Trenujcie i wierzcie w siebie

Zazwyczaj start w maratonie poprzedzają długie przygotowania. W moim przypadku było nieco inaczej.

 
       14 Poznań Maraton. Kolejna edycja tego jednego z najpopularniejszych w Polsce maratonów już za nami. Do mety dobiegło ponad 5500 osób. Jeśli chodzi o frekwencje to tym razem, przykro mi, Warszawa była w tym roku lepsza. Jednak, jak zapewnia mój wspaniały  kolega Jakub, którego biegowa kariera trwa już 2 lata, były to świetnie zorganizowane zawody. Mimo, że w szkole był zwolniony z WFu, dziś trenuje karate, a w maratonie osiągnął czas na poziomie 3 i pół godziny. Nie będzie zaskoczeniem, że pierwsze miejsce zajął zawodnik, które pochodzi z kraju kojarzącego się z dużymi przestrzeniami, lwami, słoniami i filmami przyrodniczymi.

            W tym roku nie startowałem w poznańskim maratonie więc pisania relacji oczywiście się nie podejmuję. Zwraca jednak uwagę, że w naszym kraju coraz więcej osób interesuje się tym sportem, a przede wszystkim jego uprawianiem. Jeśli tylko zachowujemy w tym wszystkim zdrowy rozsądek i nie kieruje nami chora ambicja, która może okazać się prostą drogą do choroby fizycznej, to należy się z tego tylko cieszyć! Człowiek dla dobrej kondycji fizycznej i psychicznej potrzebuje sportu tak samo jak, no cóż, nie mogę wymyślić żadnego spektakularnego porównania, jak Blechacz fortepianu.

            Nic zatem dziwnego, że pojawiło się wiele, opracowanych przez profesjonalnych sportowców, planów treningowych, które przygotować mają do startu na dystansie 42 kilometrów i 195 metrów. Co zawiera w sobie taki plan? Mylą się ci, którzy sądzą, że wystarczy tylko przebiec dwa, trzy , a czasem cztery razy w tygodniu przez jakieś 50 – 60 minut. Bieganie to oczywiście część najważniejsza, ale istotna jest również rozgrzewka, rozciąganie i schłodzenie, czyli zmniejszenie tempa pod koniec treningu. Przynajmniej jeśli nie chcemy żeby nasze bieganie po parku czy lesie zakończyło się bieganiem po lekarskich gabinetach. Ponadto eksperci powtarzają, aby nie startować w maratonie u początku swojej kariery biegacza. Radzą poczekać ze dwa lata i stopniowo startować zawodach na coraz dłuższych dystansach. Myślę, że są to słuszne, poparte wieloletnim doświadczeniem rady. Jednak ja pięć lat temu postąpiłem zupełnie inaczej.

                 Rok 2008. Tuż przed maratońskim debiutem. Autor - najniższy z drużyny.

            Były to dla mnie jeszcze licealne czasy. W naszej szkole od jakiegoś czasu istniał założony przez nauczyciela wuefu, Borysława Dzieciaszka, Klub Maratończyka. Istnieje on do dziś i skupia on uczniów, nauczycieli i absolwentów V liceum w Poznaniu. Już od września namawiał on do spróbowania sił w poznańskim maratonie za co nagrodą miała być szóstka z wuefu na koniec roku. Kusząca oferta, pomyślałem. Do końca roku sprawdziany z wychowania fizycznego obchodziłyby mnie tyle co koncerny naftowe troska o środowisko. Mimo to dystans ponad 40 kilometrów wydawał mi się nieosiągalną ekspedycją. Wahałem się jakiś czas z decyzją. Może jednak mi się uda? Któregoś dnia wybrałem się na Cytadelę, która jest dużym poznańskim parkiem. Mój cel – zobaczyć jak długo jestem w stanie biec. Wystartowałem oczywiście bez żadnej rozgrzewki czy rozciągania. Po prostu nie wiedziałem, że coś takiego trzeba robić nawet jeśli chce się biegać spokojnym tempem.
Jedno kółko dookoła parku ma jakieś 2 i pół kilometra. Zrobiłem tych kółek cztery lub pięć co zajęło mi godzinę z niewielkim haczykiem. Wtedy stwierdziłem, że czas przerwać bieg. Powodem nie była jednak myśl, że zaraz zasłabnę albo wypluję płuca.  Stwierdziłem tylko, że dalej nie mam już ochoty, choć czułem, że mogłem pokonać dłuższy dystans. To przekonało mnie, że jednak warto spróbować, a jako cel założyłem sobie nie tyle ukończenie biegu, ile przebiegnięcie możliwie długiego dystansu.

Maratońskie plany treningowe mają zazwyczaj dwadzieścia parę tygodni. Mój miał miesiąc. Treningi polegały na przebieganiu 2 – 3 razy w tygodniu około 10 kilometrów. Czułem jak niemal z treningu na trening forma i pewność siebie rosną. Na dzień lub dwa przed imprezą wstąpiła we mnie ambicja, która nakręciła mnie do tego stopnia, że stwierdziłem iż spróbuję pokonać cały dystans. Doświadczeni biegacze z pewnością uznają mnie za szaleńca, ale silna motywacja i wiara w siebie sprawiły, że ciesząc się jak świnia w błocie, po ponad pięciu godzinach, po zaledwie miesiącu treningów i pomimo faktu, że chyba nigdy wcześniej nie przebiegłem za jednym razem więcej niż 5 kilometrów, dotarłem do mety. Udowodniłem, że wiara w siebie i własne możliwości pozwala dokonywać niewiarygodnych osiągnięć. Chyba niewiele osób we mnie wierzyło. Osobami, które w największym stopniu sądziły, że jestem w stanie osiągnąć metę był wspomniany przeze mnie założyciel Klubu Maratończyka i nauczyciel wuefu Borysław Dzieciaszek, oraz ja sam. Zamknąłem też usta wszystkim szkolnym kolegom, którzy uważali mnie za niepozornego słabeusza. Do dziś mam już na koncie trzy maratony i nadal (już jako absolwent) startuję w barwach Klubu.

