Białe szaleństwo


 Zima to znakomity czas na podnoszenie swoich umiejętności jazdy. Nawet jeśli inni uznają nas za wariatów

            Muszę przyznać, że podobała mi się tegoroczna zima. Śniegu nie brakowało, a i solidny mróz dawał o sobie znać.  Dość gruba warstwa białego puchu sprawiła, że wieczory w mieście stały się cichsze niż zazwyczaj, jeździło mniej samochodów, a większość ludzi pochowała się w ciepłych domach.  W takich właśnie momentach bardzo lubię przechadzać się ulicami miasta. Jest wtedy tak spokojnie i trochę nastrojowo.  Przyjemnie było na przykład późnym i mroźnym wieczorem, który sprawiał, że człowiek czuł się mieszkańcem Norwegii lub Szwecji, a nie Polski, wyjść z domu i przy akompaniamencie skrzypiącego pod nogami śniegu wybrać się do klubu bilardowego, aby rozegrać z kolegą kilka partyjek i wypić drinka. Wydaje mi się, że ludzie, którzy dają przestraszyć się takiej pogodzie, tracą rozmaite przyjemne chwile.
Nie zapomnę też sytuacji, w których widziałem przemarzniętych, spieszących ku ciepłym pomieszczeniom ludzi, w czasie gdy ja szedłem wyprostowany i z podniesioną głową nie bojąc się chłodu, a to dzięki kurtce od North Face’a, ocieplanym spodniom, zimowym butom, polarowym rękawiczkom, a także pewnemu zahartowaniu jakie dał mi sport.
            Mojego entuzjazmu z pewnością nie zrozumie wielu kierowców, którym przyszło się mierzyć z zimowymi warunkami. Przyznam, że samemu chciałem uniknąć jazdy po zaśnieżonych drogach ze względu na bezpieczeństwo i chęć chronienia mojego samochodu przed całym tym syfem jaki leżał na ulicach. Plan był taki, że czasy, kiedy wszędzie leży śnieg, samochód będzie sobie odpoczywał. Sprawy potoczyły się jednak w ten sposób, że ze swoich obaw i strachu zostałem  wyciągnięty, kiedy ostatnio samemu musiałem się zmierzyć ze śnieżną jazdą. W ten sposób z kogoś kto obawiał się jazdy zimą stałem się kimś, komu jazda w takich warunkach po zasypanych ulicach poza miastem, sprawia wielką frajdę. Moja pewność siebie jako kierowcy wzrosła.  Żałowałem nawet trochę, że w pewnym momencie musiałem zjechać z takich dróg i wjechać na odśnieżoną, komfortową trasę szybkiego ruchu. Widać, to jednak prawda, że często najlepszą metodą zwalczenia strachu jest spotkanie się z nim.

Zapewniam Was, że jazda nieodśnieżonymi drogami to prawdziwa frajda.

            Dlatego dobrze rozumiem kierowców, dla których zima była okazją do znakomitej zabawy za kierownicą. Parę dni temu widziałem w internecie filmik, na którym właściciele niekoniecznie sportowych samochodów, jeździli kontrolowanym poślizgiem na terenie parkingu przy jakimś poznańskim supermarkecie. Szczerze mówiąc nic szczególnego. Samochód kręcący bączki, jeżdżący wokół latarni i robiący  „ósemki”. Wszystko jest w porządku i nie widać aby owe osoby przyczyniały się do powstania jakiegoś zagrożenia, nie licząc przydzwonienia autem w latarnię.  Mimo to nie zabrakło takich osób, które zdecydowanie skrytykowały owych amatorów niecodziennej jazdy. Na pewnej stronie internetowej ich zachowanie zostało napiętnowane, uznane za nieodpowiedzialne, głupie i niebezpieczne. Tylko, że nie za bardzo wiem co jest niebezpiecznego w ćwiczeniu wychodzenia z poślizgu i zbieraniu doświadczenia za kierownicą gdy odbywa się to na parkingu pustym, a na pewno w sporej odległości od innych zaparkowanych aut lub maszerujących zakupowiczów. Ktoś powiedzieć może, że jest to przecież miejsce publiczne i takie zachowanie jest wykroczeniem. Teoretycznie tak, jednak moim zdaniem przepisy są po to, aby służyły człowiekowi, a nie aby człowiek służył przepisom.
Od czego są zatem szkoły bezpiecznej jazdy i dni otwarte na torze  wyścigowym?  To prawda, że takie zajęcia z instruktorem dużo dają. Nie każdego jednak na to stać, poza tym nie we wszystkich miejscowościach takie zajęcia się  odbywają.
            Zgodziłbym się z krytykantami jeśli takie zabawy komuś by zagrażały.    Popieram na przykład zwalczanie procederu ulicznych, nielegalnych wyścigów. Nawet jeżeli owi „kierowcy wyścigowi” posiadają wysoki poziom umiejętności, to mogą swoim zachowaniem sprowokować kogoś mniej doświadczonego do wykonania niezbyt przemyślanego manewru, który sprawi, ze auto przeżyje bliskie spotkanie z przydrożnym znakiem. W tym przypadku jednak, który przed momentem opisywałem, uważam  ich argumenty za tak celne jak strzał z łuku do tarczy wykonywany przez gościa, który właśnie wypił kilka piw.
Bardzo łatwo jest oceniać i formułować wnioski na podstawie strzępków informacji, które do nas docierają. W Polsce, ale i chyba w wielu miejscach na świecie, jest to dość powszechne. Gdy w gazecie ukaże się zdjęcie znanego aktora z niewyraźną miną i kieliszkiem w ręku, bardzo szybko ktoś przypisze mu opinię ochlapusa. Mało kto pomyśli, że może wino było niedobre. Gdy w internecie  przeczyta się wyrwaną z kontekstu wypowiedź znanego polityka, łatwo udowodnić mu jakieś nieczyste intencje. Komu przyjdzie do głowy, że to po prostu przejęzyczenie? Gdy ktoś zobaczy filmik, na którym jakiś młody człowiek kręci bączki na pustym parkingu, uzna go za pirata drogowego i kogoś kto dziesięć razy oglądał każdą część „Szybkich i Wściekłych”. Widocznie to kosztuje zbyt wiele wysiłku, aby uznać, że to osoba, która celowo wybrała puste miejsce, aby w bezpiecznych warunkach podnosić swoje umiejętności. Oj, nieładnie Polacy!! Pora skończyć z patrzeniem na innych z niechęcią, z tym nieustannym krytykowaniem i wypatrywaniem komu by tu jeszcze słownie dołożyć.

