Wyścigowa Niedziela

Promocja sportu w Poznaniu polega głównie na reklamowaniu piłkarskich zespołów i Term Maltańskich.  Co jednak z innymi dyscyplinami, a szczególnie sportem samochodowym?



       Wiele pieniędzy i wysiłków w Poznaniu poświęca się na promocję sportu. Na stronach internetowych, ulicznych plakatach czy w gazetach można zobaczyć zapowiedzi meczów Lecha Poznań i Warty Poznań.  Przeczytać można o ligowych i pucharowych zwycięstwach tych piłkarskich drużyn, zresztą  tak samo często jak o ich porażkach z wydawałoby się nieraz, dużo słabszymi przeciwnikami. Działacze na rozmaite sposoby starają się zachęcić ludzi, aby przyszli i tłumnie zajęli niebieskie krzesełka stadionu przy Bułgarskiej lub chcieli dopingować tę mniej utytułowaną drużynę, która swoją nazwę zawdzięcza przepływającej przez stolicę Wielkopolski rzece. Prócz tych drużyn promowane są także Termy Maltańskie, które miały korzystać z wód geotermalnych co pozostało jednak w sferze marzeń. Wstęp kosztuje kilkanaście złotych, a gdy jeden jedyny raz tam byłem, nie mogłem nawet skorzystać ze sportowego basenu.  Ostatnio do strefy promocji dołączył także triatlon, który miasto także będzie chciało wykorzystać do wypełniania swojego budżetu, co nasuwa się po analizie wysokich cen wpisowego.

W sumie nie było by w tym niczego zdrożnego gdyby nie to, że władze zdają się niemal zupełnie zapominać o innych dyscyplinach. Są przecież starzejące się, ale usytuowane w bardzo ładnym otoczeniu obiekty Olimpii gdzie, oczywiście po odpowiednich przygotowaniach, mogłyby odbywać się krajowe, a nawet międzynarodowe zawody lekkoatletyczne i gdzie nieopodal wytyczony został tor żużlowy. Jest poznańska Arena, która wciąż próżno czeka renowacji, a mająca potencjał dla organizacji światowych zawodów siatkówki i koszykówki. W końcu, na obrzeżach miasta nieopodal lotniczego portu, jest też wyścigowy „Tor Poznań”. Jest to najlepszy tor wyścigowy w Polsce także nadający się do organizacji wysokich rangą zawodów. Byłoby to całkiem realne, gdyby tylko znalazły się środki dzięki którym można by wybudować solidne zaplecze techniczne. Wydaje się, że tego miasto nie przewiduje. Co ciekawe, zdarzało mi się, że kiedy rozmawiałem o tym torze wyścigowym, ludzie byli zaskoczeni faktem, że w Poznaniu znajduje się tego typu obiekt, a dodam, że były to osoby mieszkające w tym mieście.

                         Tor Poznań - najlepszy tego typu obiekt w Polsce

Podczas jednej z sierpniowych niedziel postąpiłem na przekór całej tej kampanii promocyjnej i wybrałem się na wyścigi. Choć poranek był deszczowy, wsiadłem w samochód i wybrałem się na położony na obrzeżach miasta tor. Podróż mimo kiepskiej pogody minęła szybko, jednak gdy byłem już blisko celu, nieco pogubiłem się w plątaninie  podmiejskich uliczek.  Muszę przyznać, że dojazd na tor wyścigowy jest niestety słabo oznakowany. Po paru minutach znalazłem się jednak przed bramą  i po zapłaceniu 10 złotych za możliwość wjazdu samochodem na tereny obiektu, szybko odnalazłem się w znakomitym miejscu do obserwacji wyścigowych zmagań. Miejsce z którego patrzyłem na zawody znajdowało się tuż przy prostej startowej, gdzie rywalizację można było obserwować ze skromnych trybun lub znajdującego się na wysokości kilku metrów tarasu.  Wyścigi odbywały się w kilku różnych klasach. Były to takie kategorie jak Kia Lotos Race, 5 i 6 Runda Samochodowych Mistrzostw Polski, 7 runda cyklu Maluch Trophy oraz dwa wyścigi włoskiej serii Green Hybrid Cup.

Samochody startujące w Kia Lotos Race to niewielkie i raczej słabe jak na wyścigówki auta. Dysponują silnikiem o pojemności 1.2l i mocą 85KM, prędkość maksymalna to 190 km/h, a przyspieszenie do setki zajmuje 9s, co jest zasługą jedynie 840 kilogramów wagi.  Wyścigi potrafią być jednak bardzo emocjonujące, a to ze względu na to, że wszyscy zawodnicy dysponują autami o takich samych osiągach więc tutaj wygrywa po prostu lepszy kierowca. Cena auta? Niewielka, bo około 40 000 złotych. Cykl Samochodowych Mistrzostw Polski to z kolei kilka klas aut dzielonych ze względu na moc silnika. Dlatego możemy obserwować tam rozmaite maszyny zaczynając od zmodyfikowanych wersji Fiatów Seicento, które mam wrażenie można byłoby wyprzedzić nieco mocniejszym drogowym autem, przez wyścigowe wersje Hond CR-Z, VW Golfów, na ekstremalnie zmodyfikowanych, bardzo szybkich i bardzo głośnych BMW E90 kończąc. Małe Fiaty 126p biorące udział w Maluch Trophy tylko wyglądają  niepozornie. Maluchy było słychać już z daleka, a ich przyspieszenie na starcie potrafiłoby zawstydzić niejednego „bohatera” ulicznych wyścigów. Seria Green Hybrid Cup z kolei, to włoska, dosyć nietypowa seria wyścigowa, w której zawodnicy korzystają z Kii Venga wyposażonej w gazowy i elektryczny napęd.