Nawet jeśli dorównujesz najlepszym, nie lekceważ przygotowania do zawodów.

            Dlaczego w tym roku nie startowałeś? To pytanie często zadają mi znajomi. Zazwyczaj odpowiadam, że to kwestia wysokiego wpisowego, ale to tylko część prawdy.  Maraton w Poznaniu ukończyłem już trzy razy, a szczególne znaczenie miał dla mnie ten sprzed dwóch lat kiedy to pobiłem swój rekord. Mam poczucie, że kolejny start w tym miejscu byłby kopiowaniem czegoś co już osiągnąłem. Tak jakby Marek Kamiński co roku chodził zdobywać Biegun Północny. Albo gdyby Felix Baumgartner bez przerwy chciał skakać z wysokości 40 kilometrów (to taki trochę maraton tyle, że z góry na dół, czyż nie?).  Myślę, że nadszedł czas na nowe wyzwanie i znalezienie kolejnego sportowego celu.

            Choć treningi do mojego maratońskiego debiutu trwały miesiąc i okazało się, że nie zawsze konieczne są wielotygodniowe plany treningowe to sądzę, że nie byłbym w stanie ukończyć zawodów gdyby nie trzy lata treningów lekkoatletycznych oraz trzy lata treningów karate, które bardzo korzystnie wpłynęły na moją kondycję. Bogatszy w pięć lat treningów biegowych, wiem, że przed następnym maratonem trzeba będzie przyłożyć się trochę bardziej. Znam też wagę rozgrzewki i ćwiczeń rozciągających i wiem, że w trosce o własne zdrowie nie wolno ich pomijać. Doświadczenie biegowe, a zwłaszcza mój maratoński debiut,  podpowiadają jednak, że przygotowanie fizyczne to nie wszystko. Tak samo ważne, a być może i ważniejsze są wiara w siebie, pozytywne nastawienie oraz zdrowy rozsądek, który dba o to aby nie szarżować poza granicami swoich możliwości. Pamiętajmy o tym ruszając na biegowe ścieżki i startując w zawodach na 10, 21 czy 42 kilometry.

                                                                                                                          17.10.2013
                                                                                                

Przyszłość zaczyna się dziś


Jaką drogą pójdzie rozwój samochodów z najwyższej półki? Najnowsze modele Porsche, McLarena oraz Ferrari pokazują pewien kierunek


         U początku XXI wieku bez wątpienia mamy do czynienia z dynamicznym rozwojem rozmaitych technologii. Nauka i technika co chwila prezentują nam rozwiązania i pomysły, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu mogłyby posłużyć hollywoodzkim reżyserom jako natchnienie do napisania scenariusza filmu science – fiction mającego wielkie szanse na zdobycie międzynarodowego sukcesu. Mało tego, za kilkadziesiąt lat prawdopodobnie pojawią się rzeczy, które w obecnych czasach mogą wyobrazić sobie, uważani przez wielu za szaleńców, wizjonerzy i marzyciele.
            Jeszcze nie tak dawno temu telefony komórkowe miały jedynie możliwość rozmowy, wysyłania esemesów i ewentualnie robienia zdjęć o jakości, która zawodowych fotografów przyprawiłaby o bezsenność. Dziś telefony mają niewielką wagę, dostęp do internetu, możliwość słuchania muzyki, a podczas długiej podróży można je wykorzystać jako nawigację. W medycynie można dziś przeprowadzać skomplikowane przeszczepy, operacje neurochirurgiczne, a ostatnio dowiedziałem się, że naukowcy pracują nad stworzeniem sztucznej skóry. Architekci z kolei są w stanie zaprojektować budynki, w których podczas silnych nawałnic lub trzęsienia ziemi możecie spokojnie pić poranną kawę lub  poprzez swój nowi  iPhone czytać artykuły na Strefie Testów.
            Nowoczesne technologie nie omijają przemysłu motoryzacyjnego. W najnowszych autach mamy systemy automatycznego parkowania, utrzymywania swojego pasa ruchu, montowany jako standardowe wyposażenie GPS, pokładowy internet  i wiele innych. Niestety, na razie za tego typu udogodnienia w aucie zazwyczaj trzeba sporo zapłacić. Przyszłościowe rozwiązania są stosowane także w świecie sportowych samochodów. Można zatem zapytać jak będzie wyglądała przyszłość superaut? W jakim kierunku pójdą marki samochodów znanych z produkcji maszyn rozpędzających się powyżej 300 km/h? By choćby częściowo odpowiedzieć na to pytanie postanowiłem przyjrzeć się trzem najnowszym propozycją od Porsche, McLarena oraz Ferrari, a będą to modele 918 Spyder, P1 oraz LaFerrari.