                            Warto szukać miejsc gdzie można podnieść swoje umiejętności 

            Tymczasem nawet Sobiesław Zasada, były kierowca rajdowy zachęca w swej książce „Szerokiej Drogi”, aby szukać pustych miejsc i ćwiczyć swoje umiejętności. Drodzy amatorzy nieprzeciętnej jazdy. Zachęcam Was do tego samego. Myślę, że nie robicie niczego złego. Dam Wam jednak parę rad. Upewnijcie się, że w miejscu jakie sobie wybraliście, na pewno dla nikogo nie stanowicie zagrożenia.  Następnie rozejrzyjcie się czy w okolicy nie kręcą się żadni policjanci, którzy niekoniecznie muszą podzielać naszą pasję. Dalej, jeśli nakręcicie filmik, albo zrobicie zdjęcia Waszych wyczynów, to nie publikujcie ich w internecie, aby uniknąć niepotrzebnych kłopotów. Na koniec jeszcze raz się upewnijcie, czy będzie bezpiecznie. Przyjemnej jazdy!!
A ja, kiedy przyjdzie kolejna zima, zmieniam opony na zimowe i samemu ruszam na spotkanie z białym puchem.


                                                                                                                      28.1.2013

Odejść od codzienności

Każdy człowiek potrzebuje czasu w którym odstawia na bok pracę i obowiązki, a zajmuje się tylko i wyłącznie wypoczynkiem i tak zwanym ładowaniem akumulatorów. Czasem potrzebny jest jeden dzień w tygodniu, innym razem dwutygodniowy urlop.



            Od bardzo dawna  powszechnie znany jest jeden fakt. Wiedzą o tym ludzie z różnych krajów, w różnym wieku czy o różnych zarobkach. Wiedzą o tym dzisiejsze społeczeństwa, wiedziały o tym również narody, które kilka tysięcy lat temu żyły w rejonie, który dziś określany jest Bliskim Wschodem. Tym faktem jest to, że człowiek dla własnego dobra, zdrowia i higieny psychicznej potrzebuje dnia wolnego.
Czytając początek Pisma Świętego mamy taki fragment, gdzie po sześciu dniach pracy, Bóg ustanawia siódmy dzień wolnym. Nie dzieje się tak bez powodu, bo Pan Bóg nie miał co robić i tak po prostu sobie wymyślił. Można być chrześcijaninem, wyznawcą innej religii albo niewierzącym, ale jest w tym zawarta mądrość mówiąca o tym, że każdy potrzebuje takiego czasu, w którym zostawia to czym na co dzień się zajmuje, odchodzi od tego. Czas w którym powinno się odłożyć  na bok pracę i obowiązki, nawet jeśli ta praca wiąże się z naszym hobby i jest przyjemnością. W naszej kulturze takim dniem jest najczęściej  niedziela, w kulturze arabskiej będzie to piątek, a w żydowskiej sobota. Równie dobrze może być to jednak czas urlopu, wolne od studiów i szkoły i tym podobne okoliczności. Niezależnie czy będzie to jeden lub dwa dni, czy dwa tygodnie urlopu spędzonego na wczasach warto ten okres wykorzystać tak jak należy. Inaczej mówiąc, trzeba go celebrować. Co mam na myśli?
Przykładów może być mnóstwo. Zacznijmy od zwykłego spaceru. Niejedna osoba w ciągu tygodnia miałaby ochotę wybrać się do ładnego parku lub do lasu za miastem zwyczajnie po to aby spędzić trochę czasu w zielonym otoczeniu. Tymczasem  osiem godzin trzeba spędzić w pracy, potem przyjść do domu i przygotować obiad. Może zatem znajdzie się wolne popołudnie? Haha, człowieku!! A czy rachunki zapłacą się same, a potrzebne zakupy przyjdą  na własnych nogach? Właśnie dlatego warto w tygodniu znaleźć taki dzień w którym te sprawy zejdą na dalszy plan.