         Choć  Kia to niezbyt mocne auto, wyścigi były bardzo emocjonujące

Choć na Torze Poznań nie panowała atmosfera znana z takich miejsc jak Monza czy LeMans, a tłum kibiców wynosił może około 100 - 150 osób z czego połowę stanowiły rodziny i znajomi zawodników, warto było się tam wybrać.  Padający na początku deszcz i doskwierający w drugiej części dnia upał nie przeszkadzał w podziwianiu mknących ku mecie aut czy wsłuchiwaniu się w dźwięki wydawane przez wyścigówki. Nie na co dzień można z tak bliska obserwować zacięte pojedynki o punkty w czołówce stawki, walkę o przyczepność na mokrej nawierzchni albo przepychanki na ciasnych zakrętach, których efektem nieraz był otarty lakier i sypiące się elementy karoserii. Poza tym rzadko kiedy widzowie mają okazję poczuć się niczym sławne osoby zaproszone przez wyścigowe teamy mogąc swobodnie przechadzając się po padoku i obserwując z odległości kilku metrów przebieg napraw i przygotowań do startu. Ci, którzy chcieli chwilę odpocząć od wyścigowych emocji mogli, w schludnym punkcie kateringowym,  zamówić coś do zjedzenia, napić się lub posmakować złotego trunku.  Jeśli ktoś zastanawiał się jak sprawdziłby się jako kierowca wyścigowy, mógł częściowo się o tym przekonać na jednym z symulatorów jazdy wyścigowym samochodem. Jeśli ktoś uważa, że nie jest to nic trudnego to powiem, że tylko sprawia to wrażenie łatwego zadania. Choć z drugiej strony po kilku okrążeniach na wirtualnej trasie udało mi się poprawić czas o kilkanaście sekund. Jednak większość osób, w tym ja, wolała śledzić zmagania na prawdziwym torze.

       Możliwość obserwacji pracy mechaników z niewielkiej odległości 
                            to duży atut poznańskich zawodów.

Pod koniec zawodów, przechadzając się po padoku i przypatrując się pracy mechaników, miałem okazję chwilę porozmawiać z Alessandrą  Breną. Alessandra jest włoską zawodniczką, która bierze udział w serii Green Hybrid Cup, ma też za sobą starty w wyścigowym Lamborghini Gallardo w europejskich zawodach Lamborghini Blancpain Supertrofeo. Dodam, że ma ona zaledwie 18 lat (ja w tym wieku od poniedziałku do piątku musiałem rano wstawać i jechać na kilka godzin do szkoły, której nie lubiłem i w której niewiele było osób z którymi można było pogadać na ciekawe tematy).  Pogratulowałem jej zajęcia trzeciego miejsca i zamieniłem parę zdań na temat włoskich samochodów sportowych. Zapytałem też co myśli o poznańskim torze. Z tego mini-wywiadu dowiedziałem się m.in., że dysponujemy w Poznaniu obiektem na wysokim poziomie, który dysponuje paroma trudnymi zakrętami.
Niestety prócz zawodników i zapaleńców motoryzacji mało kto dostrzega wspomnianą jakość i potencjał obiektu.

            W Polsce nie ma zbyt wielkiej mody na sport samochodowy.  Zainteresowanie motosportem  zazwyczaj kończy się na występach Roberta Kubicy, Krzysztofa Hołowczyca i ewentualnie Adama Małysza.  Wielu twierdzi, że nie mamy w naszym kraju warunków dla rozwoju sportu samochodowego. Uważam, że to nie do końca prawda. Stwierdzeniu temu przeczy to, co działo się owej niedzieli na obiekcie położonym na obrzeżach wielkopolskiej stolicy. Mamy potencjał i możliwości potrzebne dla organizacji tego typu, a nawet jeszcze większych wydarzeń. Póki co nie mamy tylko ludzi chętnych, aby promować i inwestować w tego typu działalność.




                                                                                                                      27.08.2013

Spotkanie na szczycie

W Poznaniu sukcesywnie powstają nowe budynki. Jednym z nich jest nowy gmach Biblioteki Raczyńskich. Młodzi Poznaniacy zastanawiali się jak najlepiej wykorzystać jego potencjał.



              Jakieś półtora miesiąca temu Biblioteka Raczyńskich w Poznaniu oddała do użytku nowy gmach. Jest to duży, utrzymany w stonowanych barwach, a mimo wszystko prezentujący się całkiem nieźle budynek, który stoi zaraz za kremową, wybudowaną w XIX wieku budowlą, która jest siedzibą główną Biblioteki i która jednak prezentuje się lepiej niż jego świeżo wybudowany sąsiad. Budowa nowego gmachu trwała parę lat i kosztowała ponad 70 milionów złotych czyli mniej więcej tyle ile kosztowałoby nabycie 80 nowych Rolls-Royce’ów Ghostów. W związku z tym zamknięto stary gmach, który od kilkudziesięciu lat znajdował się parę ulic dalej, a cały księgozbiór, jak łatwo się domyśleć, przeniesiono do tego nowego.

            Właśnie dlatego Biuro Prezydenta Miasta Poznania wraz z Młodzieżową Radą Konsultacyjną zorganizowało otwarte dla wszystkich spotkanie na którym dyskutowano na temat jak dobrze wykorzystać nowe możliwości nowego budynku. Zastanawiałem się czy poświęcić swój cenny czas na to by się tam pojawić. Może będzie nudno, trzeba będzie się elegancko ubrać, a ja sam nie jestem zbyt rozmownym człowiekiem i raczej nie będę miał zbyt wiele do powiedzenia. W ciągu dnia wypowiadam bowiem tyle słów, że nie byłbym zdumiony gdyby ktoś pomyślał, że kilka pokoleń wstecz moja rodzina mieszkała w Finlandii. Jednak ostatecznie ciekawość wzięła górę i jako człowiek reprezentujący głos artystów oraz ktoś, kto prawie pięć lat pracował jako strażnik w zamkniętym już starym gmachu Biblioteki Raczyńskich, postanowiłem się tam wybrać. Ubrany zupełnie normalnie.