            Zaczną od Porsche 918. Choć pierwszy prototyp został pokazany światu około 3 lata temu, gotowa wersja produkcyjna zaprezentowana została całkiem niedawno, bo we wrześniu 2013. Nowa propozycja marki ze Stuttgartu swoim wyglądem budzi skojarzenia z produkowaną w latach 2004 – 2006 Carrerą GT. Słusznie, bo 918 to jej bezpośredni następca. Krótko o danych technicznych. Moc silnika o pojemności 4.6 litra to 680 KM, przyspieszenie od 0 do 100 km/h to zaledwie 2,8s. a prędkość maksymalna to ponad 340 km/h. Robi wrażenie, ale nie tylko osiągi sprawiają, że jest to samochód przełomowy. Ten model Porsche prócz, standardowego można by powiedzieć, silnika benzynowego posiada także dwa silniki elektryczne umieszczone jeden przy przedniej, a drugi przy tylnej osi. Energia elektryczna pochodzi z litowo – jonowych baterii. Łączna moc wszystkich trzech silników to 887 koni mechanicznych. Właściciel nowego Porsche może podróżować zarówno w trybie mieszanym jak i wyłącznie elektrycznym. Średnie spalanie to uwaga…jedynie 3,3 litra na 100 kilometrów! Do nietuzinkowych rozwiązań zaliczyć można tarcze hamulcowe ze spieków węglowo – ceramicznych (przyznam, że do tej pory nie wiedziałem o istnieniu takiego materiału) oraz  zbudowany dla niskiej masy z włókien węglowych nakładany dach, który z pewnością przyda się podczas nadchodzących jesiennych dni. Na zakończenie dodam, że wersja ze sportowym pakietem Weissach ustanowiła rekord na słynnym torze Nurburgring.
                              Porsche 918 Spyder - niemiecka dokładność w każdym calu

            Swoją odpowiedź szykują Wyspiarze. McLaren P1 –  choć samochód ten pochodzi z Wielkiej Brytanii to wygląda tak jakby właśnie zjechał z planu filmowego Star Treka. Sercem samochodu jest silnik V8 o mocy 727KM, ale także tutaj mamy do czynienia z dodatkowym silnikiem elektrycznym, który wcale nie jest słabiutkim dodatkiem o czym świadczy moc 176 KM. To większa moc niż wielu spotykanych w codziennym użytku aut, choć gdyby wybrać się na przejażdżkę z wykorzystaniem tylko silnika elektrycznego, skończyłaby się ona już po 20 kilometrach. Przyspieszenie 0 – 100 km/h wynosi około 3s., a prototypowa wersja rozwinęła prędkość 384 km/h. Trzeba przyznać, że jest to wynik godny wielkiego poprzednika jakim z pewnością jest stworzony w latach 90-tych McLaren F1. Nowy McLaren posiada także znany z Formuły 1 system KERS, który pozwala na odzyskiwanie w czasie jazdy energii kinetycznej Konstrukcja nadwozia to w dużej mierze włókna węglowe. Zaprezentowany w tym roku w Genewie, zostanie wyprodukowany w zaledwie 375 egzemplarzach. Szefowie McLarena chcą, aby auto dominowało na każdym torze wyścigowym świata. Czy im się to uda? Na odpowiedź trzeba jeszcze trochę poczekać.

                McLaren - auto pochodzi z Wysp Brytyjskich, a wygląda jak pojazd kosmiczny

            W tym wyścigu za nowoczesną technologią i jak najlepszymi osiągami w tyle nie mogła pozostać firma z Maranello, w której logu widnieje czarny koń.  Ferrari o niezwykle oryginalnej nazwie LaFerrari, bo o tym modelu mowa, również zostało zaprezentowane w Genewie. Konstrukcja tak jak w przypadku Ferrari F50, czy Enzo, wiele czerpie z Formuły 1. Jest to świetnie zaprojektowane auto o smukłej, a jednocześnie agresywnej linii nadwozia.  Bardzo mi się podoba  sylwetka nowego Ferrari, choć gdy patrzę na nie od przodu nie mogę oprzeć się wrażeniu, że jest to wściekły rekin, który odgryzie rękę gdy tylko ktoś zanadto się do niego zbliży. Samochód zbudowany jest z czterech typów kompozytów węglowych, w tym takich, które nigdy przedtem nie były używane w przemyśle samochodowym. Wnętrzności auta to silnik V12 oraz, a jakżeby inaczej, dodatkowy silnik elektryczny. Energia elektryczna magazynowana jest w ważącej 60 kg paczce baterii, które mogą być ładowane np. podczas hamowania. Osiągi to oczywiście światowa czołówka. Od 0 do 100km/h rozpędzimy się w niecałe 3 sekundy, a jeśli nie będziemy odpuszczać pedału gazu i jechać po odpowiednio długiej prostej, przestaniemy przyspieszać przy ponad 350 km/h. Dodam, że w projektowaniu wnętrza oraz dostrajaniu tego modelu pomagali Felipe Massa i Fernando Alonso.

