godzin za kółkiem.

         Rozwój techniki przyniósł ludziom wiele pozytywnych zmian

            Nie jestem jednak kimś, kto zachłysnął się możliwościami najnowszych technologii,  wychwalającym je jakbym był dziennikarzem, którego praca polega na takim pisaniu artykułów, aby w jak najkorzystniejszym świetle przedstawiać działania swoich zleceniodawców. Doceniam rolę technologii, ale mam do tego zdrowy dystans. Niech świadczy o tym chociażby fakt, że kiedy niedawno zadzwonili do mnie do domu z propozycją oferty z szybszym internetem to przyznam, że nie za bardzo zależało mi na nowych możliwościach jakie próbował zareklamować telemarketer. Tak samo jak nie odczuwam potrzeby posiadania telefonu z dotykowym ekranem w którego funkcjach pogubiłbym się pewnie jak w labiryncie Minotaura, ani też zmiany mojego nieco już wiekowego komputera na jakiś najnowszy model z procesorem Intel Super Turbo Szybki Jak Jasny Gwint.

Otóż z rozwojem technologii wiążą się pewne zagrożenia. Pierwsze z nich to uzależnienie społeczeństw od techniki. Zjawisko to dotyczy wielu krajów na świecie, szczególnie tych zaliczanych do kultury Zachodu. Wystarczy pozbawić około 80% nastolatków albo osób znajdujących się w przedziale wiekowym 20 – 30 lat dostępu do internetu  albo możliwości korzystania z telefonu komórkowego, aby całe dnie przesiedziały w swoim pokoju patrząc nieobecnym wzrokiem w jeden punkt na przeciwległej ścianie i wywołać u nich poczucie utraty istotnego elementu ich człowieczeństwa. Ale jest to tylko coś co zwraca uwagę na większy problem. Załóżmy bowiem, że padły by systemy energetyczne i komputerowe.  Fabryki musiałyby zatrzymać produkcje, a miasta pogrążyłyby się w ciemności i chaosie. Coś takiego wystarczyłoby, aby ludzie żyjący w społecznościach w których wiele aspektów zależy od funkcjonowanie rozmaitych sieci, połączeń, technik i elektroniki, stali się jak bezbronne niemowlaki. Człowiek, jeśli zanadto zaufa nauce i technice wkracza na cienki lód i zwyczajnie może wpakować się w niemałe kłopoty.

            Coraz więcej ludzi dostrzega, że dzięki technologiom rządy państw, organizacje i firmy mają niespotykaną wcześniej możliwość szpiegowania. Komunikujemy się poprzez internet, korzystamy z kart bankowych, płacimy za produkty nie wychodząc z własnego domu.  To wszystko jest dużym udogodnieniem. Z drugiej strony na tej podstawie można łatwo sprawdzić co kupiliśmy, czym się interesujemy albo z kim spędzamy czas. Brzmi to trochę jak wprowadzenie do kolejnej części przygód byłego agenta CIA Jasona Bourne’a, ale wcale nie jest to fikcją. Raczej nic nie da się z tym zrobić, przynajmniej natychmiast. Pozostaje wcielić w życie znaną, ale chyba przez niewielu stosowaną zasadę, aby uważać na to co piszemy i publikujemy. Bo wyobraźmy sobie kogoś kto odnosi sukcesy, zarządza korporacjami, startuje na prezydenta lub jest często widywany na ekranach telewizorów i w czasopismach. Co w sytuacji gdy pewnego dnia do ich domu zapukają panowie w garniturach, białych koszulach i ciemnych okularach zapytawszy: „Przepraszam, a co pani/pan robił ładnych parę lat temu ze swoimi znajomymi na studiach?”

                                          Jeśli człowiek zbytnio zawierzy technologii, 
                                może gdzieś zagubić samego siebie i ściągnąć kłopoty


            Innym problemem może być stopniowy zanik umiejętności komunikowania się z ludźmi. Nieraz obserwuję ile czasu ludzie są w stanie spędzić przed ekranem komputera, a coraz częściej laptopa śledząc i komentując wydarzenia z życia ich znajomych, prowadzą różne dyskusje czy coś czytając. Moja siostra jechała niedawno pociągiem do Wrocławia. Niemal każdy spędził tę podróż z nosem w ekranie. Jeśli jest w tym zachowany umiar – wszystko w porządku. Gdy jednak zajmuje to zbyt wiele czasu może dojść do sytuacji w której ktoś będący w sieci człowiekiem aktywnym, udzielającym się wszędzie jak prymus na Harvardzie, prowadzącym rozmowę z co najmniej setką osób na raz, w rzeczywistości, gdy przyjdzie mu rozmawiać z kimś twarzą w twarz, będzie czuł się zagubiony, stosował mało rozbudowane wypowiedzi i panicznie bał się kontaktu wzrokowego ze swoim rozmówcą.

            Rozwój i nowoczesna technika to w sumie dobra rzecz. Jest to szansa na rozmaite pozytywne zmiany. W tym wszystkim ważne jest jednak to, aby ludzie nie zapomnieli o znaczeniu słowa umiar, oraz o tym, aby nawet do tego co najlepsze i najnowsze mieć odpowiedni dystans.
           
P.S:  Propo najnowszych technik. Przedwczoraj przysłali mi jakiś nowy router. Dzięki niemu internet miał chodzić szybciej. Z ciekawości odłączyłem poprzedni modem i podłączyłem nową czarną skrzynkę z nazwą Znanej Firmy Telekomunikacyjnej, aby to  sprawdzić. Skrzynka się nie włączyła. Postanowiłem wszystko połączyć na stary sposób. No i nic nie działa.


                                                                                                                     
18.12.2013