            Na dworze panował popołudniowy upał więc przyjemnie było wejść do klimatyzowanego pomieszczenia. Po przejściu przez dość długi hol ozdobiony jakimiś stojącymi na środku drzewkami, znalazłem się w niedużej kawiarni gdzie miało odbyć się spotkanie. Większość znajdujących się tam ludzi stanowiła starsza młodzież. Na szczęście większość nie była ubrana elegancko więc w pamiątkowej koszulce z 12 Poznań Maratonu raczej nie wyróżniałem się z tłumu. Co niektórzy zaopatrzyli się w darmowe placki i kawę. Być może myśleli, że dyskusja pochłonie tyle energii, że trzeba wcześniej solidnie się posilić. Zwłaszcza, że prócz podejścia do lady nic ich to nie kosztowało. Obecny był też pan dyrektor Biblioteki – Wojciech Spaleniak oraz pani wicedyrektor – Anna Chwalisz. Zająłem zatem miejsce gdzieś z tyłu całego towarzystwa, a po chwili zaczęła się dyskusja.

                   Biblioteka wybudowała nowy gmach. Jak wykorzystać jego potencjał?

            Nie pamiętam czego dotyczył pierwszy poruszony temat. Pamiętam tylko, że – mówiąc niczym erudyta szkolony przez samego profesora Miodka – nie byłem należycie obeznany z zagadnieniem. Z pokorą uznawszy, że w tym momencie niczego odkrywczego do dyskusji nie wniosę, siedziałem sobie spokojnie słuchając co mają do powiedzenia inni. Wielu próbowało wykazać się wyszukanym, niemalże salonowym momentami, słownictwem. Nie wiem czy chcieli sprawić wrażenie wykształconych i dojrzałych młodych obywateli poznańskiego społeczeństwa, zrobić wrażenie na tych, którzy siedzieli obok czy może po prostu  bali się, żeby nie wyjść na niezbyt bystrych. Robiło to w każdym razie śmieszne wrażenie. Dodam tylko, że w pewnym momencie pomyślałem sobie, że mogłem ze sobą zabrać słownik z trudnymi wyrazami. Chyba napiszę do Miodka żeby jakiś mi polecił.

            Cały czas siedziałem wycofany i jakby lekko przygaszony dopóki nie poruszono tematu propozycji wykorzystania nowego gmachu na działalności, powiedzmy, wykraczające poza to z czym zazwyczaj kojarzy się biblioteka. Bo widzicie, kariera początkujących artystów często jest niełatwa i burzliwa. Dopóki ich nazwiska nie staną się znane niełatwo im dotrzeć z własną działalnością do szerokiego grona odbiorców. Działalność takich ludzi często jest bardzo interesująca i niewiele gorsza, a czasem nawet lepsza od tego co prezentują sławni i nagradzani owacjami. Fakt, młodzi zazwyczaj nie są tak doświadczeni jak ci, na których się wzorują, ale przecież mają do tego prawo. Tylko jak mają zdobyć to doświadczenie skoro ich zapytania o możliwość występu czy zaprezentowania się często pomijane są milczeniem i kiedy mało komu chce się poświecić uwagę komuś o kim jeszcze niewielu słyszało?

            Właśnie dlatego pomyślałem sobie, że skoro w nowym gmachu znajdują się sale o całkiem dużej powierzchni warto byłoby dać możliwość zaprezentowania swoich prac właśnie tym, którzy są jeszcze mało znani i bardzo cieszy ich każda kolejna osoba, która doceni ich twórczość. Nie sądzę żeby dużym problemem było zorganizowanie i rozreklamowanie rozmaitych koncertów, występów kabaretowych, wystaw malarskich czy (w końcu nie zapominajmy że to biblioteka ) pomóc następcom Adama Mickiewicza albo Wisławy Szymborskiej. Na takie wydarzenia można by również zaprosić  przedstawicieli z branży, którzy daliby młodym cenne rady i pomogli w pokonaniu paru kolejnych szczebli na drabinie ich karier. I wcale nie musi być to wielki show na miarę DJ Tiesto czy pana Stinga. Wystarczyłyby spotkania choćby na kilkadziesiąt osób, które przyszłyby w sobotnie późne popołudnie by miło spędzić czas, posłuchać dobrej muzyki, zobaczyć ciekawy występ czy popatrzeć na ładne obrazy. Być może ktoś z tych ludzi wystąpi któregoś dnia przed kilkudziesięciotysięczną widownią, czyjeś obrazy znajdą się na wystawie w Paryżu, a zbiór opowiadań kogoś innego sprzeda się w godnym pozazdroszczenia nakładzie. Swoją opinię oczywiście przedstawiłem i została ona przyjęta z entuzjazmem i zainteresowaniem więc kto wie, może moje pomysły zostaną wykorzystane?

                            Oryginalne wnętrze sprzyjało konstruktywnym rozmowom.