                       LaFerrari - smukłość modelki i agresja wściekłego rekina w jednym


            W ciągu najbliższych kilkunastu lat w świecie sportowych samochodów, a za jakiś czas także i w motoryzacji codziennego użytku nadejdą spore zmiany. Z pewnością zostanie wykorzystanych sporo nowatorskich technologii. Auta będą budowane z wytrzymalszych i jednocześnie lżejszych materiałów. Zabrzmi to nieco zbyt futurystycznie, ale być może kiedyś silniki elektryczne mające obecnie rolę wspomagającą, staną  się głównym źródłem mocy. Także i system odzyskiwania energii w czasie jazdy z jakiś czas przestanie być nowinką. Sportowe samochody przestaną kojarzyć się pochłanianiem ilości paliwa mogących zapełnić co najmniej kilka cystern, będą bardziej ekologiczne, a nad bezpieczeństwem jazdy będzie czuwać coraz lepsza elektronika.  Za to wszystko póki co trzeba jednak będzie sporo zapłacić. Cena Porsche 918 Spyder to w przeliczeniu na złotówki 2,5 miliona PLN, McLarena P1 – ponad 4 miliony. Cena LaFerrari nie jest jeszcze znana, ale zdecydowanie będzie to koszt przynajmniej kilku domów jednorodzinnych. Właśnie te trzy maszyny są tym, czym jest przyszłość supersamochodów.
Tylko trochę szkoda, że mijają czasy takich aut jak Ferrari F50 czy Dodge Viper RT/10, w których nie było tyle technologii i więcej zależało od zdobytego przez kierowcę doświadczenia.

Politycy, związkowcy i pomysł na lepsze jutro

Wielu już myślało i wielu się zastanawia jak poprawić sytuację polskiej gospodarki. Choć nie jestem politykiem, ja też opracowałem pewną strategię.

 
             Mój dziadek każdego dnia wiernie śledzi wszystko co dzieje się w polskiej polityce.  Gdy nadchodzi wieczór i zrobi wszystko, co chciał danego dnia zrobić, siada w pokoju na starym fotelu z wytartą tapicerką i włącza TVP Info. Czasami, gdy jestem u niego w domu, siadam wieczorem w jego pokoju i patrzę przez chwilę na poważne twarze polityków  i rozmaitych ekspertów, którzy próbują przetłumaczyć na ludzki język całą tę zawiłą mowę. Obserwuję jak deklarowane są kolejne obietnice, które pewnie nigdy się nie spełnią, śmieje się z kłótni pomiędzy przedstawicielami różnych partii zaproszonymi do telewizyjnego studia i dostrzegam jak ciężki jest los dziennikarza, który zajmuje się polityką i musi każdego dnia rozmawiać z przedstawicielami rządu, opozycji, koalicji i nie wiadomo czego tam jeszcze. Uczciwie muszę przyznać, że mowa polityków jest dla mnie tak poplątana jak pnący się po ścianach starego budynku bluszcz. Zwykle niewiele z tego rozumiem i nie za bardzo orientuję się w tym jaka jest propozycja aktualnego Rządu na rozwój kraju, a co na ten temat sądzi opozycja i jej Prezes. Ostatnio jednak, gdy telewizor jak to każdego wieczoru, był włączony, dowiedziałem się o warszawskich strajkach zaplanowanych przez związkowców na dzień 14 września.


                Pracownicy tego budynku mają dbać o dobrobyt. Czy tak się jednak dzieje?

            Na organizowany przez Solidarność, OPZZ i Forum Związków Zawodowych protest, przybyło z całej Polski ponad 100 000 ludzi. Chcieli oni wyrazić swoje niezadowolenie m.in. wobec podwyższonego wieku emerytalnego, umowom śmieciowym czy niskim zarobkom. Można by pomyśleć, że to po prostu kolejna manifestacja w kolejnej sprawie. Przyjechali, co chcieli to sobie pokrzyczeli, a potem pojechali do domu. Kolejna grupa niezadowolonych z czegoś osób, lub grupy próbujące wyładować swoją frustrację gdyż ich życie nie wygląda tak jakby sobie marzyli. Z drugiej strony przyznam, że rozumiem tych ludzi. Służba zdrowia kuleje, podatki są coraz wyższe, ceny żywności i innych produktów prują w górę niczym startujące F-16, a urzędnikom odpowiedzialnym za oświatę chyba nie za bardzo zależy, aby w kraju mieszkali zaradni i kreatywni ludzie. Domyślam się też, że niełatwo zadbać o rodzinę gdy zarabia się słynne 1200 na rękę. Słowem, jest przeciw czemu strajkować i uważam, że kiedy w państwie dzieje się coś niedobrego, obywatele mają prawo wyrazić swoje niezadowolenie.

Nie będę tutaj jednak streszczał przebiegu strajku. Nie było mnie tam, nie jestem też członkiem jakiegokolwiek związku zawodowego i w ogóle nie o to mi teraz chodzi. Nie planuję też zostać politykiem i raczej nie nadaje się do tego.  Opracowałem jednak swój, raczej dosyć skromny ale prosty, sposób na to jak poprawić sytuację w kraju. Nie sądzę by pozwolił mi on zdobyć  taką popularność, że mógłbym śmiało startować do wyborów na fotel prezydenta, ale zasady te warto byłoby wcielić w życie. Składa się on tylko z trzech punktów.
Otóż często można usłyszeć, że Polska jest krajem gdzie trudno o uczciwość, do czynienia mamy z różnymi formami złodziejstwa, korupcją, a kto chce rozpocząć jakąś swoją działalność lub rozkręcić biznes musi schować do kieszeni dżentelmeńskie zasady i niejednokrotnie nagiąć przepisy. Niestety często tak się dzieje. Dlatego pierwszym punktem mojego programu jest bycie uczciwym człowiekiem. Nie naciągać nikogo, nawet na najmniejszą kwotę, nie dawać przyzwolenia na przekazywanie pieniędzy w kopercie w zamian za załatwienie jakiejś sprawy, nie migać się od płacenia podatków i nie naginać przepisów prawnych na swoją korzyść. Należy też zostawić za sobą czasy gdy można sobie było zabrać do domu przedmioty i sprzęty, które są wspólną własnością pracowników zakładu pracy.