           Każdy potrzebuje co jakiś czas odejść od swoich codziennych zajęć.


Ktoś inny może od dłuższego czasu próbuje znaleźć czas na całodniową wyprawę rowerową. Rower stoi gotowy, plan trasy jest już opracowany, brakuje tylko jednego – czasu. Potrzeba spłacenia kredytu powoduje bowiem, że nawet popołudniami trzeba siedzieć w klimatyzowanym biurze, przez co ciężko znaleźć choćby dwie godziny na przejażdżkę Może czas na to, aby znaleźć dzień i w końcu dokonać tego na co ciągle nie ma czasu?       
Prawdopodobnie nieraz myślicie o kimś ze znajomych kogo bardzo lubicie, a nie widzieliście tej osoby już od dłuższego czasu? Trzeba byłoby gdzieś wyjść razem, spotkać się i porozmawiać, ale ciągle nie ma na to czasu. Rozumiem, że czasami faktycznie tak jest i znalezienie momentu na spotkanie, który odpowiadałby wszystkim osobom przypomina  szukanie w dowolnym urzędzie niewielkiego pokoiku do którego trzeba dostarczyć jakiś napisany skomplikowanym językiem świstek. Nie zmienia to jednak tego, że dzień wolny można potraktować jako świetną okazję na znalezienie wieczoru na rozmowę z tymi, o których często nierzadko myślimy, a mało ich widzimy.
Podobnie może być z rodziną. Czasami bywa tak, że w tygodniu nie da rady spędzać ze sobą tyle czasu ile by się chciało. To praca, to szkoła i studia,  to jakieś sprawy do załatwienia. Dobry to zatem pomysł, aby w wolny dzień  poświęcić parę godzin, żeby posiedzieć z rodziną, wspólnie się czymś zająć, choćby zwyczajną grą w planszówke.
Sposobów na celebrowanie wolnych dni jest wiele. To może być także czytanie książki, żeglowanie, gra w piłkę z kolegami, jazda na nartach, robienie artystycznych zdjęć. Byleby odłożyć na bok sprawy całego tygodnia.
            Co takim celebrowaniem na pewno nie jest? Z pewnością spędzanie całego wolnego czasu przed telewizorem czy komputerem. Co to za marnotrawstwo kiedy cały dzień spędza się przed telewizorem oglądając teleturnieje, albo przed komputerem grając po kilka godzin w gry bądź przeglądając strony internetowe!! Oczywiście to nic złego jeśli ktoś chce obejrzeć interesujący film lub program, albo poczytać o ciekawej tematyce. Sam wieczorami lubię włączyć internet żeby obejrzeć jakiś program motoryzacyjny albo popatrzeć na śmieszne filmiki w których ktoś idąc potyka się i wpada do basenu. Ostatnio na przykład oglądałem jak kelnerce w restauracji wysunęła się z ręki taca z jedzeniem i bukiet różnokolorowych warzyw pofrunął na siedzących nieopodal gości. Wracając do tematu, ważne jest po prostu to, aby umieć zachować  umiar. 

Korzystania z wolnego czasu można uczyć się od dzieci

            Niedobre jest także marnowanie czasu wolnego na prace i obowiązki, które ze spokojem i bez szkody dla nikogo można by wykonać w jakiś inny dzień Tak samo marnowaniem wolnego jest spędzanie czasu w supermarketach i centrach handlowych. Rozumiem, że trzeba tam od czasu do czasu zajrzeć żeby zrobić zakupy. Za głupotę uważam jednak chodzenie przez co najmniej pół dnia, szczególnie jeśli jest to NIEDZIELA, po galerii handlowej, bezcelowe snucie się po holach i korytarzach  z całą rodziną i wodzenie błędnym wzrokiem po sklepowych wystawach Jest to nie tylko działanie przeciw samemu sobie, ale i przeciw innym.  Kasjerka sklepowa może chciałaby spędzić czas z mężem i dziećmi, przejść się z nimi na plac zabaw żeby popatrzeć na Jasia bawiącego się w piaskownicy i bujającego się na huśtawkach, ale nie może, bo ileś osób doszło do wniosku, że właśnie niedziela jest najlepszym dniem na zrobienie zakupów. Sklepowi ekspedienci nie mogą należycie wykorzystać tego świątecznego dnia, bo akurat dziś jakiś gość musi kupić nowy telewizor plazmowy, żeby zapewnić sobie jak najlepszy odbiór nowej, cyfrowej jakości telewizji. Pewien pan, który na co dzień opowiada klientom o produktach wystawionych na półkach chciałby zabrać wieczorem żonę do teatru, ale gdzie tam… Spędzanie czasu i kupowanie w galeriach w niedziele to nie tylko marnowanie własnego czasu, ale i w pewien sposób krzywdzenie pracowników, którzy też chcieliby mieć wolne.
            Ostatnio w niedziele wybrałem się na spacer po Cytadeli, będącej jednym z największych parków w mieście, a w czasach II Wojny Światowej niemieckim fortem. Spacerowało tam nie za wielu ludzi, za to wszędzie było wiele śniegu. Cisza, spokój, przyjemny mrozik i skrzypiący pod nogami śnieg. Był to dzień, w którym odbywała się słynna Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, ale, ku mojej uciesze, nie spotkałem żadnej zbierającej pieniądze grupy nastolatków, która próbowałaby urządzić na mnie obławę. W pewnym momencie zobaczyłem kilkanaścioro dzieci i ich rodziców. Dzieci zjeżdżały z górki, a i dorośli nie odmawiali sobie tej frajdy. I wiecie co? Doszedłem do wniosku, że właśnie te dzieci umieją dobrze korzystać ze świątecznego dnia.. Są zadowolone, spędzają czas na wolnym powietrzu wraz z kolegami, rodzicami i po prostu cieszą się chwilą. O to właśnie chodzi w celebrowaniu wolnego czasu !