            Na spotkanie przyszedł też Prezydent Poznania – Ryszard Grobelny. Jego zaangażowanie i postawa świadczyły jednak o tym, że nie za bardzo miał ochotę tam przebywać. Jego twarz śmiało mogła startować do konkursu na logo lekceważenia bądź stwierdzenia „nie chce mi się”. Czy tak powinien zachowywać się ktoś komu powinno zależeć na rozwoju kultury i wspieraniu możliwości rozwoju młodych ludzi? Wszystkim w pamięć najbardziej zapadł chyba jego żart na poziomie Familiady. Dyrektor Wojciech Spaleniak, nawiasem mówiąc bardzo sympatyczny człowiek, pół żartem – pół serio powiedział, że w Bibliotece można organizować zdjęciowe sesje ślubne. „Samych ślubów nie możemy organizować, bo ksiądz by się nie zgodził” – dodał żartem.
„Ale ja mogę udzielać ślubów!” – wystrzelił Grobelny.
Cóż, jeśli moc udzielanych przez pana ślubów jest taka sama jak efektywność rządów, to nie wróżę tym małżeństwom pomyślnego losu, panie Prezydencie.
Jego postawa była lekceważąca wobec przybyłych młodych ludzi, zwłaszcza tych, którzy poświęcili czas i energię, aby to spotkanie zorganizować.

Muszę przyznać, że mimo wyszukanego słownictwa używanego przez część osób i prób sprawiania wrażenia inteligentnych i kompetentnych, co jak wspomniałem śmieszyło mnie, cieszy, że są młode osoby które chcą wyrażać swoje zdanie, angażować się społecznie i pracować by poznaniakom żyło się lepiej i przyjemniej. O to właśnie chodzi!! Niech pan Prezydent się od nich uczy.


                                                                                                          13. 08. 2013

Pięścią i kopniakiem


Najnowsze kryminały i sensacje cieszą się sporą popularnością. Są jednak tacy, którzy swoje gusta kierują ku przeszłości.

         Niezależnie czy mówimy o książce, filmie lub serialu czy też czytamy newsy z pierwszych stron gazet, większość z nas z zaciekawieniem śledzi historie których głównym motywem jest walka dzielnych policjantów, detektywów czy żołnierzy z wszelkiego typu, zagrażającymi społeczeństwu bandziorami. Słowem, lubimy opowieści w których ma miejsce jakaś forma walki dobra ze złem. Właśnie dlatego zawsze wielką popularnością  cieszyły się kryminały oraz seriale i filmy sensacyjne w których sprawiedliwość nieustannie walczy ze złem i występkiem. I choć ta główna oś owych historii pozostaje niezmienna, cała otoczka w ciągu kilkunastu lat uległa sporym przeobrażeniom.

            W ciągu ostatnich dni miałem sporo czasu, by móc przyjrzeć się temu co oferują widzom stacje telewizyjne, które dostępne są na tak zwanym multipleksie. Mamy tam różnego rodzaju programy rozrywkowe, telegry, bajki dla dzieci, lepsze lub gorsze filmy, powtórki powtórek oraz oczywiście sporo seriali, zarówno tych starszych, jak i wyprodukowanych w ostatnich latach. Wśród najnowszych nie zabrakło kryminału i sensacji takich jak Agenci NCIS albo Kryminalne Zagadki Miami czy Nowego Jorku. Pogrzebałem też nieco w statystykach gdzie wśród najlepiej ocenianych seriali znalazłem między innymi takie tytuły jak: Dr House,  Dexter, Gra o Tron, Skazany na Śmierć, Lost i sporo innych, ale to nie miejsce i czas na to aby je wszystkie wymieniać. Niewiele też mogę powiedzieć na temat treści owych seriali ponieważ, z wyjątkiem Dr Housa ( i to nie wszystkich odcinków), żadnego z nich nie oglądałem. Nie będę zatem wiarygodnym źródłem jeśli chodzi o wypowiedź na temat ich jakości. Być może niektóre z nich są całkiem niezłe, ale moje wybory tych najlepszych  z pewnością byłyby  inne.

            Oczywiście fabuła moich typów, jak wielu filmów i seriali, opierała by się głównie na walce z przestępczością i terroryzmem, ale bardziej od najnowszych propozycji serialowych cenię sobie produkcje z lat 80-tych i 90-tych. Mówi Wam coś nazwisko Richard Dean Anderson? Być może nie, ale z pewnością znacie granego przez niego MacGyvera. Założe się że możecie wygrzebać z pamięci któryś ze skonstruowanych przez niego wynalazków, które nieraz ratowały go z kłopotów. Osobiście oceniam MacGyvera bardzo pozytywnie. Każdy odcinek był okazją do rozerwania się, a poza tym sam główny bohater stronił od broni, nigdy nikogo nie chciał zabić, a niektóre odcinki przekazywały widzom dobre wartości. Nic dziwnego, że choć sam aktor postarzał się i urósł mu brzuszek, minęło w końcu prawie 20 lat, sam serial nosi dziś status legendarnego i cieszy się sporą ilością fanów na całym świecie.

                 MacGyver - wystarczy taśma, zapałki i scyzoryk, by stworzyć groźną broń


Podobnie zresztą jak opowieść o Cordelu Walkerze, amerykańskim stróżu prawa, który wraz ze swoją ekipą nie szczędził sił, aby rozprawić się z tymi, którzy próbowali zakłócić spokój mieszkańców Teksasu. Tak, mowa tu o słynnym Strażniku Teksasu z Chuckiem Norisem w roli głównej . Serial emitowany był w latach 1994 – 2001, miał oglądalność liczoną w milionach i doczekał się kilkuset odcinków. Zawsze, gdy tylko miałem okazję, chętnie oglądałem każdy odcinek tego, można by powiedzieć, westernu osadzonego we współczesnych czasach. Ileż to wspaniałych kopnięć z półobrotu i precyzyjnie wymierzonych pięści lądowało na twarzach złoczyńców, którzy obezwładnieni lądowali w stercie magazynowych kartonów lub padali na beton w jakimś opuszczonym budynku.  Czy historia o stróżu prawa i karatece w jednym, który wraz z kompanami niestrudzenie ściga przestępców zasługuje na tytuł jednego z najlepszych seriali sensacyjnych? Moim zdaniem zdecydowanie!