            Drugi punkt to solidność. Chodzi o to, aby niezależnie od tego kim się jest, robotnikiem lub budowlańcem, inżynierem, lekarzem czy prezesem, jak najlepiej wykonywać swoją pracę. Jeśli każdemu zależałoby, aby solidnie wykonywać to co do niego należy, do historii odeszłyby sytuacje w których nowo wybudowana droga po zimie zyskuje wygląd usłanego kraterami księżycowego podłoża, ściany budynków  pękają po 10 latach, a plany zagospodarowania przestrzennego okazują się chaotycznym szajsem.

   Uczciwość, solidność i uprzejmość. Dzięki nim strajki w Polsce nie byłyby potrzebne

            Ostatni i chyba najważniejszy punkt programu to szacunek i uprzejmość wobec drugiego człowieka.  Nieraz w naszej codzienności spotykamy posępne twarze i widzimy różne przejawy gburowatości, zawiści czy złośliwości. Czy nie byłoby lepiej gdybyśmy idąc ulicami miast widzieli pogodne oblicza i spotykali ludzi, którzy w razie kłopotów chętnie nam pomogą? Albo jak fajnie byłoby gdyby ludzie cieszyli się z naszych sukcesów i nie patrzeli wilkiem gdy kupimy sobie nowy samochód. Poza tym jeśli ludzie kierowaliby się uczciwością i szacunkiem, to moglibyśmy być spokojni o to, że pracodawcy dbaliby o zatrudnionych w swojej firmie, a politycy opracowaliby przepisy, które służyłyby obywatelom państwa, a nie napełnianiu swych portfeli.

            Wielu ludzi myślało już nad tym jak poprawić sytuację w państwie wymyślając nowe przepisy, opracowując reformy czy po prostu starając się przemówić ludziom do rozsądku. Mój sposób jest skromny, ogólny i nie wnika w zakamarki przepisów i ustaw o których nie mam zielonego pojęcia. Nie spodziewam się też, aby po opublikowaniu tego felietonu na ulicach pojawiły się plakaty i transparenty z napisem „Fabiszak na prezydenta”. Jestem jednak pewien, że gdyby wcielić te trzy punkty w życie, protesty i strajki nie byłyby już konieczne.



                                                                                                                      16. 9 .2013

Wyścigowa Niedziela

Promocja sportu w Poznaniu polega głównie na reklamowaniu piłkarskich zespołów i Term Maltańskich.  Co jednak z innymi dyscyplinami, a szczególnie sportem samochodowym?



       Wiele pieniędzy i wysiłków w Poznaniu poświęca się na promocję sportu. Na stronach internetowych, ulicznych plakatach czy w gazetach można zobaczyć zapowiedzi meczów Lecha Poznań i Warty Poznań.  Przeczytać można o ligowych i pucharowych zwycięstwach tych piłkarskich drużyn, zresztą  tak samo często jak o ich porażkach z wydawałoby się nieraz, dużo słabszymi przeciwnikami. Działacze na rozmaite sposoby starają się zachęcić ludzi, aby przyszli i tłumnie zajęli niebieskie krzesełka stadionu przy Bułgarskiej lub chcieli dopingować tę mniej utytułowaną drużynę, która swoją nazwę zawdzięcza przepływającej przez stolicę Wielkopolski rzece. Prócz tych drużyn promowane są także Termy Maltańskie, które miały korzystać z wód geotermalnych co pozostało jednak w sferze marzeń. Wstęp kosztuje kilkanaście złotych, a gdy jeden jedyny raz tam byłem, nie mogłem nawet skorzystać ze sportowego basenu.  Ostatnio do strefy promocji dołączył także triatlon, który miasto także będzie chciało wykorzystać do wypełniania swojego budżetu, co nasuwa się po analizie wysokich cen wpisowego.

W sumie nie było by w tym niczego zdrożnego gdyby nie to, że władze zdają się niemal zupełnie zapominać o innych dyscyplinach. Są przecież starzejące się, ale usytuowane w bardzo ładnym otoczeniu obiekty Olimpii gdzie, oczywiście po odpowiednich przygotowaniach, mogłyby odbywać się krajowe, a nawet międzynarodowe zawody lekkoatletyczne i gdzie nieopodal wytyczony został tor żużlowy. Jest poznańska Arena, która wciąż próżno czeka renowacji, a mająca potencjał dla organizacji światowych zawodów siatkówki i koszykówki. W końcu, na obrzeżach miasta nieopodal lotniczego portu, jest też wyścigowy „Tor Poznań”. Jest to najlepszy tor wyścigowy w Polsce także nadający się do organizacji wysokich rangą zawodów. Byłoby to całkiem realne, gdyby tylko znalazły się środki dzięki którym można by wybudować solidne zaplecze techniczne. Wydaje się, że tego miasto nie przewiduje. Co ciekawe, zdarzało mi się, że kiedy rozmawiałem o tym torze wyścigowym, ludzie byli zaskoczeni faktem, że w Poznaniu znajduje się tego typu obiekt, a dodam, że były to osoby mieszkające w tym mieście.