                                                                                                                             14.1.2012

Byli sobie powstańcy



 W grudniu 1918 roku po długim okresie zaborów na ulice Poznania wyszli powstańcy. Co roku wspominamy te wydarzenia. Dobrze byłoby gdyby nie kończyło się tylko na wspominaniu.

            Wszystko zaczęło się od przyjazdu do Poznania słynnego zarówno w kraju jak i na świecie pianisty – Ignacego Jana Paderewskiego.  26 grudnia 2012 przebywał on w hotelu Bazar skąd tego samego dnia wieczorem wygłosił przemówienie, które poruszyło tłumnie przybyłych Poznaniaków mających po dziurki w nosie niemieckiej okupacji i wszelkich prób germanizacji. Błyskotliwa przemowa wywołała wielką patriotyczną manifestację. Niemcy stwierdzili, że nie mogą  na tę sytuację nie reagować. Już następnego dnia zorganizowali wojskową defiladę. Parę godzin później rozpoczęły się pierwsze walki pomiędzy powstańcami a zaborcami, które z centrum szybko rozprzestrzeniły się na cały Poznań oraz na rejon dzisiejszej Wielkopolski.  W walkach, które ostatecznie zakończyły się sukcesem dla strony polskiej, zginęło wielu walczących. Nie będę jednak tutaj przeprowadzał analizy historycznej na miarę Bogusława Wołoszańskiego. Chcę się chwilę zastanowić nad tym czy w mieście w którym wybuchło powstanie, ludzie potrafią docenić i wykorzystać poświęcenie walczących.
            Podczas ostatnich obchodów kolejnej rocznicy tych wydarzeń miałem trochę czasu, aby przejść się ulicami stolicy Wielkopolski. W czasie tego spaceru mogłem zobaczyć zabytkowy czołg przy którym można sobie było zrobić zdjęcie, widziałem też wielu entuzjastów historii, którzy poprzebierani byli w stroje polskich żołnierzy z 1918 roku. Z kolei w miejscu w którym zginął pierwszy z powstańców położono kwiaty w celu upamiętnienia jego postaci. Miała też miejsce inscenizacja walk dobrych Polaków ze złymi Prusakami, a przed południem odbywały się uroczystości przypominające te chlubne wydarzenia. Cieszy zatem, że wielu ludzi pamięta o bohaterstwie tych osób, które walczyły o wolność i dobrobyt.