            Jednym z popularniejszych i jednym z najlepszych seriali sensacyjnych jest też opowieść o agencie Fundacji na Rzecz Prawa i Rządu – Michaelu Knightcie, który przy pomocy nowoczesnego (jak na owe czasy) i wyposażonego w sztuczną inteligencję auta rozwiązywał kryminalne zagadki. Mowa tu o „Nieustraszonym”. Przygody dzielnego agenta w którego wcielał się David Hasselhoff mają już przeszło 20 lat. Nie brakowało zatem pomysłów, aby przedstawić całą historię w uwspółcześnionej wersji, choćby tej z roku 2008 w której w ślady Michaela Knighta poszedł jego syn jeżdżący także obdarzonym w sztuczną inteligencję Fordem Mustangiem. Mimo to serial zdaniem fanów nie dorastał do pięt oryginałowi z lat 80 i powinien raczej zostać uznany za tragedię lub tragikomedię niż rasową sensację o czym z pewnością marzyli producenci.

            Nie mogę w rankingu moich ulubionych seriali pominąć także przygód mieszkającego na Hawajach detektywa Thomasa Magnuma, który mieszkał w bogatej posiadłości niejakiego pana Mastera, a ulice przemierzał czerwonym Ferrari 308. Fantastyczną kryminalną opowieścią był także „Gliniarz i Prokurator”. Rozmaite śledztwa prowadzili tam wspólnie przysadzisty prokurator Jason McCabe oraz policjant Jake Styles. Nie sposób też zapomnieć o granym przez Lorenzo Lamasa „Renegacie”. Oskarżony o morderstwo, którego nie popełnił policjant, ucieka, zostaje łowcą nagród i ukrywając się pod nazwiskiem Vincent Blake, wraz z dwójką przyjaciół zajmuje się tropieniem złoczyńców w słonecznej Kalifornii.

            To właśnie jest krótka lista moich ulubionych seriali telewizyjnych. Jest ona subiektywna i Wy możecie oczywiście mieć własną, zupełnie inną. Dla mnie jednak miały one coś, czego nie ma już zazwyczaj we współczesnych kryminałach i sensacjach. Dziś, z tego co zauważyłem, w serialach kryminalnych i sensacyjnych bohaterowie nieraz są wewnętrznie skomplikowani, przeżywają wewnętrzne konflikty niemal jak młody Werter, a widz ma znakomitą okazję do przeprowadzenia wnikliwej psychoanalizy postaci. Być może jest to jakimś odbiciem kondycji psychicznej współczesnego społeczeństwa? Bohaterowie to skomplikowane psychologicznie postacie, a prócz walki ze złem i występkiem istotnym elementem fabuły są ich wewnętrzne zmagania. Nie ma już wielu we współczesnej sensacji  uczciwych, prawych i prostolinijnych bohaterów, którzy pięścią i kopniakami wymierzali sprawiedliwość złym ludziom. 

 Coraz mniej jest twardzieli, którzy - tak jak Magnum - byli uczciwi, prości i bohaterscy

            Idea kryminału i sensacji generalnie pozostała niezmieniona. Zdecydowanie zmieniła się jednak charakterystyka bohaterów owych seriali.  Komuś oczywiście współczesna fabuła może bardziej odpowiadać, a przygody Michaela Knighta, Strażnika Teksasu bądź MacGyvera wydać się mogą prędzej bajką dla dzieci niż filmem akcji, który można oglądać z zapartym tchem. Ja tak nie myślę. Jeśli  chodzi o mnie, to jestem człowiekiem, który pod względem kryminalno – sensacyjnych preferencji znacznie bardziej odnajduje się w latach 80 – tych i 90 – tych.



                                                                                                                      30.7.2013

Uważajcie na drogach


Na świecie nie brakuje niebezpiecznych ludzi, których warto unikać. Całkiem niedawno miałem okazję ich spotkać.   