                         Tor Poznań - najlepszy tego typu obiekt w Polsce

Podczas jednej z sierpniowych niedziel postąpiłem na przekór całej tej kampanii promocyjnej i wybrałem się na wyścigi. Choć poranek był deszczowy, wsiadłem w samochód i wybrałem się na położony na obrzeżach miasta tor. Podróż mimo kiepskiej pogody minęła szybko, jednak gdy byłem już blisko celu, nieco pogubiłem się w plątaninie  podmiejskich uliczek.  Muszę przyznać, że dojazd na tor wyścigowy jest niestety słabo oznakowany. Po paru minutach znalazłem się jednak przed bramą  i po zapłaceniu 10 złotych za możliwość wjazdu samochodem na tereny obiektu, szybko odnalazłem się w znakomitym miejscu do obserwacji wyścigowych zmagań. Miejsce z którego patrzyłem na zawody znajdowało się tuż przy prostej startowej, gdzie rywalizację można było obserwować ze skromnych trybun lub znajdującego się na wysokości kilku metrów tarasu.  Wyścigi odbywały się w kilku różnych klasach. Były to takie kategorie jak Kia Lotos Race, 5 i 6 Runda Samochodowych Mistrzostw Polski, 7 runda cyklu Maluch Trophy oraz dwa wyścigi włoskiej serii Green Hybrid Cup.

Samochody startujące w Kia Lotos Race to niewielkie i raczej słabe jak na wyścigówki auta. Dysponują silnikiem o pojemności 1.2l i mocą 85KM, prędkość maksymalna to 190 km/h, a przyspieszenie do setki zajmuje 9s, co jest zasługą jedynie 840 kilogramów wagi.  Wyścigi potrafią być jednak bardzo emocjonujące, a to ze względu na to, że wszyscy zawodnicy dysponują autami o takich samych osiągach więc tutaj wygrywa po prostu lepszy kierowca. Cena auta? Niewielka, bo około 40 000 złotych. Cykl Samochodowych Mistrzostw Polski to z kolei kilka klas aut dzielonych ze względu na moc silnika. Dlatego możemy obserwować tam rozmaite maszyny zaczynając od zmodyfikowanych wersji Fiatów Seicento, które mam wrażenie można byłoby wyprzedzić nieco mocniejszym drogowym autem, przez wyścigowe wersje Hond CR-Z, VW Golfów, na ekstremalnie zmodyfikowanych, bardzo szybkich i bardzo głośnych BMW E90 kończąc. Małe Fiaty 126p biorące udział w Maluch Trophy tylko wyglądają  niepozornie. Maluchy było słychać już z daleka, a ich przyspieszenie na starcie potrafiłoby zawstydzić niejednego „bohatera” ulicznych wyścigów. Seria Green Hybrid Cup z kolei, to włoska, dosyć nietypowa seria wyścigowa, w której zawodnicy korzystają z Kii Venga wyposażonej w gazowy i elektryczny napęd.

         Choć  Kia to niezbyt mocne auto, wyścigi były bardzo emocjonujące

Choć na Torze Poznań nie panowała atmosfera znana z takich miejsc jak Monza czy LeMans, a tłum kibiców wynosił może około 100 - 150 osób z czego połowę stanowiły rodziny i znajomi zawodników, warto było się tam wybrać.  Padający na początku deszcz i doskwierający w drugiej części dnia upał nie przeszkadzał w podziwianiu mknących ku mecie aut czy wsłuchiwaniu się w dźwięki wydawane przez wyścigówki. Nie na co dzień można z tak bliska obserwować zacięte pojedynki o punkty w czołówce stawki, walkę o przyczepność na mokrej nawierzchni albo przepychanki na ciasnych zakrętach, których efektem nieraz był otarty lakier i sypiące się elementy karoserii. Poza tym rzadko kiedy widzowie mają okazję poczuć się niczym sławne osoby zaproszone przez wyścigowe teamy mogąc swobodnie przechadzając się po padoku i obserwując z odległości kilku metrów przebieg napraw i przygotowań do startu. Ci, którzy chcieli chwilę odpocząć od wyścigowych emocji mogli, w schludnym punkcie kateringowym,  zamówić coś do zjedzenia, napić się lub posmakować złotego trunku.  Jeśli ktoś zastanawiał się jak sprawdziłby się jako kierowca wyścigowy, mógł częściowo się o tym przekonać na jednym z symulatorów jazdy wyścigowym samochodem. Jeśli ktoś uważa, że nie jest to nic trudnego to powiem, że tylko sprawia to wrażenie łatwego zadania. Choć z drugiej strony po kilku okrążeniach na wirtualnej trasie udało mi się poprawić czas o kilkanaście sekund. Jednak większość osób, w tym ja, wolała śledzić zmagania na prawdziwym torze.

       Możliwość obserwacji pracy mechaników z niewielkiej odległości 
                            to duży atut poznańskich zawodów.