                      Powstańcy walczyli nie tylko dla siebie, ale i dla przyszłych pokoleń

            Myślę, że wyłączając pewne środowiska, które wszędzie dopatrują się rozmaitych spisków, raczej nikt nie ma wątpliwości, że żyjemy w wolnym kraju. Co z dobrobytem? Skupmy się na Poznaniu. W ostatnich latach zmodernizowano lotnisko, wybudowano wielki stadion mogący pomieścić 40 000 osób, poczyniono sporo inwestycji budowlanych, a niedawno miasto było jednym z gospodarzy piłkarskich mistrzostw Europy. Poznań promuje się także jako miejscowość, która wspiera sport i aktywność fizyczną. Wygląda więc na to, że jest to takie miejsce, które prężnie się rozwija i świetnie prosperuje, coraz bliżej mu do zachodnioeuropejskich standardów, ma świetnie rozwiniętą komunikację i mieszkają tu sami energiczni, przedsiębiorczy, kreatywni ludzie. Chcesz być kimś, mieć odpowiednią pozycję społeczną? Koniecznie tu zamieszkaj!! Poznań to świetnie miejsce!! Problem w tym, że dzisiaj mało kogo stać na kupienie sobie mieszkania za jakieś 300 000 albo i 400 000 złotych.
Wielu młodych ludzi szuka w mieście mieszkań. Szkoda, że mało kto myśli o tym jak skutecznie pomóc takim osobom. Zamiast tego jest coraz więcej lokali komunalnych, które albo stoją puste, albo mieszkają tam ludzie dla których takie pojęcia jak porządek, rzetelna praca, uczciwość czy kultura osobista nie istnieją.  Jeśli szukanie mieszkania dopiero przed Wami, a myślicie o tym aby mieszkać w Poznaniu, to mam nadzieję że ta sytuacja zdąży się jeszcze poprawić.
            Co z tego, że zmodernizowano lotnisko i buduje się nowy dworzec kolejowy i autobusowy kiedy  stan miejskich dróg owszem, najgorszy nie jest, ale i tak nietrudno znaleźć takie, po których ktoś, kto dba o zawieszenie jeździ slalomem, zaś popołudniami od poniedziałku do piątku łatwo wpaść w pochłaniający paliwo i nerwy korek? Można zatem zrezygnować z samochodu. Tylko że ceny biletów komunikacji miejskiej rosną.
Gdy ktoś postanowi pozwiedzać miasto to z pewnością spostrzeże, że obecnie jest tu sporo placów budowy i nowych inwestycji. To oczywiście bardzo dobrze. Czy jednak trzeba być geniuszem budowlano – urbanistycznym aby zorientować się, że lepiej byłoby remonty i budowy rozłożyć w czasie aby nie wprowadzać niepotrzebnego chaosu? Albo, żeby stwierdzić, że bydynek powinien komponować się z otoczeniem? Być może, ale w takim razie takich geniuszy tutaj brakuje.
Zbudowano wielką sportową świątynie jaką jest Stadion Miejski. Zdaje się jednak, że co niektórzy zapomnieli o innych niż futbol dyscyplinach sportowych. Klub sportowy Olimpia wspierający między innymi lekką atletykę zmaga się z brakiem funduszy. Poznańscy żużlowcy już od wielu lat jeżdżą i trenują na starym i zaniedbanym stadionie. Na torze wyścigowym znajdującym się na obrzeżach miasta z powodzeniem można by organizować zawody nawet międzynarodowej rangi. Jednak nikt zbytnio nie kwapi się, aby przeznaczyć fundusze na odpowiednią modernizację, choćby zwyczajną budowę trybun.
Pewien wysoki jegomość, który do tego jest prezydentem miasta, wraz ze swoimi kolegami z Urzędu Miasta ciągle chwali się jakim to znakomitym przedsięwzięciem była organizacja Euro. Osobiście nie wiem czy aż tak bardzo jest się czym chwalić. Kibice mieli rozrywkę, ale oznaczało to też pojawienie się międzynarodowej zgrai ochlapusów dzięki którym służby sprzątające miały co robić. Śmieci wprawdzie posprzątano, ale  długu o wartości kilkudziesięciu milionów złotych jaki powstał po mistrzostwach już nie da się tak łatwo pozbyć. Być może tutaj należy szukać przyczyny szybko rosnących podatków komunalnych.

        Poznań - oby za wspomnieniem powstańczych walk szły tutaj także konkretne czyny

Problem dbania ( a raczej jego braku) o Poznań nie dotyczy jednak tylko pracowników Urzędu Miasta. Wielu mieszkańców nie potrafi uszanować wspólnego dobra.  Pomalowano jakąś kamienicę? Świetnie, będzie gdzie złożyć swój podpis! Właściciele psów to z kolei ludzie ekologiczni, bo użyźniają parkowe trawniki naturalnym nawozem. Mało? Wystarczy przejść się paroma ulicami żeby przekonać się, że wielu Poznaniaków nie uważało na lekcjach w szkole kiedy mówiono o dbaniu o czystość okolicy w której się mieszka. Jeszcze inni z kolei ciągle mówią co należałoby zrobić i co im się nie podoba, ale sami nie kiwną palcem jeśli chodzi o jakąkolwiek pracę na rzecz wspólnego dobra.
            Jak to wszystko podsumować? Według mnie Wielkopolanie pamiętają o bohaterach sprzed niemal stu lat, którzy chcieli zapewnić swojemu krajowi wolność i dobrobyt. Tylko że oprócz pamięci powinno mieć miejsce coś jeszcze. Uszanowanie tych wartości o których myśleli walczący żołnierze. Czy tak się dzieje? Patrząc na dzisiejszy Poznań i różne zjawiska jakie mają miejsce dochodzę do wniosku, że nie jest z tym najlepiej. Raczej nie o to im chodziło gdy 27 grudnia 1918 roku z karabinami wyszli na ulice miasta.
           

Tak postępują mistrzowie

 Każdy ma swoje cele i ambicje. To dobrze. Co jednak w sytuacji, w której wydaje się, że marzenia zaczynają uciekać?