        Żyjemy w niespokojnym świecie. Co chwila dochodzą do nas informacje o katastrofach i wypadkach komunikacyjnych, zagrożeniach ekologicznych, terroryzmie i innych niepokojących zjawiskach, które wielu ludziom nie pozwalają zaznać spokoju i poczucia bezpieczeństwa. Jeśli ktoś, a jest wiele takich osób, niemal codziennie ogląda telewizyjne dzienniki lub przegląda internetowe serwisy informacyjne, zapewne w każdym wydaniu widzi na ekranie sylwetki groźnych terrorystów, wykolejone pociągi, leżące w rowie auta albo wykrzywione w złości twarze ulicznych demonstrantów.
            Skoro na świecie jest tyle niebezpieczeństw to można dojść do prostego wniosku, że także i w naszym społeczeństwie mogą żyć ludzie, których należy się bać. Kim jednak są i jak ich rozpoznać? Może na co dzień są oni zwyczajnymi, nie rzucającymi się w oczy obywatelami, którzy co rano wychodzą ze swoim psem na spacer, a w piątkowy wieczór spotykają się ze znajomymi, a których groźny potencjał ujawnia się w określonych okolicznościach? Albo owymi niebezpiecznymi obywatelami są poszukiwacze spiskowych teorii, którzy zdaje się wyłączyli własny rozum i wykorzystują takie wartości jak religia i patriotyzm ku temu by w publicznej debacie ich racja zawsze była na wierzchu? Chociaż nie, być może ci, których powinniśmy poważnie się obawiać pracują w Radach Gmin, Województw i w samym Rządzie. Ich zadaniem jest zadbać o to, aby w Polsce każdy miał dobre i godne warunki dla życia i rozwoju, tymczasem pogrążeni są oni w kłótniach, których końca próżno szukać oraz dbaniem o własne interesy oraz nieustannym zwiększaniem ciężaru własnych portfeli co skutkuje tym, że wiele krajowych problemów wciąż pozostaje nierozwiązanych.  Kim są owi ludzie, którzy żyją wśród nas i których należy się bać? Niedawno ich spotkałem.
            Dwa tygodnie temu na kilka dni wybrałem się do leżących nad morzem Międzyzdrojów.  Droga miała nieco ponad 300 kilometrów długości i połowa trasy wypadała bardzo przyjemną dwupasmową drogą ekspresową S3, którą bez skrępowania i ryzyka można jechać ponad 100 km/h. Jeden z początkowych etapów podróży przebiegał ulicami Poznania. Było to około południa więc na ulicach było dosyć ciasno. Jednak nie dalej niż pół godziny później byłem już poza miastem gdzie choć nieraz trzeba było cierpliwie jechać za kolumną ciężarówek, podróż była całkiem przyjemna. I choć poza miastem natężenie  ruchu jest zazwyczaj większe niż poza nim, wcale nie znaczy to, że wyjeżdżając z niego można poczuć się całkiem bezpiecznie.
            Aby spotkać tych, których należy się obawiać nie trzeba wybierać się do któregoś z arabskich krajów w poszukiwaniu zwolenników dzichadu, nie wymaga się wypraw do Ameryki Południowej i niefrasobliwego wkraczania na plantację koki,  nie jest też konieczne wędrowanie po ciemnych miejskich zaułkach i dusznych pubach w poszukiwaniu zaczepki. By spotkać ludzi od których warto trzymać się z daleka wystarczy wziąć swój samochód i wybrać się nim na pozamiejską wyprawę. Ja właśnie tam ich spotkałem.

                   Na drogach nie brak ludzi, którym wydaje się, że biorą udział w wyścigu


            Jedną z tych osób był kierowca szarego Volkswagena Golfa. Jechałem jakieś 80 – 90 kilometrów na godzinę, a przede mną jednostajnym tempem poruszał się sznureczek paru samochodów osobowych. W pewnym momencie we wstecznym lusterku ujrzałem wspomnianego przeze mnie jegomościa, który najwyraźniej nie miał zamiaru dostosować się do sytuacji jaka przed nim rysowała się na drodze. Już kilka sekund później szary Golf wyprzedził mnie z zawziętością jakiej nie powstydziłby się sam Sebastian Vettel. Dopóki nie zniknął mi z oczu, widziałem jak jeszcze kilkukrotnie wyprzedzał innych kierowców w owy wspomniany przeze mnie sposób „na Vettela”. Co chwila raptownie zjeżdżał na lewy pas, żeby zobaczyć czy droga przed nim jest pusta.  Jakby było tego mało, po chwili wyprzedził wolniej jadącego kierowcę w taki sposób, że zmusił jadących z naprzeciwka do ratowania się ucieczką na pobocze. Kierowca Golfa być może przemierza teraz jakieś drogi myśląc o tym jak świetnie radzi sobie za kierownicą. Ja jednak uważam, że zwyczajnie jest to człowiek z problemami osobowościowymi. Mógł też być zwyczajnie naćpany, co nie wyklucza, a nawet wynikałoby z mojego pierwszego przypuszczenia.  
            Inną niebezpieczną osobą był prowadzący czarnego Peugeota 407. Jechałem akurat malowniczym fragmentem trasy, która ciągnęła się przez las. Jezdnia była całkiem szeroka, a asfalt równy i sprawiający wrażenie solidnego. Na liczniku miałem nie więcej niż między 90 a 100 na godzinę. W pewnym momencie wyprzedził mnie jadący jakieś 15 kilometrów szybciej Peugeot. No i co w tym groźnego zapytacie? Jechał szybciej ode mnie, więc najnormalniej w świecie mnie wyprzedził. Ja też mógłbym tak powiedzieć gdyby nie pewien,  raczej dosyć istotny fakt. Wyprzedzenie miało miejsce na podwójnej linii ciągłej jakieś 30 metrów przed dość wyraźnie zarysowującym się zakrętem. Strach pomyśleć co by było gdyby z naprzeciwka również nadjeżdżał ktoś o dość swobodnym podejściu do przepisów…
            Jeżeli co jakiś czas wybieracie się w dłuższe trasy samochodem,  to z pewnością także możecie przytoczyć podobne historie, a gdyby zebrać się w grupie i każdy po kolei opowiadał by o zaobserwowanych niebezpiecznych sytuacjach na drodze, rozmowa potoczyłaby się przez  dłuższy czas. Podobnie można by rozmawiać o różnych przejawach drogowej nieuprzejmości. Historie o wpychaniu się na pas po którym akurat jedziecie, zajeżdżaniu drogi albo nerwowym trąbieniu lub przejeżdżaniu pieszym niemalże po stopach wcale nie należą do rzadkości. Podobnie wielu z Was mogłoby przytoczyć historię o właścicielach BMW i Audi. Jedziecie autostradą lub drogą szybkiego ruchu, przed Wami duża ciężarówka więc patrzycie w lusterko czy nikogo nie ma w pobliżu i zaczynacie wyprzedzanie. Już po chwili zjawia się auto, które należy do którejś z tych dwóch marek jadąc prawie że na tylnym zderzaku Waszego auta i jeszcze mrugają długimi światłami chcąc w ten sposób popędzić osoby jadące z przodu. Może ich właściciele po prostu nie wiedzą, że na świecie istnieją samochody, które mają mniej niż 100 koni mechanicznych i ciężko rozpędzić im się do dwustu kilometrów na godzinę?