Pod koniec zawodów, przechadzając się po padoku i przypatrując się pracy mechaników, miałem okazję chwilę porozmawiać z Alessandrą  Breną. Alessandra jest włoską zawodniczką, która bierze udział w serii Green Hybrid Cup, ma też za sobą starty w wyścigowym Lamborghini Gallardo w europejskich zawodach Lamborghini Blancpain Supertrofeo. Dodam, że ma ona zaledwie 18 lat (ja w tym wieku od poniedziałku do piątku musiałem rano wstawać i jechać na kilka godzin do szkoły, której nie lubiłem i w której niewiele było osób z którymi można było pogadać na ciekawe tematy).  Pogratulowałem jej zajęcia trzeciego miejsca i zamieniłem parę zdań na temat włoskich samochodów sportowych. Zapytałem też co myśli o poznańskim torze. Z tego mini-wywiadu dowiedziałem się m.in., że dysponujemy w Poznaniu obiektem na wysokim poziomie, który dysponuje paroma trudnymi zakrętami.
Niestety prócz zawodników i zapaleńców motoryzacji mało kto dostrzega wspomnianą jakość i potencjał obiektu.

            W Polsce nie ma zbyt wielkiej mody na sport samochodowy.  Zainteresowanie motosportem  zazwyczaj kończy się na występach Roberta Kubicy, Krzysztofa Hołowczyca i ewentualnie Adama Małysza.  Wielu twierdzi, że nie mamy w naszym kraju warunków dla rozwoju sportu samochodowego. Uważam, że to nie do końca prawda. Stwierdzeniu temu przeczy to, co działo się owej niedzieli na obiekcie położonym na obrzeżach wielkopolskiej stolicy. Mamy potencjał i możliwości potrzebne dla organizacji tego typu, a nawet jeszcze większych wydarzeń. Póki co nie mamy tylko ludzi chętnych, aby promować i inwestować w tego typu działalność.




                                                                                                                      27.08.2013

Spotkanie na szczycie

W Poznaniu sukcesywnie powstają nowe budynki. Jednym z nich jest nowy gmach Biblioteki Raczyńskich. Młodzi Poznaniacy zastanawiali się jak najlepiej wykorzystać jego potencjał.



              Jakieś półtora miesiąca temu Biblioteka Raczyńskich w Poznaniu oddała do użytku nowy gmach. Jest to duży, utrzymany w stonowanych barwach, a mimo wszystko prezentujący się całkiem nieźle budynek, który stoi zaraz za kremową, wybudowaną w XIX wieku budowlą, która jest siedzibą główną Biblioteki i która jednak prezentuje się lepiej niż jego świeżo wybudowany sąsiad. Budowa nowego gmachu trwała parę lat i kosztowała ponad 70 milionów złotych czyli mniej więcej tyle ile kosztowałoby nabycie 80 nowych Rolls-Royce’ów Ghostów. W związku z tym zamknięto stary gmach, który od kilkudziesięciu lat znajdował się parę ulic dalej, a cały księgozbiór, jak łatwo się domyśleć, przeniesiono do tego nowego.

            Właśnie dlatego Biuro Prezydenta Miasta Poznania wraz z Młodzieżową Radą Konsultacyjną zorganizowało otwarte dla wszystkich spotkanie na którym dyskutowano na temat jak dobrze wykorzystać nowe możliwości nowego budynku. Zastanawiałem się czy poświęcić swój cenny czas na to by się tam pojawić. Może będzie nudno, trzeba będzie się elegancko ubrać, a ja sam nie jestem zbyt rozmownym człowiekiem i raczej nie będę miał zbyt wiele do powiedzenia. W ciągu dnia wypowiadam bowiem tyle słów, że nie byłbym zdumiony gdyby ktoś pomyślał, że kilka pokoleń wstecz moja rodzina mieszkała w Finlandii. Jednak ostatecznie ciekawość wzięła górę i jako człowiek reprezentujący głos artystów oraz ktoś, kto prawie pięć lat pracował jako strażnik w zamkniętym już starym gmachu Biblioteki Raczyńskich, postanowiłem się tam wybrać. Ubrany zupełnie normalnie.

            Na dworze panował popołudniowy upał więc przyjemnie było wejść do klimatyzowanego pomieszczenia. Po przejściu przez dość długi hol ozdobiony jakimiś stojącymi na środku drzewkami, znalazłem się w niedużej kawiarni gdzie miało odbyć się spotkanie. Większość znajdujących się tam ludzi stanowiła starsza młodzież. Na szczęście większość nie była ubrana elegancko więc w pamiątkowej koszulce z 12 Poznań Maratonu raczej nie wyróżniałem się z tłumu. Co niektórzy zaopatrzyli się w darmowe placki i kawę. Być może myśleli, że dyskusja pochłonie tyle energii, że trzeba wcześniej solidnie się posilić. Zwłaszcza, że prócz podejścia do lady nic ich to nie kosztowało. Obecny był też pan dyrektor Biblioteki – Wojciech Spaleniak oraz pani wicedyrektor – Anna Chwalisz. Zająłem zatem miejsce gdzieś z tyłu całego towarzystwa, a po chwili zaczęła się dyskusja.

                   Biblioteka wybudowała nowy gmach. Jak wykorzystać jego potencjał?