Często  w rozmowach o sporcie samochodowym  spotykam się z  pewnym zarzutem wobec wyścigów Formuły 1. Chodzi o to, że ludzie niejednokrotnie mówią, że wyścigi są nudne, nic się nie dzieje, nikt się nie wyprzedza i wszyscy jak w procesji jeżdżą przez półtorej godziny po kilkukilometrowym kółku, od czasu do czasu zjeżdżając na wymianę opon. Zgadzam się, że tak bywa.  Jednak na pewno nie można  powiedzieć tego o ostatnim wyścigu sezonu 2012, który miał miejsce pod koniec listopada w Brazylii.
            Do ostatnich zawodów bardzo emocjonującego sezonu, nie była rozstrzygnięta kwestia kto zdobędzie tytuł Mistrza Świata. Walka miała rozegrać się pomiędzy Hiszpanem Fernando Alonso, a Niemcem Sebastianem Vettelem. W lepszej sytuacji był Vettel. Miał trzynaście punktów przewagi nad rywalem. Mimo to wyścig zaczął się dla niego niezbyt optymistycznie. Na starcie wyprzedziło go kilku kierowców, a po chwili został lekko potrącony przez jakiś inny samochód. Wskutek tego Sebastiana obróciło tyłem do kierunku jazdy, wyprzedzili go wszyscy kierowcy i znalazł się na ostatnim miejscu. Do tego wyścigówka była lekko uszkodzona. Wszak można było jechać dalej, ale czy usterki nie są  na tyle duże, że w pewnym momencie auto stwierdzi, że dalej nie pojedzie? 

                   W tym momencie Vettel pomyślał, że to koniec marzeń o mistrzostwie


Wielu ludzi śledzących wyścigowe zmagania pomyślało sobie zapewne, że to koniec marzeń o trzecim z rzędu tytule dla tego młodego Niemca. W jednym z wywiadów sam Vettel powiedział, że w tym momencie myślał, że mistrzostwo przepadło. Choć sytuacja była dla niego dołująca, ruszył dalej. Po niedługim czasie zaczął wyprzedzać pierwszych kierowców. Pogoń nie odbyła się jednak bez komplikacji. Na szesnastym okrążeniu zaczęło padać, a podczas jednej z wymian opon pojawiły się problemy przez które Vettel stracił kilka cennych sekund. W tym czasie Alonso cały czas jechał w czołówce. Mimo to Niemiec nadal pruł w górę. Z pewnością musiał wtedy trzymać nerwy na wodzy. Emocje kotłujące się w głowie poganiały do jak najszybszej jazdy, ale rozsądek podpowiadał aby zbytnio nie szarżować – nawierzchnia cały czas była mokra i każdy poślizg mógłby sprawić, że myśl o zdobyciu tytułu rozbiłaby się o którąś z band bezpieczeństwa rozstawionych wokół toru. Paru kierowców tego dnia bowiem nie zobaczyło przed sobą biało – czarnej szachownicy. W końcu po wielu chwilach, nerwów, emocji, niepewności i wiary w sukces, Sebastian Vettel dotarł do mety na szóstej pozycji. Czy to wystarczy na zdobycie najwyższego tytułu?  Tak.  Sebastian wygrał mistrzostwo z trzypunktową przewagą nad Fernando, który wyścig ukończył na miejscu drugim, za pierwszym na podium Jensonem Buttonem. Dla mnie był to chyba najlepszy wyścig Formuły 1 jaki widziałem.
            Czy można sytuację jaka miała miejsce podczas tych zawodów odnieść do życia? Komuś może się to wydać naciągane, inny pomyśli, że co ma wyścig samochodowy wspólnego z różnymi sytuacjami, które nas spotykają. Ja jednak widzę powiązanie. Otóż każdy człowiek ma jakieś plany czy marzenia związane z życiem osobistym, z rozwojem pasji i zainteresowań, osiągnięciem sukcesu w jakiejś dziedzinie czy też w swoim zawodzie. Każdy ma jakieś swoje „mistrzostwo”. Dodam tutaj, że  nie słyszałem, żeby kiedykolwiek droga do sukcesu i marzeń była drogą, którą zawsze idzie się lekko i łatwo. Myślę, że to dobrze. Gdyby wartościowe rzeczy były łatwo osiągalne byłyby one niejako plastikowe i kiczowate. W tym miejscu wtrącę pytanie retoryczne. Co robimy gdy natrafiamy na problemy lub w chwilach kiedy wydaje się nam, że to do czego dążymy i na czym nam zależy jest niemal niemożliwe do osiągnięcia i nam ucieka tak jak Alonso uciekał przed Vettelem? Może się wtedy pojawić myśl, żeby zrezygnować, że po co się trudzić skoro i tak się nie uda, że to jakieś bujanie w obłokach. Zdarza się, że odchodzimy od tych rzeczy gdyż wolimy wybrać po prostu łatwiejsze rozwiązanie (dając dojść do głosu ludzkiej tendencji do unikania wysiłku, a szukania wygody) tracąc chęć do podjęcia trudu i wiarę w siebie, bojąc się zaryzykować lub też zwyczajnie ulegając lenistwu. Wtedy powiększa się na świecie grono osób, które pewnego dnia stwierdziły, że owszem, plany i marzenia są fajne, ale czas wynieść je gdzieś na strych umysłu, zacząć myśleć trzeźwo, pomyśleć o poszukaniu dobrze płatnej i zapewniającej pozycję pracy, dać sobie spokój z marzycielstwem. Albo co uważają, że nie warto inwestować czasu i energii w relacje z innymi lub sprawy, których doprowadzenie do końca wymaga cierpliwości, trudu i ryzyka.