  Wystarczy trochę uprzejmości by okazało się, że po naszych drogach nie jeździ się źle

            Tymczasem nie trzeba wiele aby wszystkim na drogach jeździło się i przyjemniej i bezpieczniej. Wystarczy trochę wyrozumiałości. To przecież nic złego, że ktoś za późno zorientował się, że jedzie złym pasem. Wystarczy więc lekko zwolnić i pozwolić mu wjechać na właściwą linię. Nie kosztuje też wiele wysiłku zwolnienie podczas wyprzedzania rowerzysty albo lekkie zjechanie do prawego brzegu jezdni gdy widzimy, że ktoś za nami  szykuje się do wyprzedzania. Wystarczy zwykła wzajemna życzliwość żeby okazało się, że jazda samochodem nie musi być walką o przetrwanie.
            Kiedy wracałem do domu pod koniec trasy jechał przede mną Mercedes klasy CL na holenderskich tablicach. Co ciekawe mimo auta takiej klasy wcale nie jechał na złamanie karku lecz w miarę zgodnie z przepisami tak, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy samemu nie zabrać się za wyprzedzanie. Sytuacja na drodze ułożyła się jednak w ten sposób, że pozostałem za nim, zwłaszcza, że jechaliśmy podobnym tempem. Nie przeszkadzało to jednak innym, zarówno jadącym dużymi kombi jak i niewielkimi i niezbyt mocnymi autami  w dość dziarskim wyprzedzaniu białego Mercedesa. Być może później chwalili się przed innymi lub samymi sobą jak to wyprzedzili takie mocne auto. Ciekawe tylko co powie właściciel Mercedesa swoim niderlandzkim kolegom o polskiej kulturze drogowej.
Uważajcie na drogach.


                                                                      
                                                                                                                      16.7.2013

Gdzieś na Dalekim Wschodzie


Każdy producent będzie dążył do jak najmniejszych kosztów produkcji. Chęć zysku nie zwalnia jednak z pewnych zasad przyzwoitości. W tym artykule wcielam się w biznesmena - idealistę.


           Jako mały chłopiec kolekcjonowałem modele sportowych samochodów.  Były to głównie auta wykonane w skali 1:43.  Pośród około 30 miniaturowych przedstawicieli świata motoryzacji  znajdowały się takie rarytasy jak Chevrolet Corvette, Ferrari Testarossa, Bugatti EB110 oraz Ferrari F310B, którym w roku 1997 ścigał się sam Michael Schumacher. Modele wykonywane były przez włoską firmę Bburago i na spodzie każdego egzemplarza można było dostrzec niewielki napis made in Italy. Świetnie wykonane i odwzorowane pojazdy można było kupić za pięć złotych!  Do dziś posiadam większość autek, przez co mój pokój może budzić skojarzenia z garażem kolekcjonera rzadkich automobili. Wrażenie potęguje porozwieszana na ścianach spora ilość obrazków z szybkimi samochodami. Niewątpliwa wspaniałość moich modeli nie jest jednak głównym tematem.
            W pierwszych latach XXI wieku pewien azjatycki kraj słynący z Wielkiego Muru, kung-fu oraz komunizmu stał się jedną z większych potęg gospodarczych na świecie. Dla mnie osobiście jest to zaskakujące, że państwo w którym panuje komunistyczny ustrój ma pieniądze na organizację olimpiady, budowę nowych dróg, światowej rangi torów wyścigowych czy miast z niemałą ilością drapaczy chmur. Coś tutaj wyraźnie mi nie pasuje. Logicznie rozumując powyższa sytuacja prędzej powinna mieć miejsce  w takim kraju jak Polska, która z komunizmem pożegnała się prawie 25 lat temu i miała mnóstwo czasu oraz możliwości, by stać się niekoniecznie światowym mocarstwem albo drugim Monako, ale państwem stojącym na takim poziomie jakim dziś cieszą się Czechy czy nawet Austria.

 To zaskakujące, że nowoczesne miasta, drogi i stadiony powstają w kraju komunistycznym.