            Nie pamiętam czego dotyczył pierwszy poruszony temat. Pamiętam tylko, że – mówiąc niczym erudyta szkolony przez samego profesora Miodka – nie byłem należycie obeznany z zagadnieniem. Z pokorą uznawszy, że w tym momencie niczego odkrywczego do dyskusji nie wniosę, siedziałem sobie spokojnie słuchając co mają do powiedzenia inni. Wielu próbowało wykazać się wyszukanym, niemalże salonowym momentami, słownictwem. Nie wiem czy chcieli sprawić wrażenie wykształconych i dojrzałych młodych obywateli poznańskiego społeczeństwa, zrobić wrażenie na tych, którzy siedzieli obok czy może po prostu  bali się, żeby nie wyjść na niezbyt bystrych. Robiło to w każdym razie śmieszne wrażenie. Dodam tylko, że w pewnym momencie pomyślałem sobie, że mogłem ze sobą zabrać słownik z trudnymi wyrazami. Chyba napiszę do Miodka żeby jakiś mi polecił.

            Cały czas siedziałem wycofany i jakby lekko przygaszony dopóki nie poruszono tematu propozycji wykorzystania nowego gmachu na działalności, powiedzmy, wykraczające poza to z czym zazwyczaj kojarzy się biblioteka. Bo widzicie, kariera początkujących artystów często jest niełatwa i burzliwa. Dopóki ich nazwiska nie staną się znane niełatwo im dotrzeć z własną działalnością do szerokiego grona odbiorców. Działalność takich ludzi często jest bardzo interesująca i niewiele gorsza, a czasem nawet lepsza od tego co prezentują sławni i nagradzani owacjami. Fakt, młodzi zazwyczaj nie są tak doświadczeni jak ci, na których się wzorują, ale przecież mają do tego prawo. Tylko jak mają zdobyć to doświadczenie skoro ich zapytania o możliwość występu czy zaprezentowania się często pomijane są milczeniem i kiedy mało komu chce się poświecić uwagę komuś o kim jeszcze niewielu słyszało?

            Właśnie dlatego pomyślałem sobie, że skoro w nowym gmachu znajdują się sale o całkiem dużej powierzchni warto byłoby dać możliwość zaprezentowania swoich prac właśnie tym, którzy są jeszcze mało znani i bardzo cieszy ich każda kolejna osoba, która doceni ich twórczość. Nie sądzę żeby dużym problemem było zorganizowanie i rozreklamowanie rozmaitych koncertów, występów kabaretowych, wystaw malarskich czy (w końcu nie zapominajmy że to biblioteka ) pomóc następcom Adama Mickiewicza albo Wisławy Szymborskiej. Na takie wydarzenia można by również zaprosić  przedstawicieli z branży, którzy daliby młodym cenne rady i pomogli w pokonaniu paru kolejnych szczebli na drabinie ich karier. I wcale nie musi być to wielki show na miarę DJ Tiesto czy pana Stinga. Wystarczyłyby spotkania choćby na kilkadziesiąt osób, które przyszłyby w sobotnie późne popołudnie by miło spędzić czas, posłuchać dobrej muzyki, zobaczyć ciekawy występ czy popatrzeć na ładne obrazy. Być może ktoś z tych ludzi wystąpi któregoś dnia przed kilkudziesięciotysięczną widownią, czyjeś obrazy znajdą się na wystawie w Paryżu, a zbiór opowiadań kogoś innego sprzeda się w godnym pozazdroszczenia nakładzie. Swoją opinię oczywiście przedstawiłem i została ona przyjęta z entuzjazmem i zainteresowaniem więc kto wie, może moje pomysły zostaną wykorzystane?

                            Oryginalne wnętrze sprzyjało konstruktywnym rozmowom.

            Na spotkanie przyszedł też Prezydent Poznania – Ryszard Grobelny. Jego zaangażowanie i postawa świadczyły jednak o tym, że nie za bardzo miał ochotę tam przebywać. Jego twarz śmiało mogła startować do konkursu na logo lekceważenia bądź stwierdzenia „nie chce mi się”. Czy tak powinien zachowywać się ktoś komu powinno zależeć na rozwoju kultury i wspieraniu możliwości rozwoju młodych ludzi? Wszystkim w pamięć najbardziej zapadł chyba jego żart na poziomie Familiady. Dyrektor Wojciech Spaleniak, nawiasem mówiąc bardzo sympatyczny człowiek, pół żartem – pół serio powiedział, że w Bibliotece można organizować zdjęciowe sesje ślubne. „Samych ślubów nie możemy organizować, bo ksiądz by się nie zgodził” – dodał żartem.
„Ale ja mogę udzielać ślubów!” – wystrzelił Grobelny.
Cóż, jeśli moc udzielanych przez pana ślubów jest taka sama jak efektywność rządów, to nie wróżę tym małżeństwom pomyślnego losu, panie Prezydencie.
Jego postawa była lekceważąca wobec przybyłych młodych ludzi, zwłaszcza tych, którzy poświęcili czas i energię, aby to spotkanie zorganizować.

Muszę przyznać, że mimo wyszukanego słownictwa używanego przez część osób i prób sprawiania wrażenia inteligentnych i kompetentnych, co jak wspomniałem śmieszyło mnie, cieszy, że są młode osoby które chcą wyrażać swoje zdanie, angażować się społecznie i pracować by poznaniakom żyło się lepiej i przyjemniej. O to właśnie chodzi!! Niech pan Prezydent się od nich uczy.


                                                                                                          13. 08. 2013