                                            W Brazylii ten młody człowiek pokazał, 
                        że nawet gdy coś wydaje się niemożliwe, nie wolno się poddać

            W takiej samej sytuacji znalazł się Sebastian Vettel podczas GP Brazylii. Spadł na ostatnie miejsce, a samochód był lekko uszkodzony. Nie była to sytuacja łatwa, a Vettel mógłby poddać się stwierdzając, że wszystko stracone i pojedzie tylko po to, aby dojechać do mety. Po co ruszać w szaleńczą pogoń skoro i tak prawdopodobnie nic z tego nie wyjdzie? Mimo to zaczął pędzić do przodu, nie poddał się i osiągnął cel jakim było dla niego trzecie pod rząd Mistrzostwo Świata. Jego myśl o tym, że wszystko stracone nie sprawdziła się, choć wszystkie okoliczności przemawiały za jej słusznością.  Takiej postawy i ambicji każdemu z Was życzę.
            Oczywiście można lubić Sebastiana Vettela, można też za nim nie przepadać. Znajdą się też tacy, którzy twierdzą, że jego zwycięstwa to zasługa pracy zespołu i dobrego samochodu. I powiem Wam, że mają oni rację., ale z drugiej strony na nic zdałby się najlepszy sprzęt gdyby nie talent, ambicja młodego człowieka i wola walki.



                                                                                                                                 10.12.2012

Nie każdy jest Zidanem


Oglądając fragment ostatniego meczu polskiej rezprezentacji widziałem jak jeden z naszych strzelił samobója. W liceum sytuacja taka nie była mi obca.     


           Ostatnim przeciwnikiem polskiej reprezentacji piłkarskiej była drużyna Urugwaju. Mecz miał miejsce jakoś w połowie listopada. W dniu w którym spotkanie miało być transmitowane w telewizji, mój tata zapytał mnie czy będę je oglądał. Tata śledzi niemal każdy mecz jaki jest pokazywany w telewizji, niezależnie od tego czy są to Mistrzostwa Świata, Liga Mistrzów czy Liga Polska. Jeśli zaś chodzi o mnie to zdecydowanie nie odziedziczyłem po nim zainteresowania futbolem. Mimo to stwierdziłem, że z ciekawości obejrzę kawałek. Jak powiedziałem, tak zrobiłem i wieczorem znalazłem parę chwil, żeby popatrzeć na zmagania biało – czerwonych. Już po paru minutach oglądania byłem świadkiem tego jak jeden z naszych strzelił gola. Szkoda tylko, że był to gol samobójczy. W wielu domach jak i na trybunach pewnie nie brakowało głosów w stylu „Co on robi!! Jak on gra!!”
Ja z tej sytuacji się śmiałem. Coś takiego może się zdarzyć najlepszym. W momencie tym myślami powróciłem też  ku licealnym  lekcjom wychowania fizycznego gdzie i dla mnie gole samobójcze nie były czymś obcym. 