            Tymczasem Chińczycy skusili świat atrakcyjnym jabłkiem, które nazywa się tania siła robocza. Wiele renomowanych firm i przedsiębiorstw z Europy i Ameryki Północnej pchana chęcią zarobienia jak największej liczby pieniędzy, przeniosła swoją produkcję do tego azjatyckiego państwa. Dotyczy to także firm, które zajmowały się tworzeniem miniaturek Ferrari lub Porsche. Kiedy konkurencja przeniosła się do kraju środka, Bburago postanowiło pozostać we Włoszech.  Decyzja ta choć idealistyczna i powiedzieć można, że w pewnym sensie patriotyczna, okazała się nieskuteczna jeśli chodzi o ekonomiczny punkt patrzenia na świat. Włoska manufaktura nie wytrzymała konkurencji i zwyczajnie splajtowala. Odrodzenie nastąpiła wprawdzie po dwóch latach, ale po wejściu na stronę producenta okaże się, że siedziba główna mieści się w Honk Kongu, a kiedy odwrócimy mały samochodzik brzuchem do góry, okaże się, że jest tam napisane słynne – made in China.
            Przenoszenie działalności do Chin jest najzwyczajniej w świecie opłacalne zarówno dla Chińczyków jak i właścicieli firm. Pamiętam jak kiedyś rozmawiałem na ten temat z moim kolegą, który jest studentem na poznańskiej Akademii Ekonomicznej, interesuje się biznesem i czytuje biznesowe czasopismo Forbes. Stwierdziłem, że gdybym był właścicielem jakiejś firmy to nie przenosiłbym produkcji do Chin, bo wiem, że za tanią siłą roboczą stał by wyzysk człowieka i czyjaś niewolnicza praca. Kolega zapytał czy gdybym miał firmę produkującą powiedzmy podkoszulki, wolałbym produkować na miejscu, czy w Chinach co kosztowało by mnie jakieś dwa razy taniej. Gdy odpowiedziałem, że z powodu wymienionych przeze mnie  względów, mimo wszystko wolałbym produkować na miejscu dowiedziałem się, że bardzo szybko stałbym się bankrutem. Cóż, ekonomia i biznes nie są ani nigdy nie były w kręgu moich zainteresowań…
Takich idealistów jak ja jest raczej niewielu. Nie ma co ukrywać, że przyciąganie inwestorów tanią siłą roboczą jest bardzo ważnym elementem rozkręcania się Chińskiej Republiki Ludowej. Nie wszystko jest takie piękne jak na pierwszy rzut oka mogłoby się zdawać.
          To wszystko powoduje, że ludzie w krajach skąd pochodzi dana firma tracą pracę, ponieważ zamyka się dotychczasowe fabryki by przenieść je na azjatycki kontynent. Tania siła robocza, tańsze produkty, po prostu fantastycznie! Pomyślcie jednak o zwyczajnym Kowalskim, który osiem godzin dziennie siedzi przy maszynach w hali produkcyjnej. Pewnego dnia jakiś grubasek w garniturze i krawacie oznajmił, że choć niezmiernie mu przykro, trzeba zamknąć fabrykę, by przenieść ją na Daleki Wschód. W tym momencie Kowalski będzie miał gdzieś całą tę ideę taniej siły roboczej, bo ze strachem będzie myślał o tym skąd teraz weźmie pieniądze na domowe rachunki i studia dla dzieci.
            Albo inna sytuacja. Ktoś idzie do sklepu, aby kupić sobie jaką część garderoby. Ogląda, przymierza, porównuje ceny, w końcu się decyduje. Zadowolony wychodzi ze sklepu wydawszy 200 złotych. Kupiony produkt kosztowałby 400 złotych, gdyby był wytworzony w Europie. Byłoby  to wspaniałe, gdyby nie pewien często niezauważany fakt. Za tańszymi produktami idzie w parze tania siła robocza. Tania siła robocza często zaś wiąże się z pracą nawet przez 16 godzin dziennie w fabrykach gdzie coś takiego jak bezpieczeństwo i higiena pracy jest pojęciem nieznanym, za co dostają nędzne wynagrodzenie. Dlatego, choć niektórym wydaje się to dziwne, ja sam wolę wydać więcej pieniędzy na coś wyprodukowanego w Europie, albo Stanach Zjednoczonych i cieszyć się, że nie wspieram wyzysku drugiego człowieka. Choć czasem nie mam wyboru. Zwłaszcza chcąc kupić sprzęt komputerowy, albo nawet muzyczny, muszę liczyć się z tym, że raczej nie znajdę czegoś, co nie pochodziłoby z Azji.  Z drugiej jednak strony warto też zdać sobie sprawę, że kupienie produktu z Dalekiego Wschodu być może zapewni komuś miskę ryżu dla rodziny…



 Za towarami produkowanymi w Chinach często stoi wyzysk oraz...próba podbicia świata.




            Mijają czasy w których terytoria obcych państw podbija się za pomocą wojaczki. Wiele wieków temu chcąc zdobyć obce terytoria sięgało się po zbroje i miecze, a wielka liczba rycerzy ruszała ku Azji Mniejszej aby, pod przykrywką obrony chrześcijaństwa, zwiększyć swoje wpływy w ówczesnym świecie. Później miecze i zbroje zastąpiono  prymitywnymi karabinami, zdobionymi szabelkami i topornymi armatami. W kolejnym etapie historii pojawiły się czołgi, okręty i samoloty. Ostatnio zagarnianie nowych terytoriów odbywa się nie poprzez zbrojny najazd na inny kraj, ale dzięki ekonomii. Zabrzmi to jak teoria spiskowa, ale uważam, że wykupywanie udziałów w europejskich firmach oraz przyciąganie Zachodnich firm, by to właśnie u nich produkowały swoje towary, to sposób Chińczyków na to, aby uzależnić od siebie resztę świata. Świat cieszy się z oszczędności jakie dają małe koszty produkcji, a Chińczycy, budujący swoją gospodarkę w dużej mierze na wyzysku, też się cieszą, ale ze swojego ukrytego podboju świata.
            Cóż zatem powiedzieć na koniec i jak to podsumować? Choć przenoszenie produkcji do Chin pozwala firmom oszczędzić duże pieniądze, to mimo wszystko odbywa się to pewnym kosztem. Ten koszt to przede wszystkim napędzanie wyzysku człowieka, pozbawianie pracy ludzi w rodzimym kraju oraz uzależnianie się od warunków stawianych przez przedstawicieli Państwa Środka. Coraz częściej chęć zysku staje się ważniejsza niż poczucie przyzwoitości wobec drugiego człowieka, wspieranie rodzimego rynku pracy i poczucie niezależności. Wydaje mi się, że osoby, które   patrzą na to wszystko w podobny sposób jak ja,  porównać można do idealistów, albo honorowych rycerzy, których postawy i ideały należą do przeszłości. Są wprawdzie podziwiani, ale w rzeczywistości nikt już nie liczy się z tym co sobą reprezentowali. Mam nadzieję, że jednak się mylę.
Spoglądam właśnie na granatowy model Ferrari 456GT, który stoi na jednej z półek w moim pokoju. Choć ma już ponad dziesięć lat, jest zadbany, a jego lakier błyszczy. Pochodzi z czasów, w których Bburago miało jeszcze swoją siedzibę we Włoszech. I to mi się podoba – samochód italijskiej marki, wyprodukowany w swoim rodzimym kraju.



                                                                                                                        26.06.2013