                                           Nawet zawodowcy miewają gorsze dni

Często graliśmy właśnie w piłkę nożną. Mecze odbywały się na przyszkolnym boisku, które nazywaliśmy „Wembley”. Zazwyczaj przychodziło nas kilkunastu więc dzieliliśmy się na dwie sześcio – siedmio osobowe drużyny. Sposób w jaki się dzieliliśmy był prosty. Z szeregu wychodziły dwie osoby, które na zmianę wybierały po jednej osobie do swoich ekip. Jeśli chodzi o mnie to nigdy nie wyróżniałem się wybitnym talentem do  sportów zespołowych. Z tego właśnie powodu zazwyczaj byłem wybierany gdzieś pod koniec. Raz czy dwa razy byłem jednak wybierany na samym początku. Było to wtedy kiedy zasady uległy małej modyfikacji i wybierało się graczy dla drużyny przeciwnej.  Jak zatem pewnie się domyślacie, na lekcjach wf-u  gdy graliśmy w piłkę, zazwyczaj nie błyszczałem. Zresztą nie jest łatwo grać osobie o wzroście niecałych 170 centymetrów wzrostu przeciw chłopakom mierzącym po 180 i więcej centymetrów i ważącym ze 20 kilogramów więcej niż ja.
            Nie wiem jak było o Was w szkole, ale u mnie często słabych graczy ustawiało się na bramce. Dlatego na początku swojej piłkarskiej kariery w liceum wraz z paroma innymi kolegami niejedną lekcję spędzałem w polu bramkowym swojej drużyny.  Po pewnym czasie awansowałem wprawdzie na inną pozycję, ale raczej nie stało się to na skutek gwałtownego wzrostu moich umiejętności. Po prostu, któregoś  razu stwierdziłem, że już nie mam ochoty być na bramce i zwyczajnie nie zgodziłem się na to aby być na tej pozycji, a i inni chyba stwierdzili, że raczej kiepski ze mnie bramkarz. Cóż, to pewnie instynkt samozachowawczy podpowiadał mi, że lepiej jest żeby padła bramka niż miałbym zostać znokautowanym przez piłkę lecącą w moim kierunku z prędkością asteroidy. Dlatego raczej nie wykazywałem się zbytnim poświęceniem.
            W polu radziłem sobie lepiej. Zdarzały się wprawdzie takie mecze gdzie moje zaangażowanie ograniczało się do spokojnego maszerowania to w jedną, to w drugą stronę i jak najszybszego podawania piłki do kogoś innego, gdy sporadycznie miało miejsce, że ktoś kopnął mi piłkę. Z czasem jednak stwierdziłem, że też chciałbym brać udział w grze chcąc czerpać frajdę ze wspólnej zabawy mimo swoich niezbyt dużych umiejętności. Zacząłem więc coraz częściej wykazywać aktywność podczas meczów, a od czasu do czasu zdarzały mi się całkiem udane akcje. Jakby tego było mało, to niekiedy udawało mi się kopnąć w bramkę. Może i rzadko trafiałem gola, ale tym bardziej dawało mi to większa satysfakcję.  Wkrótce koledzy zaczęli zauważać, że ja też jestem na boisku i dokonali przełomowego odkrycia, że do mnie też można podać piłkę nie martwiąc się o to, że zaraz ktoś z drużyny przeciwnej mi ją odbierze i strzeli gola.  Choć z boiskowego odludka coraz bardziej stawałem się osobą aktywnie biorącą udział w grze to i tak zdarzały mi się mimowolne podania do przeciwnika albo kopnięcia po których piłka nie leciała w tym kierunku w jakim bym sobie tego życzył.
            Było to oczywiście solą w oku dla pewnej grupy wysportowanych chłopaków. Część z nich mniej lub bardziej profesjonalnie trenowała piłkę nożną.  Pamiętam ich jako osoby, które zachowywały się tak jakby nie potrafiły zaakceptować i zrozumieć tego, że ktoś może być mniej wysportowany, a wyznacznikiem wartości było dla nich to jak ktoś radzi sobie podczas gry w piłkę. Dlatego gdy mnie lub komuś z moich mniej utalentowanych sportowo kolegów nie wyszła jakaś akcja lub podanie, z ich strony padały słowa krytyki nieraz ze szczyptą słów, które nie nadają się do cytowania w tym felietonie. Zachowanie takie określiłbym jako głupie i śmieszne jednocześnie. To zabawne, że kilku typków traktowało koleżeńską grę w piłkę tak poważnie jakby byli gwiazdami światowego futbolu, a od tego czy ich drużyna wygra czy nie zależały losy Wszechświata. Nie lubił mnie zwłaszcza jeden z nich. Nieraz z jego strony padały pod moim adresem słowa, których zdecydowanie nie można uznać za przejaw koleżeństwa. Do dziś jednak nie wiem dlaczego ten koleś był do mnie tak negatywnie nastawiony. Wprawdzie ja też nie darzyłem go sympatią, ale nigdy z tego powodu mu nie dokuczałem. Faktem jest jednak, że chyba tylko dzięki temu, że zdecydowanie nie jestem porywczą osobą i trudno wyprowadzić mnie z równowagi , nigdy nie przerodziło się to w ostrą, konfliktową sytuację.

            Gra z kolegami powinna być dobra zabawą, ale nie wszyscy o tym pamiętają

            To wszystko jednak nie znaczy, że nie lubiłem  wychowania fizycznego. Nieprzyjemne incydenty owszem, zdarzały się, ale było też sporo sympatycznych i zabawnych momentów dzięki którym miło wspominałem te sportowe lekcje. Mieliśmy też świetnego nauczyciela, mam z nim zresztą kontakt do dzisiaj, który namówił mnie do spróbowania sił w bieganiu, dzięki czemu  mając nieco ponad 20 lat mam za sobą wiele fantastycznych zawodów, w tym maratony i półmaratony. Po prostu szkoda tylko, że na wf-ie było paru szkolnych cwaniaków, którzy dogadywali słabszym tylko dlatego, że ci nie grali co najmniej tak dobrze jak Zinedine Zidane.
            Kiedy ktoś z Was zatem będzie grał w piłkę nożną lub jakąkolwiek inną grę zespołową,  to nie gnębcie słabszych zawodników. Pamiętajcie, że oni też chcieliby pewnie miło spędzić czas grając z kolegami mimo swoich słabszych umiejętności. Oglądając zaś mecz profesjonalistów nie wieszajcie psów na piłkarzu, któremu gra idzie niezbyt dobrze. W końcu każdy ma prawo do popełniania  błędów i do tego, żeby po prostu mieć gorszy dzień. Chyba nie jest to takie trudne do zrozumienia?

                                                                                                                          26.11.2012